RSS
piątek, 20 marca 2015

Są ludzie, których Zgred zawsze słucha z najwyższą uwagą, bo ma niezachwianą pewność, że dowie się od nich czegoś istotnego. Jedną z takich osób jest Dubravka Ugrešić. A oto jej ostatnie wynurzenia:

Już od lat żyję w królestwie głupoty. Głupota z biegiem lat zaczęła przybierać na wadze, ledwo dyszę pod jej ciężarem, nijak nie da się jej pozbyć. Kiedyś próbowałam śmiechem, i to się udawało. Teraz głupota po prostu zaległa, zagarnęła cała przestrzeń i zużyła cały tlen. Głupota przed ćwierćwieczem w swoim zadufaniu wzięła mikrofon do rąk i stanęła na scenie. Nie ma nadziei, że z niej zejdzie. Bezustannie skrzeczy, stojąc z mikrofonem w ręce, domaga się, bym jej słuchała i ją podziwiała. Głupota w tym ćwierćwieczu wdarła się do przedszkoli, szkół podstawowych, gimnazjów, liceów, na uczelnie. Głupota wychowała w tym czasie nowe pokolenia swoich dzieci, które dzisiaj sprytnie zajmują wszystkie miejsca. Głupota wtargnęła do gazet, telewizji, mediów, a nawet na moje tak małe i nieciekawe poletko – do literatury.

Ugrešić pisze tu o Chorwacji i dawnej Jugosławii, bo jest na nią chora. Ale tytuł jej wynurzeń brzmi „Szczęście jest tam, gdzie nie ma ludzi”. Ugrešić ewidentnie dryfuje w stronę mizantropii. Zgred sam mizantrop, ale kiedy czyta Ugrešić, robi mu się smutno. I nie cieszą go już dowody na obłąkanie ludzkości, które zbiera od dawna. Kiedyś dawały mu niezdrową satysfakcję, teraz już tylko przygnębiają. Jak ten najnowszy:

Na tę informacje czekał cały bokserski świat. Po dwóch miesiącach negocjacji wyczekiwana od lat walka Amerykanina Floyda Mayweathera Jr (47-0, 26 KO) z Filipińczykiem Mannym Pacquiao (57-5-2, 38 KO) wreszcie została potwierdzona. Odbędzie się 2 maja w Las Vegas. (…) Uznawany za najlepiej zarabiającego sportowca na świecie Mayweather długo nie mógł dojść po porozumienia z obozem rywala. Nieoficjalnie mówi się, że Pacquiao zarobi za walkę 80 milionów dolarów, Mayweather wzbogaci się o 120 milionów.

Tak, proszę Państwa. Dobrze przeczytaliście. Dwóch gości będzie się oto znieważało czynnie i nawet mogą odnieść uszczerbek na zdrowiu; przeżyją co prawda ileś tam minut dyskomfortu, ale któż by się na to nie zgodził, kiedy stawką jest bardzo konkretny pieniądz? Gros z tego zgarną oczywiście dziesiątki ludzi, którzy z tego żyją, a nie ci dwaj panowie, którzy i tak zapewne od lat świat widzą jak przez mgłę, ale zawsze…

Cóż, prawdziwy mizantrop nie oprze się refleksji, że cywilizacja, która do czegoś takiego doszła, jest ciężko, ciężko chora.

Jakiś wykształciuch powie: nihil novi sub solem. Cesarz rzymski Tyberiusz na przykład ofiarował po 100.000 sestercji (na nasze to pół miliona dzisiejszych dolarów) kilku emerytowanym gladiatorom, żeby tylko wrócili na ring, znaczy arenę, co opisuje Swetoniusz w księdze III „Żywotów cezarów”.

Jak wiadomo, cesarstwo rzymskie nie przetrwało, bo przyszły ludy z prostymi receptami na proste życie bez ekscesów i położyły mu kres.


Kto wie, może walka tych dwóch dżentelmenów będzie kulminacją naszej cywilizacji, jej ostatnim spektakularnym wykwitem, fajerwerkiem, po którym nastąpi… No właśnie, co?

