RSS
czwartek, 05 lutego 2015

Cytat z Igora Nazaruka („Metro-Warszawa”, przedruk gazeta.pl), 23.01.2015:

Paderewski w „Bristolu” sformułował rząd i wraz z Józefem Piłsudskim powołał pierwszy suwerenny parlament. 

Cytat z profesora, (a może tylko dr hab.) od historii, program II, audycja poświęcona Churchillowi z dnia 24.01.2015:

Churchill, podobnie jak Stalin, cokolwiek by o nim powiedzieć, był pragmatykiem politycznym, obydwoje zresztą pod tym względem byli sobie równi.

A ileż to razy słyszeliśmy określenia typu:

półtorej miesiąca?



Ileż to razy słyszeliśmy zdania typu:

Będąc młodą lekarką, wszedł raz do mnie pacjent? (ostatnio w wykonaniu byłego czytacza wiadomości telewizyjnych, który dzięki tej posadzie awansował na głównego komentatora wydarzeń w świecie, co dziwne, ale w Polszcze nagminne)

albo:

Powinniśmy głośniej protestować, kiedy anektowali Krym?

Zapewne każdy z Was mógłby wskazać swoje ulubione kaleczenie polszczyzny…



Cóż, język się upraszcza. Ton nadaje dziennikarski półinteligent, który niegdyś, usłyszawszy słowo ekstrema, wyobraził sobie, że to rzeczownik rodzaju żeńskiego, tak zresztą, jak półtora. Który nie tak dawno z lubością zapożyczył molestowanie, nie wiedząc, że to słowo od dawna ma w języku polskim obywatelstwo (i znaczy zupełnie co innego), bo w młodości lektur nie czytał, tylko oglądał na ekranie telewizora. Który w sformułować i sformować nie widzi różnicy, dla którego zbędne jest rozróżnienie między oboje i obaj… Ten sam żurnalista chętnie zaprosi do studia znanego politycznego celebrytę wagi bardzo ciężkiej, który, upajając się własnymi słowami (lub też, jak mówi młodzież, pławiąc się w swojej zajebistości), mówi:

No jak chcom, to niech tak zrobiom!


Zgred nie ma wielkich złudzeń: wraz z upadkiem kultury słowa pisanego rozróżnienie między powinniśmy i powinniśmy byli zaniknie, tak jak zanikł czas zaprzeszły. Tak jak ostatecznie sczeźnie zaimek na rzecz wszechobecnego . Tak jak zaniknie subtelne genderowe rozróżnienie między obaj, oboje i obie, w końcu inne języki jakoś sobie bez niego radzą. Cóż, język żyje i stale się zmienia. A jednak żal.

„A jednak żal, że tu w drzwiach nie pojawi się Puszkin…”

13:20, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 stycznia 2015

Kiedy studiuje się historie ubioru zauważa się, że ludzkość zawsze miała skłonność do wkładania sobie na głowę mniej lub bardziej absurdalnych obiektów, na przykład takich:


Jeśli wręcz nie takich:



Albo takich:


W naszych czasach na przykład od stu lat hitem jest zimowa, wełniana czapka z pomponem; nie ma sposobu, żeby w czymś takim na głowie wyglądać na istotę racjonalną.

 

Pewną odmianą jest wełniana czapka bez pompona, ale za to z komorą powietrzną, niekiedy całkiem sporą; konia z rzędem temu, kto odgadnie jej przeznaczenie. Zapewne kiedyś, kiedy jeszcze nie wymyślono kieszeni, można było w takiej komorze to i owo schować, ale teraz? Przecież telefon komórkowy jest płaski i wejdzie wszędzie.

 

Swoją drogą godna najwyższego podziwu jest siła perswazji dyktatorów mody, którzy skłonili wiele młodych osób do wkładania na się czegoś takiego.

Szczególnie idiotyczna jest odmiana z komorą w kształcie koguciego grzebienia (?), święcąca triumfy w środowiskach związanych ze sportami zimowymi.

 

Innym przykładem nakrycia głowy, które jest inherentnie szpetne, jest kapelusik z wąskim rondem, który, w postaci z piórkiem, znany jest wszystkim miłośnikom polskich seriali okupacyjnych jako rozpoznawczy znak złego Volksdeutscha współpracującego z Gestapo, albo wręcz gestapowca.

 

Od pewnego czasu, nie wiedzieć czemu, w wersji kraciastej, jest to ulubione nakrycie głowy nastolatek, osobliwie amerykańskich, osobliwie tych penetrujących Europę:

A skoro już mowa o kapeluszach, to na koniec prawdziwy cymes ze Zgredowej kolekcji:

Przy czym kardynał Burke nosi go tu w postaci złożonej, podróżnej. W postaci rozłożonej wygląda zaś tak:

No, ale co na głowę potrafią sobie nasadzić osoby duchowne, to temat-rzeka...

 

Nie ma tak lekko, ciąg dalszy nastąpi!

Tagi: moda
14:47, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 stycznia 2015

Proszę przyjrzeć się poniższemu zdjęciu.

 

Czyż nie jest krzepiące? Oto nasza młodzież, uchodząca za zdziczałą, w muzeum. Jakież ogromne wrażenie musiała na niej zrobić „Straż nocna”* Rembrandta, skoro młodzi ludzie natychmiast poczuli potrzebę podzielnia się swoimi wrażeniami z osobami im najbliższymi. Siedzą i gorączkowo stukają w klawiatury telefonu, rozpisując się  o niezwykłym kunszcie malarza, który z grupowego portretu zrobił arcydzieło ukazujące interakcję między postaciami, wyposażonymi w wyraźne, indywidualne cechy. W natchnieniu rozpisują się o użyciu światła przez Rembrandta, wnikliwie drążą kwestię odejścia autora od realizmu i zwrot ku mistycyzmowi, snują refleksje o przedstawionym tam i malarsko zakodowanym spisku, który doprowadził do śmierci kapitana owych strzelców i zastąpienia go innym. Gorączkowo piszą o obrazie jako oskarżeniu wymierzonym w spiskowców i ukryciu w obrazie informacji na temat tej złowieszczej intrygi…

„A teraz z zupełnie innej beczki”, jak to było  w polskim tłumaczeniu skeczów Monty Pythona.

Człowiek to takie bydlę, które przypadkiem, na swoje nieszczęście, wynalazło słowo „szczęście” i od tego czasu biedzi się nad definicją owego pojęcia i poszukiwaniem jego desygnatu. Zgred, który czasem coś tu i tam przeczyta, natrafił w POLITYCE na artykuł Mariusza Hermy pt. "Szczęście sprzyja lepszym?” i pozwoli sobie na zacytowanie, bo od dawna miał w tej kwestii swoje podejrzenia, ale nie miał naukowego wsparcia…

Posiadanie dzieci uchodzi zazwyczaj za klucz do szczęścia. Tymczasem, jak stwierdziła prof. Robin Simon z Wake Forest University po przebadaniu 12 tys. Amerykanów, niezależnie od sytuacji rodzinnej i materialnej, znacznie częściej spotyka się symptomy depresyjne i zaburzenia emocjonalne u rodziców, niż u ich bezdzietnych rówieśników. […] Okazało się, że interakcja z własnymi pociechami sprawia rodzicom mniej radości niż ćwiczenia fizyczne, jedzenie, czy oglądanie telewizji.


[…] Na początku tego roku psycholodzy z University of Exter opisali czynniki, które znacząco przyczyniają się do poprawy zdrowia psychicznego. Awans, podwyżka czy ślub – wszystkie miały niezwykle korzystny efekt. Tylko że krótkotrwały. W ciągu 6-12 miesięcy czar pryskał.

Po tym czasie stan samopoczucia wracał do punktu wyjścia. Nawet w grupie osób, które wygrały na loterii ponad pół miliona funtów” – stwierdzili naukowcy. Jedynym czynnikiem trwale poprawiającym kondycję psychiczną badanych (przeanalizowano 40 tys. gospodarstw domowych) okazała się przeprowadzka w pobliże terenów zielonych. Żyjący blisko lasu, parku albo chociaż większego ogrodu znacznie rzadziej przejawiali oznaki depresji czy stany lękowe niż ci otoczeni betonem. Efekt utrzymywał się nawet po kilku latach.


Co Zgred dedykuje wszystkim p.t. Czytelnikom.