Może po prostu znów przyjdą ludy z prostymi receptami na proste życie. Chyba nawet już się ruszyły.

czwartek, 26 lutego 2015

Już drugi tydzień w ogólnopolskich mediach odgrywany jest serial pt. „Pożar Mostu Łazienkowskiego”. Wiadomości o aktualnej sytuacji Mostu i mieszkańców Stolicy w związku z Mostem, podawane są jako pierwsze. Niekiedy żurnaliści stwierdzają, że może nieco za dużo Mostu, reflektują się i przesuną wiadomość o nim za wiadomość inną – np. o Drugiej Linii Metra (jest już pół metra), albo o usytuowaniu któregoś stołecznego Pomnika – już to Ofiar Spisku, już to Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Nie schowasz się przed tym, słuchaczu i widzu. O Moście będziesz informowany dokladnie i wyczerpująco, takoż i o innych wydarzeniach w tym mieście.


No bo, Drogi Czytelniku, Polska to Warszawa, jakbyś nie wiedział. Wsłuchaj/wpatrz się w media, a rychło się dowiesz. Jak jest debata o liceach, czy usłyszysz uczniów z Mszany Dolnej? Nie, będą to uczniowie z Batorego. Jeśli jest o czymkolwiek innym i trzeba sięgnąć po autorytet profesorski, czy będą to profesorowie np. z Wrocławia? Nie, oni będą z Uniwersytetu Warszawskiego, albo którejś ze stołecznych Wyższych Szkół Czegoś i Czegoś. Na ulicy ktoś ma się wypowiedzieć? Warszawiak z dziada pradziada, bądź tego pewien.

Zgred nie wie, jak to było przed wojną (mimo zaawansowanego wieku kiepsko te czasy pamięta), ale opisywane wyżej zjawisko zaczęło się może dopiero od hasła „Cały Naród Buduje Swoją Stolicę”. I tak już zostało, Naród przeniósł się do Warszawy żeby budować, i tam tkwi do dzisiaj.

Kurde, nie wiadomo, kto w tym kraju uprawia ziemię i hoduje świnie, żeby ten ciężko doświadczony przez Pożar Mostu warszawski Naród wyżywić, kto fedruje na przodku i tyłku, żeby ten Naród ogrzać, pewnie krasnoludki?


świnia rasy PBZ (Polska Biała Zwisłoucha)

Tu ktoś oskarży Zgreda, że nie szanuje woli odbudowania (i wyposażenia) całkowicie zniszczonej po wojnie Stolicy. Ależ szanuje, choć nie wszystko rozumie. Wyrąbywanie marmurów z Zamku Książ celem upiększenia Pałacu Kultury można ostatecznie pojąć, bo były przecie podejrzenia, że Dolny Śląsk jest nasz tylko tymczasowo, wywożenie dzieł sztuki z Gdańska do Warszawy podobnie, ale dlaczego w Warszawskim Sejmie znalazło się wyposażenie Zamku z Poznania? Może dlatego, że to był zabór pruski, więc zniszczone przez Niemca umeblowanie sprawiedliwość dziejowa nakazywała zastąpić poniemieckim?

Więc Cały Naród Budował Swoją Stolicę do wtóru pieśni masowych, a tymczasem mieszkańcy wspomnianego Poznania po cichutku odbudowali swoje miasto (w końcu zniszczone zaledwie w 50%, więc była to bułka z masłem), podnieśli z gruzów całą swoją Starówkę nikomu nic nie mówiąc, pieśni masowe śpiewali przy tym po cichu, współzawodnictwem pracy się nie przejmowali, po prostu wysprzątali swoją chałupę i tyle. No i wtedy dopiero przenieśli się (?) do Warszawy.

To ciekawe skądinąd zjawisko psycho- i socjologiczne. Przeniósłszy się do stolicy i zostawiwszy za sobą ino te wspomniane krasnoludki, Naród natychmiast przejął tamtejszy sposób myślenia. Cierpienie Polski to cierpienie Warszawiaków, którzy aktualnie muszą jeździć objazdami. A że komuś muszą się poskarżyć, skarżą się na ogólnopolskiej antenie sobie nawzajem, tyle, że rzeczone krasnoludki też mogą tego posłuchać i mieszkańców Stolicy pożałować. Lekko oni nie mają. Korki, objazdy, wykopki, protesty. Cierpi ten Naród strasznie. Wydłubując ze słoików zrobione gdzieś na Dzikich Polach (przez krasnoludki) gołąbki, wzdychają ciężko nad losem tej Polski, w której przyszło im żyć.