____________________________________________________________

*a będąca właściwie „Kompanią Fransa Banninga Cocqa i Willema van Ruytenburcha”. Tak, tak, Zgred nie mógł przepuścić okazji, żeby się trochę wymądrzyć.

sobota, 20 grudnia 2014

Odezwał się vox populi i przynaglił Zgreda, żeby coś nowego wygenerował i dał tym samym dowód, że żyje, i że zależy mu na owym niewielkim (ale jakże doborowym!) gronie Czytelników. Zatem – voilà:

Nasz wspólny Znajomy obchodził będzie wkrótce urodziny i wypadałoby coś z tej okazji… Bo karierę zrobił niewiarygodną. Z potencjalnie dysfunkcyjnej rodziny (matka – panna z dzieckiem, na utrzymaniu mocno podstarzałego konkubenta), on sam w nieustannym konflikcie z władzą… A jednak, jakby powiedzieli Amerykanie, osiągnął sukces. Chociaż właściwie skończył źle… Chociaż akurat ten ostatni punkt jest niejednoznaczny i mocno dyskusyjny, i to od ponad 2000 lat.

Cóż, na tę nieokrągłą rocznicę Urodzin trzeba by coś optymistycznego, radosnego, wszak z radia od kilku już tygodni dobiega dźwięk dzwoneczków i pohukiwania „ho ho ho!”, bo jak się w ostatnich latach dowiedzieliśmy, tak właśnie nieustannie pokrzykuje ów dobrze odżywiony jegomość w czerwonym (courtesy of ˆ The Cocal-Cola Company)  kubraczku,

 

Dziadek Mróz w wersji amerykańskiej, chowany na syropie fruktozowo-glukozowym

powożący reniferem ze skłonnością do nadużywania alkoholu.


Właściwie, to winniśmy radiu, a zwłaszcza sieciom handlowym wdzięczność, że już w listopadzie zaczęły nam przypominać o Urodzinach, zapewne po to, byśmy mieli dość czasu na rozważanie owego dyskusyjnego punktu, no bo jaki inny mógłby być powód? To dobrze, że ktoś dba jeszcze o naszą duchowość, prawda?

No więc Zgred życzy p.t. Publiczności Świąt  nie jak w dzieciństwie, bo to se ne vrati, ale takich, które miałyby w sobie choć odrobinę tej magii… I żeby dzieci p.t. Publiczności poczuły, że jest w tym coś więcej, niż oczekiwanie na obiecany pod choinkę tablet.

sobota, 15 listopada 2014

Czy nieszczęście Poznania zaczęło się już w latach 1918- 1919, kiedy to opuściło go 40% mieszkańców, zabierając ze sobą typowe przymioty protestantów, czyli pracowitość i odpowiedzialność? W końcu to ich dobroczynnemu wpływowi zawdzięczało miasto opinię miasta gospodarnego, uporządkowanego, a nade wszystko czystego, na której to opinii jechało jeszcze po II wojnie światowej, a nawet później. Architektura, jaką nam skrzętni protestanci zostawili, nie budziła jednak wśród rodaków entuzjazmu. Przy zamku cesarskim,

 

postrzeganym jako symbol wrażego pruskiego panowania, dopóty majstrowano, aż pozbawiono go zwieńczenia wieży. Franz Schwechten może i wielkim architektem nie był, ale rozumiał, że ta chaotyczna bryła musi mieć jakąś dominantę; już nie ma.

 

Za to gdzieś indziej wybudowano samą dominantę.

 

Zgred nie pójdzie na łatwiznę i nie będzie się pastwił nad powyższym obiektem, w którym cegły udają tekturę, a może odwrotnie, bo robiono to już nie raz. Obiekt ten jest jednak w jakiś sposób charakterystyczny dla tezy, że Poznań do architektów szczęścia nie ma. A może do tzw. decydentów, którzy wybierają projekty do realizacji?

Nieszczęście zaczęło się już w okresie międzywojennym; przykładem może być ten oto gmach, który wygląda jak ze snu Alberta Speera:

 

Mieści się w nim aktualnie administracja szkoły zawodowej dla przyszłych rekinów wolnego handlu, obecnie znanej jako Uniwersytet Ekonomiczny.