I w której być może te 36 000 000 niewdzięcznych krasnoludków wcale ich nie docenia, mając gdzieś ich Most Łazienkowski, ich drugie Pół Metra i ich pomnik Siedmiu Braci Śpiących.

piątek, 20 lutego 2015

Miesiąc temu Zgred podawał przykłady osobliwych nakryć głowy, które ludzkość w swojej historii zdolna była (i jest) na siebie nałożyć. To, co ludzkość nosi(ła) na głowie to jednak nic w porównaniu z tym, co potrafi założyć na nogi! A właściwie to, nie czarujmy się, co potrafi na siebie nałożyć ta piękniejsza część* ludzkości. Owa część jest mianowicie skłonna włożyć na siebie wszystko, o ile miarodajne czynniki przekonają ją, że jest to conajmniej modne, o ile nie absolutnie niezbędne im do szczęścia, co czasem wychodzi na jedno.

Ekstremiści twierdzą, że niektóre fragmenty modnej garderoby są niekiedy dowodem na to, że pewni nieheteronormatywni dyktatorzy mody w skrytości ducha kobiety nienawidzą i pragną w ten sposób je oszpecić. Zgred w to oczywiście nie wierzy, ale są rzeczy, których racjonalnie wytłumaczyć się nie da.

Od kilku lat na przykład rekordy popularności biją australijskie botki (?) UGG.

 

 

Niektórzy twierdzą, że pierwotnie były to improwizowane przez australijskich baców czy juhasów ochraniacze na nóżki owiec w terenie, gdzie ich raciczki łatwo mogłoby się zapaść i, nie daj Boże, utknąć. Ponieważ klecono je z owczej skóry, byłaby w tym, przyznacie, pewna perwersja.

  

Istotnie, skonstruowane są tak, żeby zszyć je mógł nawet ktoś całkowicie pozbawiony zdolności manualnych, z wszystkimi tego estetycznymi konsekwencjami. Widać to na przykład przy porównaniu z syberyjskimi walonkami: buty UGG nigdy nie osiągnęły ich niewymuszonej elegancji.

 

Początkowo w głowach producentów, w końcu racjonalnych ludzi, nie mieściło się, że to naprawdę może chwycić.  Byli nieufni i ostrożni, więc produkowali je w kolorach stonowanych, by broń Boże nie ściągać na nie uwagi postronnych. Skoro kobiety chcą je nosić, ich sprawa, ale lepiej, żeby ludzie im się specjalnie nie przyglądali.

  

Kiedy jednak toto naprawdę chwyciło, przestali się hamować.

 

Jak widać z powyższego obrazka,  zaczęto je wykonywać także w rozmiarze midi; naturalną koleją rzeczy pojawiła się więc wersja mini, najbardziej estetycznie ekstremalna.

 

A nawet liczne odmiany wieczorowe.

 

Nie wiedzieć czemu, wygodne owo obuwie zyskało sobie z czasem coraz więcej przeciwników.

"Są kobiety tak urodziwe, że dobrze wyglądają nawet odziane w worek po kartoflach.

 

W worek po kartoflach może tak", dowodzili.

Protesty przeciwników UGG były bardziej...

 

…lub mniej subtelne.

 

Albo nieco obcesowe, żeby nie powiedzieć brutalne.

 

Niekiedy przybierały nawet formę krzyku rozpaczy

 

Istotnie, buty te może i łatwo się odkształcają,

 

no, ale nie każda potrafi je nosić z taką oto gracją:


_____________________________________________

* pierwotnie Zgred napisał „połowa”, ale od niedawna nie jest to już takie oczywiste.

 

 

20:43, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 lutego 2015

Cytat z Igora Nazaruka („Metro-Warszawa”, przedruk gazeta.pl), 23.01.2015:

Paderewski w „Bristolu” sformułował rząd i wraz z Józefem Piłsudskim powołał pierwszy suwerenny parlament. 

Cytat z profesora, (a może tylko dr hab.) od historii, program II, audycja poświęcona Churchillowi z dnia 24.01.2015:

Churchill, podobnie jak Stalin, cokolwiek by o nim powiedzieć, był pragmatykiem politycznym, obydwoje zresztą pod tym względem byli sobie równi.

A ileż to razy słyszeliśmy określenia typu:

półtorej miesiąca?