Co prawda po wojnie zbudowano śmiały i ciekawy budynek, tzw. Okrąglak, który jakimś tajemniczym sposobem wrósł w otoczenie,

 

ale później szło już coraz gorzej. Na przykład wyżej wzmiankowani handlowcy, którzy tymczasem  rozmnożyli się ponad wszelka miarę, zapragnęli kolejnego gmachu, jeszcze wyższego, i jeszcze brzydszego niż ten stary. I dostali.

 

W odróżnieniu od Okrąglaka, obiekt ten, który zardzewiał już w trakcie budowy, nigdy w żadne otoczenie nie wrośnie, bo it sticks out like a sore thumb, jakby powiedzieli Amerykanie (uczymy się języka angielskiego z premierem), ale o to zapewne chodziło.

Z kolei bardzo skądinąd udane centrum handlowe, ma pyszny fronton, który niczego nie udaje, a jego dwa pylony sygnalizują nam wprost, czym jest: to Świątynia Mamony.

 

Jak kiedyś międzygwiezdni archeolodzy wykopią ruiny ziemskiej cywilizacji, może potną to coś pieczołowicie na kawałki, wywiozą do siebie i zmontują w jakimś muzeum? Tylko skąd będą wiedzieć, że toto ma zmieniać kolory?

Nowe galerie handlowe wciąż powstają, bo każdy chce powtórzyć sukces Świątyni Mamony. Ostatnio wybudowano śmiały taki obiekt w bezpośrednim sąsiedztwie nudnego, gotyckiego kościoła św. Marcina. Chodziło przypuszczalnie o tzw. shock value, bo pięć brudnych akwariów na ul. Św. Marcin

przyprawia mijających je  pasantów o myśli samobójcze, i trzeba ich z tego stanu wyrwać jakimś gwałtownym bodźcem.

Obiekt ma niezwykłą żółtawo-brudnawo-beżową barwę: Zgred sądził, że kolor ten całkowicie zniknął wraz z nieboszczką NRD, która go sobie dziwnie upodobała (samochody, męskie kurtki, wszystko tam takie było), ale nie, nie wymarł, jest, pyszni się w sercu Poznania!

 

I tak trwa ta galeria obok tego kościoła, i jest jak owa kokota*, która zerka na dostojną damę, która jednak, jak to dama, całkowicie ją ignoruje. Te dwie panie nie dogadają się nigdy, to pewne.

Zgred słyszał, że powstanie w Poznaniu nowy, bardzo nowoczesny i kosztowny gmach (stać nas już na taki, a co), i to w najlepszej tradycji nowego wieżowca szkoły dla handlowców:

 

Chodzi przypuszczalnie o to, że najbrzydszy istniejący model Sheratona, zrealizowany wg projektu wyciągniętego z szuflady, do której trafił w latach 50-tych, niecałkowicie jeszcze zasłania beznadziejnie staroświecką Starą Drukarnię przy Roosevelta i potrzebne jest tu działanie bardziej zdecydowane.

Rzadkość występowania w tym nieszczęśliwym mieście architektonicznych pomysłów UDANYCH, takich jak nowy budynek zawodowej szkoły dla muzyków, stylizowany na stary obok (dzięki czemu nie razi stojąca na ich przedłużeniu koncertowa rotunda),

 

sugeruje, że u miejskich decydentów z pokolenia na pokolenie występuje szczególny rodzaj zmysłu estetycznego, być może efekt przebytych w dzieciństwie chorób, a może zwykłej awitaminozy?

Los dzielnicy Zgreda, Jeżyc, dobitnie pokazuje, że mamy do czynienia z ludźmi inteligentnymi jakoś inaczej niż inni. Zamknięto tam otóż starą zajezdnię tramwajową  przy ul. Gajowej i zwolnił się duży, ogrodzony nawet teren. Ludzie o inteligencji banalnej i pospolitej przenieśliby tam natychmiast leżące o rzut kamieniem stamtąd cuchnące targowisko z Rynku Jeżyckiego, a na zwolnionym w ten sposób placu wybudowali fontannę, posadzili drzewa, postawili ławki, z których można by podziwiać niedocenioną tamtejszą architekturę. Oczyma wyobraźni Zgred widzi te kafejki na wolnym powietrzu, taki mały Paryż…

Nie, ludzie o umysłowości niepospolitej i niebanalnej, po prostu innej, sprzedali zajezdnię komuś, kto słusznie zauważył, że warto ulokować w niej pieniądze. I tak od kilku ładnych lat teren zarastają skrzypy i widłaki.