Ileż to razy słyszeliśmy zdania typu:

Będąc młodą lekarką, wszedł raz do mnie pacjent? (ostatnio w wykonaniu byłego czytacza wiadomości telewizyjnych, który dzięki tej posadzie awansował na głównego komentatora wydarzeń w świecie, co dziwne, ale w Polszcze nagminne)

albo:

Powinniśmy głośniej protestować, kiedy anektowali Krym?

Zapewne każdy z Was mógłby wskazać swoje ulubione kaleczenie polszczyzny…



Cóż, język się upraszcza. Ton nadaje dziennikarski półinteligent, który niegdyś, usłyszawszy słowo ekstrema, wyobraził sobie, że to rzeczownik rodzaju żeńskiego, tak zresztą, jak półtora. Który nie tak dawno z lubością zapożyczył molestowanie, nie wiedząc, że to słowo od dawna ma w języku polskim obywatelstwo (i znaczy zupełnie co innego), bo w młodości lektur nie czytał, tylko oglądał na ekranie telewizora. Który w sformułować i sformować nie widzi różnicy, dla którego zbędne jest rozróżnienie między oboje i obaj… Ten sam żurnalista chętnie zaprosi do studia znanego politycznego celebrytę wagi bardzo ciężkiej, który, upajając się własnymi słowami (lub też, jak mówi młodzież, pławiąc się w swojej zajebistości), mówi:

No jak chcom, to niech tak zrobiom!


Zgred nie ma wielkich złudzeń: wraz z upadkiem kultury słowa pisanego rozróżnienie między powinniśmy i powinniśmy byli zaniknie, tak jak zanikł czas zaprzeszły. Tak jak ostatecznie sczeźnie zaimek na rzecz wszechobecnego . Tak jak zaniknie subtelne genderowe rozróżnienie między obaj, oboje i obie, w końcu inne języki jakoś sobie bez niego radzą. Cóż, język żyje i stale się zmienia. A jednak żal.

„A jednak żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin…”

13:20, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 stycznia 2015

Kiedy studiuje się historie ubioru zauważa się, że ludzkość zawsze miała skłonność do wkładania sobie na głowę mniej lub bardziej absurdalnych obiektów, na przykład takich:


Jeśli wręcz nie takich:



Albo takich:


W naszych czasach na przykład od stu lat hitem jest zimowa, wełniana czapka z pomponem; nie ma sposobu, żeby w czymś takim na głowie wyglądać na istotę racjonalną.

 

Pewną odmianą jest wełniana czapka bez pompona, ale za to z komorą powietrzną, niekiedy całkiem sporą; konia z rzędem temu, kto odgadnie jej przeznaczenie. Zapewne kiedyś, kiedy jeszcze nie wymyślono kieszeni, można było w takiej komorze to i owo schować, ale teraz? Przecież telefon komórkowy jest płaski i wejdzie wszędzie.

 

Swoją drogą godna najwyższego podziwu jest siła perswazji dyktatorów mody, którzy skłonili wiele młodych osób do wkładania na się czegoś takiego.

Szczególnie idiotyczna jest odmiana z komorą w kształcie koguciego grzebienia (?), święcąca triumfy w środowiskach związanych ze sportami zimowymi.

 

Innym przykładem nakrycia głowy, które jest inherentnie szpetne, jest kapelusik z wąskim rondem, który, w postaci z piórkiem, znany jest wszystkim miłośnikom polskich seriali okupacyjnych jako rozpoznawczy znak złego Volksdeutscha współpracującego z Gestapo, albo wręcz gestapowca.

 

Od pewnego czasu, nie wiedzieć czemu, w wersji kraciastej, jest to ulubione nakrycie głowy nastolatek, osobliwie amerykańskich, osobliwie tych penetrujących Europę:

A skoro już mowa o kapeluszach, to na koniec prawdziwy cymes ze Zgredowej kolekcji:

Przy czym kardynał Burke nosi go tu w postaci złożonej, podróżnej. W postaci rozłożonej wygląda zaś tak:

No, ale co na głowę potrafią sobie nasadzić osoby duchowne, to temat-rzeka...

 

Nie ma tak lekko, ciąg dalszy nastąpi!

Tagi: moda
14:47, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 stycznia 2015

Proszę przyjrzeć się poniższemu zdjęciu.