A skoro mowa o Jeżycach: jeśli usłyszycie bredzenie o Poznaniu, jako o mieście po prusku czystym i porzundnym, pokażcie mu to zdjęcie z serca owej pechowej (jak zresztą wszystkie inne w tym mieście) dzielnicy:

____________________________________________________________________

*staropolszczyzny mi się zachciało. Kurew, i tyle.

 

środa, 22 października 2014

Przeglądając zabawki pozostałe po dorosłej już córce, Zgred natknął się na takiego oto, różowego królika:

 

No cóż, królik jak królik, podobne znają wszyscy z reklam firmy Duracell:

 

Sorry, w tej sieci tyle śmieci, to miała być zupełnie inna ilustracja.

 

O, właśnie ta! Ale wracając do królika córki. Otóż po bliższych oględzinach okazało się, że ów królik to tak naprawdę PRZEBRANY MIŚ!

 

Tu Zgred zadumał się nad światem współczesnych dzieci, w którym byle zwykły królik, albo zwykły miś nikomu już nie zaimponuje. Światem, który w zabawkach odsłania swoją prawdziwą twarz, opartą na grze pozorów. Światem, w którym nic nie jest takie, jak się wydaje*. Szczytowym osiągnięciem przemysłu zabawkarskiego w tej kwestii wydają się tak zwane TRANSFORMERSY.

 

Nadejście czegoś równie absurdalnego przewidział zresztą już Bolesław Prus, który w felietonie w Kurierze Warszawskim z dnia 28 lutego 1887, w którym komentował plan budowy w Paryżu obiektu obecnie znanego jako Wieża Eiffla, tak oto dywagował na temat zdolności wynalazczych Polaków w porównaniu z przemyślnością Francuzów i Niemców:

„... [zaś] Polacy, zmęczeni tańcem, spali coś do południa i dopiero ku wieczorowi jeden z nich wynalazł nową figurę mazura, a drugi bardzo misterne łóżko składane, z którego można było zrobić karabin i fortepian, bez możności jednak grania na fortepianie, strzelania z karabinu i sypiania na łóżku”.

Wracając wszelako  do misia w przebraniu królika: nieodżałowany Gustaw Holoubek (vide wpis prawie dokładnie sprzed roku) opowiadał niegdyś o tym, jak to grał Żyda ukrywającego się w czasie wojny w białym misiu – rekwizycie fotografa.

 

Zdjęcia do filmu kręcono na Krupówkach w Zakopanym i cała ekipa, łącznie z technicznymi, rwała na potęgę kręcące się przy filmie dziewczyny. Któregoś dnia podczas zdjęć zdesperowany Holoubek ściągnął łeb misia i krzyknął do jakiejś hożej panny, że on jest aktorem, że on to Gustaw Holoubek, że… Na co usłyszał: „Spier…aj, misiu”.

Holoubek dodawał potem, że rola była banalna, mało ambitna, że prawdziwym wyzwaniem dla niego byłoby gdyby miał zagrać misia, który musi ukrywać się w Żydzie.

______________________________________________________________

*Zgred to kiedyś na ten temat napisał 3 książki, ale świat się na nich słabo poznał…

czwartek, 09 października 2014

Zgred chwilowo nie ma czasu na głupstwa takie jak blog, ale żeby PT Publiczność (w postaci tych kilku osób wiernie tu zaglądających) do końca się nie zniechęciła, daje znak życia. Niniejszy wpis zawiera remanenty, luźne odniesienia do tego, co już było. Na przykład ostatni wpis (Terror bergamotki) zaowocował takim oto nadesłanym przez Czytelnika zdjęciem. Okazuje się, że jest w Polszcze firma, której nazwy nie wspomnę (żeby nie było kryptoreklamy),

 

która produkuje wersję bergamotkowego świństwa w równie eleganckiej puszce, jak niektóre zagraniczne.