 

Czyż nie jest krzepiące? Oto nasza młodzież, uchodząca za zdziczałą, w muzeum. Jakież ogromne wrażenie musiała na niej zrobić „Straż nocna”* Rembrandta, skoro młodzi ludzie natychmiast poczuli potrzebę podzielnia się swoimi wrażeniami z osobami im najbliższymi. Siedzą i gorączkowo stukają w klawiatury telefonu, rozpisując się  o niezwykłym kunszcie malarza, który z grupowego portretu zrobił arcydzieło ukazujące interakcję między postaciami, wyposażonymi w wyraźne, indywidualne cechy. W natchnieniu rozpisują się o użyciu światła przez Rembrandta, wnikliwie drążą kwestię odejścia autora od realizmu i zwrot ku mistycyzmowi, snują refleksje o przedstawionym tam i malarsko zakodowanym spisku, który doprowadził do śmierci kapitana owych strzelców i zastąpienia go innym. Gorączkowo piszą o obrazie jako oskarżeniu wymierzonym w spiskowców i ukryciu w obrazie informacji na temat tej złowieszczej intrygi…

„A teraz z zupełnie innej beczki”, jak to było  w polskim tłumaczeniu skeczów Monty Pythona.

Człowiek to takie bydlę, które przypadkiem, na swoje nieszczęście, wynalazło słowo „szczęście” i od tego czasu biedzi się nad definicją owego pojęcia i poszukiwaniem jego desygnatu. Zgred, który czasem coś tu i tam przeczyta, natrafił w POLITYCE na artykuł Mariusza Hermy pt. "Szczęście sprzyja lepszym?” i pozwoli sobie na zacytowanie, bo od dawna miał w tej kwestii swoje podejrzenia, ale nie miał naukowego wsparcia…

Posiadanie dzieci uchodzi zazwyczaj za klucz do szczęścia. Tymczasem, jak stwierdziła prof. Robin Simon z Wake Forest University po przebadaniu 12 tys. Amerykanów, niezależnie od sytuacji rodzinnej i materialnej, znacznie częściej spotyka się symptomy depresyjne i zaburzenia emocjonalne u rodziców, niż u ich bezdzietnych rówieśników. […] Okazało się, że interakcja z własnymi pociechami sprawia rodzicom mniej radości niż ćwiczenia fizyczne, jedzenie, czy oglądanie telewizji.


[…] Na początku tego roku psycholodzy z University of Exter opisali czynniki, które znacząco przyczyniają się do poprawy zdrowia psychicznego. Awans, podwyżka czy ślub – wszystkie miały niezwykle korzystny efekt. Tylko że krótkotrwały. W ciągu 6-12 miesięcy czar pryskał.

Po tym czasie stan samopoczucia wracał do punktu wyjścia. Nawet w grupie osób, które wygrały na loterii ponad pół miliona funtów” – stwierdzili naukowcy. Jedynym czynnikiem trwale poprawiającym kondycję psychiczną badanych (przeanalizowano 40 tys. gospodarstw domowych) okazała się przeprowadzka w pobliże terenów zielonych. Żyjący blisko lasu, parku albo chociaż większego ogrodu znacznie rzadziej przejawiali oznaki depresji czy stany lękowe niż ci otoczeni betonem. Efekt utrzymywał się nawet po kilku latach.


Co Zgred dedykuje wszystkim p.t. Czytelnikom.

____________________________________________________________

*a będąca właściwie „Kompanią Fransa Banninga Cocqa i Willema van Ruytenburcha”. Tak, tak, Zgred nie mógł przepuścić okazji, żeby się trochę wymądrzyć.

sobota, 20 grudnia 2014

Odezwał się vox populi i przynaglił Zgreda, żeby coś nowego wygenerował i dał tym samym dowód, że żyje, i że zależy mu na owym niewielkim (ale jakże doborowym!) gronie Czytelników. Zatem – voilà:

Nasz wspólny Znajomy obchodził będzie wkrótce urodziny i wypadałoby coś z tej okazji… Bo karierę zrobił niewiarygodną. Z potencjalnie dysfunkcyjnej rodziny (matka – panna z dzieckiem, na utrzymaniu mocno podstarzałego konkubenta), on sam w nieustannym konflikcie z władzą… A jednak, jakby powiedzieli Amerykanie, osiągnął sukces. Chociaż właściwie skończył źle… Chociaż akurat ten ostatni punkt jest niejednoznaczny i mocno dyskusyjny, i to od ponad 2000 lat.

Cóż, na tę nieokrągłą rocznicę Urodzin trzeba by coś optymistycznego, radosnego, wszak z radia od kilku już tygodni dobiega dźwięk dzwoneczków i pohukiwania „ho ho ho!”, bo jak się w ostatnich latach dowiedzieliśmy, tak właśnie nieustannie pokrzykuje ów dobrze odżywiony jegomość w czerwonym (courtesy of ˆ The Cocal-Cola Company)  kubraczku,

 

Dziadek Mróz w wersji amerykańskiej, chowany na syropie fruktozowo-glukozowym

powożący reniferem ze skłonnością do nadużywania alkoholu.


Właściwie, to winniśmy radiu, a zwłaszcza sieciom handlowym wdzięczność, że już w listopadzie zaczęły nam przypominać o Urodzinach, zapewne po to, byśmy mieli dość czasu na rozważanie owego dyskusyjnego punktu, no bo jaki inny mógłby być powód? To dobrze, że ktoś dba jeszcze o naszą duchowość, prawda?

No więc Zgred życzy p.t. Publiczności Świąt  nie jak w dzieciństwie, bo to se ne vrati, ale takich, które miałyby w sobie choć odrobinę tej magii… I żeby dzieci p.t. Publiczności poczuły, że jest w tym coś więcej, niż oczekiwanie na obiecany pod choinkę tablet.

sobota, 15 listopada 2014

Czy nieszczęście Poznania zaczęło się już w latach 1918- 1919, kiedy to opuściło go 40% mieszkańców, zabierając ze sobą typowe przymioty protestantów, czyli pracowitość i odpowiedzialność? W końcu to ich dobroczynnemu wpływowi zawdzięczało miasto opinię miasta gospodarnego, uporządkowanego, a nade wszystko czystego, na której to opinii jechało jeszcze po II wojnie światowej, a nawet później. Architektura, jaką nam skrzętni protestanci zostawili, nie budziła jednak wśród rodaków entuzjazmu. Przy zamku cesarskim,

 

postrzeganym jako symbol wrażego pruskiego panowania, dopóty majstrowano, aż pozbawiono go zwieńczenia wieży. Franz Schwechten może i wielkim architektem nie był, ale rozumiał, że ta chaotyczna bryła musi mieć jakąś dominantę; już nie ma.

 

Za to gdzieś indziej wybudowano samą dominantę.

 

Zgred nie pójdzie na łatwiznę i nie będzie się pastwił nad powyższym obiektem, w którym cegły udają tekturę, a może odwrotnie, bo robiono to już nie raz. Obiekt ten jest jednak w jakiś sposób charakterystyczny dla tezy, że Poznań do architektów szczęścia nie ma. A może do tzw. decydentów, którzy wybierają projekty do realizacji?

Nieszczęście zaczęło się już w okresie międzywojennym; przykładem może być ten oto gmach, który wygląda jak ze snu Alberta Speera:

 

Mieści się w nim aktualnie administracja szkoły zawodowej dla przyszłych rekinów wolnego handlu, obecnie znanej jako Uniwersytet Ekonomiczny.

Co prawda po wojnie zbudowano śmiały i ciekawy budynek, tzw. Okrąglak, który jakimś tajemniczym sposobem wrósł w otoczenie,

 

ale później szło już coraz gorzej. Na przykład wyżej wzmiankowani handlowcy, którzy tymczasem  rozmnożyli się ponad wszelka miarę, zapragnęli kolejnego gmachu, jeszcze wyższego, i jeszcze brzydszego niż ten stary. I dostali.

 

W odróżnieniu od Okrąglaka, obiekt ten, który zardzewiał już w trakcie budowy, nigdy w żadne otoczenie nie wrośnie, bo it sticks out like a sore thumb, jakby powiedzieli Amerykanie (uczymy się języka angielskiego z premierem), ale o to zapewne chodziło.

Z kolei bardzo skądinąd udane centrum handlowe, ma pyszny fronton, który niczego nie udaje, a jego dwa pylony sygnalizują nam wprost, czym jest: to Świątynia Mamony.

 

Jak kiedyś międzygwiezdni archeolodzy wykopią ruiny ziemskiej cywilizacji, może potną to coś pieczołowicie na kawałki, wywiozą do siebie i zmontują w jakimś muzeum? Tylko skąd będą wiedzieć, że toto ma zmieniać kolory?

Nowe galerie handlowe wciąż powstają, bo każdy chce powtórzyć sukces Świątyni Mamony. Ostatnio wybudowano śmiały taki obiekt w bezpośrednim sąsiedztwie nudnego, gotyckiego kościoła św. Marcina. Chodziło przypuszczalnie o tzw. shock value, bo pięć brudnych akwariów na ul. Św. Marcin

przyprawia mijających je  pasantów o myśli samobójcze, i trzeba ich z tego stanu wyrwać jakimś gwałtownym bodźcem.

Obiekt ma niezwykłą żółtawo-brudnawo-beżową barwę: Zgred sądził, że kolor ten całkowicie zniknął wraz z nieboszczką NRD, która go sobie dziwnie upodobała (samochody, męskie kurtki, wszystko tam takie było), ale nie, nie wymarł, jest, pyszni się w sercu Poznania!

 

I tak trwa ta galeria obok tego kościoła, i jest jak owa kokota*, która zerka na dostojną damę, która jednak, jak to dama, całkowicie ją ignoruje. Te dwie panie nie dogadają się nigdy, to pewne.

Zgred słyszał, że powstanie w Poznaniu nowy, bardzo nowoczesny i kosztowny gmach (stać nas już na taki, a co), i to w najlepszej tradycji nowego wieżowca szkoły dla handlowców:

 

Chodzi przypuszczalnie o to, że najbrzydszy istniejący model Sheratona, zrealizowany wg projektu wyciągniętego z szuflady, do której trafił w latach 50-tych, niecałkowicie jeszcze zasłania beznadziejnie staroświecką Starą Drukarnię przy Roosevelta i potrzebne jest tu działanie bardziej zdecydowane.

Rzadkość występowania w tym nieszczęśliwym mieście architektonicznych pomysłów UDANYCH, takich jak nowy budynek zawodowej szkoły dla muzyków, stylizowany na stary obok (dzięki czemu nie razi stojąca na ich przedłużeniu koncertowa rotunda),

 

sugeruje, że u miejskich decydentów z pokolenia na pokolenie występuje szczególny rodzaj zmysłu estetycznego, być może efekt przebytych w dzieciństwie chorób, a może zwykłej awitaminozy?

Los dzielnicy Zgreda, Jeżyc, dobitnie pokazuje, że mamy do czynienia z ludźmi inteligentnymi jakoś inaczej niż inni. Zamknięto tam otóż starą zajezdnię tramwajową  przy ul. Gajowej i zwolnił się duży, ogrodzony nawet teren. Ludzie o inteligencji banalnej i pospolitej przenieśliby tam natychmiast leżące o rzut kamieniem stamtąd cuchnące targowisko z Rynku Jeżyckiego, a na zwolnionym w ten sposób placu wybudowali fontannę, posadzili drzewa, postawili ławki, z których można by podziwiać niedocenioną tamtejszą architekturę. Oczyma wyobraźni Zgred widzi te kafejki na wolnym powietrzu, taki mały Paryż…

Nie, ludzie o umysłowości niepospolitej i niebanalnej, po prostu innej, sprzedali zajezdnię komuś, kto słusznie zauważył, że warto ulokować w niej pieniądze. I tak od kilku ładnych lat teren zarastają skrzypy i widłaki.

A skoro mowa o Jeżycach: jeśli usłyszycie bredzenie o Poznaniu, jako o mieście po prusku czystym i porzundnym, pokażcie mu to zdjęcie z serca owej pechowej (jak zresztą wszystkie inne w tym mieście) dzielnicy:

____________________________________________________________________

*staropolszczyzny mi się zachciało. Kurew, i tyle.

 

środa, 22 października 2014

Przeglądając zabawki pozostałe po dorosłej już córce, Zgred natknął się na takiego oto, różowego królika:

 

No cóż, królik jak królik, podobne znają wszyscy z reklam firmy Duracell:

 

Sorry, w tej sieci tyle śmieci, to miała być zupełnie inna ilustracja.

 

O, właśnie ta! Ale wracając do królika córki. Otóż po bliższych oględzinach okazało się, że ów królik to tak naprawdę PRZEBRANY MIŚ!

 

Tu Zgred zadumał się nad światem współczesnych dzieci, w którym byle zwykły królik, albo zwykły miś nikomu już nie zaimponuje. Światem, który w zabawkach odsłania swoją prawdziwą twarz, opartą na grze pozorów. Światem, w którym nic nie jest takie, jak się wydaje*. Szczytowym osiągnięciem przemysłu zabawkarskiego w tej kwestii wydają się tak zwane TRANSFORMERSY.

 

Nadejście czegoś równie absurdalnego przewidział zresztą już Bolesław Prus, który w felietonie w Kurierze Warszawskim z dnia 28 lutego 1887, w którym komentował plan budowy w Paryżu obiektu obecnie znanego jako Wieża Eiffla, tak oto dywagował na temat zdolności wynalazczych Polaków w porównaniu z przemyślnością Francuzów i Niemców:

„... [zaś] Polacy, zmęczeni tańcem, spali coś do południa i dopiero ku wieczorowi jeden z nich wynalazł nową figurę mazura, a drugi bardzo misterne łóżko składane, z którego można było zrobić karabin i fortepian, bez możności jednak grania na fortepianie, strzelania z karabinu i sypiania na łóżku”.

Wracając wszelako  do misia w przebraniu królika: nieodżałowany Gustaw Holoubek (vide wpis prawie dokładnie sprzed roku) opowiadał niegdyś o tym, jak to grał Żyda ukrywającego się w czasie wojny w białym misiu – rekwizycie fotografa.

 

Zdjęcia do filmu kręcono na Krupówkach w Zakopanym i cała ekipa, łącznie z technicznymi, rwała na potęgę kręcące się przy filmie dziewczyny. Któregoś dnia podczas zdjęć zdesperowany Holoubek ściągnął łeb misia i krzyknął do jakiejś hożej panny, że on jest aktorem, że on to Gustaw Holoubek, że… Na co usłyszał: „Spier…aj, misiu”.

Holoubek dodawał potem, że rola była banalna, mało ambitna, że prawdziwym wyzwaniem dla niego byłoby gdyby miał zagrać misia, który musi ukrywać się w Żydzie.

______________________________________________________________

*Zgred to kiedyś na ten temat napisał 3 książki, ale świat się na nich słabo poznał…

czwartek, 09 października 2014

Zgred chwilowo nie ma czasu na głupstwa takie jak blog, ale żeby PT Publiczność (w postaci tych kilku osób wiernie tu zaglądających) do końca się nie zniechęciła, daje znak życia. Niniejszy wpis zawiera remanenty, luźne odniesienia do tego, co już było. Na przykład ostatni wpis (Terror bergamotki) zaowocował takim oto nadesłanym przez Czytelnika zdjęciem. Okazuje się, że jest w Polszcze firma, której nazwy nie wspomnę (żeby nie było kryptoreklamy),

 

która produkuje wersję bergamotkowego świństwa w równie eleganckiej puszce, jak niektóre zagraniczne.

Z kolei do wpisu przedostatniego, gdzie pokazane są 2 rzeźby z brązu (banalna i niebanalna), nawiązują takie oto ciekawostki podpatrzone w Europie

 

 

A do serialu o dzielnym generale co się kulom nie kłaniał, i dlatego trafiło go bodaj osiem (wpisy z 12. lutego, 19. lutego, 28. lutego i 8. marca) nawiązuje, niezależnie Zgredowi przysłana, reprodukcja pewnego obrazu. Okazuje się mianowicie, że podczas przewlekłego pobytu w naszym kraju Generał zamówił był swój konny portret u jednego z najmodniejszych zapewne wtedy portrecistów polskiej socjety, nikogo innego, tylko mistrza Kossaka Wojciecha...

 

Generał przedstawiony tu jest w eleganckim mundurze w wersji do jazdy konnej, więc w bryczesach i nieznanych u nas brązowych oficerkach z charakterystycznym paseczkiem nad brzegiem cholewy. Ma też u boku absurdalny pałasz, i to on zapewne wkurza wierzchowca, co widać po jego cofniętych uszach. Jak widać Generał, w końcu niegdyś dzielny kawalerzysta, umiejętności jazdy konnej nie zatracił, a prowadzenie konia jedną ręką nie jest łatwe...

Portret wystawiła na sprzedaż pewna galeria w Krakowie, i gdyby Zgred nie klepał budżetowej biedy, chętnie by takie cacko zaposiadł.

Tagi