Z kolei do wpisu przedostatniego, gdzie pokazane są 2 rzeźby z brązu (banalna i niebanalna), nawiązują takie oto ciekawostki podpatrzone w Europie

 

 

A do serialu o dzielnym generale co się kulom nie kłaniał, i dlatego trafiło go bodaj osiem (wpisy z 12. lutego, 19. lutego, 28. lutego i 8. marca) nawiązuje, niezależnie Zgredowi przysłana, reprodukcja pewnego obrazu. Okazuje się mianowicie, że podczas przewlekłego pobytu w naszym kraju Generał zamówił był swój konny portret u jednego z najmodniejszych zapewne wtedy portrecistów polskiej socjety, nikogo innego, tylko mistrza Kossaka Wojciecha...

 

Generał przedstawiony tu jest w eleganckim mundurze w wersji do jazdy konnej, więc w bryczesach i nieznanych u nas brązowych oficerkach z charakterystycznym paseczkiem nad brzegiem cholewy. Ma też u boku absurdalny pałasz, i to on zapewne wkurza wierzchowca, co widać po jego cofniętych uszach. Jak widać Generał, w końcu niegdyś dzielny kawalerzysta, umiejętności jazdy konnej nie zatracił, a prowadzenie konia jedną ręką nie jest łatwe...

Portret wystawiła na sprzedaż pewna galeria w Krakowie, i gdyby Zgred nie klepał budżetowej biedy, chętnie by takie cacko zaposiadł.

środa, 17 września 2014

Osoba, która jako pierwsza postanowiła zepsuć smak czarnej herbaty dodając do  niej olejek z Citrus bergami pozostała anonimowa. Raczej nie był to hrabia Charles Grey we własnej osobie, chociaż Jacksonowie z Piccadilly długo utrzymywali, że w r. 1830 dostali przepis na paskudztwo właśnie od niego.

 

Sami Greyowie twierdzą, że bergamotkę polecił im jakiś mandaryn (sic!), jako pewny sposób na zabicie smaku ohydnej wapiennej wody używanej do warzenia herbaty w Howick Hall, ich rezydencji. Zemsta Orientu?

 

Pani Grey, żona Charlesa, rozpropagowała jakoby wywar na londyńskich salonach, a szacowni Twiningowie ze Strandu, spod numeru 216,

 

zaczęli zanieczyszczać herbaciane ziółka olejkiem na skalę handlową i do dziś z tego nieźle żyją.

 

Robią co prawda tych różnych herbat sporo,

 

ale nie czarujmy się, świat zna głównie tę cholerną bergamotkę. Chociaż, po prawdzie, English Breakfast też nieźle im SCHODZI.

Swoją drogą pani Grey była w nieustannej ciąży - urodziła Lordowi 16 dzieci, w tym 10 chłopaków, z których wielu zostało później admirałami, generałami, a co najmniej członkami parlamentu, a jedna z córek była antenatką Lady Di - z czego można wysnuć wniosek, że bergamotkowa herbatka  nie dość, że pomaga zajść,  jeszcze dobrze wpływa na płód, zapewniając mu później taką czy inną karierę.

Inne firmy wkrótce pozazdrościły Twiningom handlowego hitu i korzystając z tego, że owi mieszanki przez niedopatrzenie nie opatentowali, zaczęły wypuszczać na rynek własne wersje obrzydlistwa. Robią ją nawet na dalekim Ceylonie, choć Zgred podejrzewa, że jedynie na eksport.

 

Swojego EG robią nawet Niemcy, czego należało się po nich spodziewać, bo na herbacie się nie znając, specjalizują się w płynach herbatopodobnych, głównie zresztą  owocowych.

 

Istnieje nawet wersja nasza własna, przywiślańska!

 

A Lipton zaczął nawet robić specjalną wersję „rosyjską”,

 

co jest nadużyciem, bo kto jak kto, ale Rosjanie niczego takiego wcisnąć by sobie nie dali, bo na piciu herbaty znają się jak nikt. A już na pewno lepiej niż Wyspiarze. To swoją drogą zdumiewające, że mając dostęp do najlepszych herbat świata (łącznie z indyjskimi, które sami wymyślili, bo do Chin było im za daleko), Brytyjczycy piją je w postaci wysoce obrzydliwej. Zaparzają je mianowicie do nieprzytomności, a kiedy wywar stanie się już gorzki i nie do picia, uzdatniają go poprzez wlanie do niego hektolitrów mleka. Nie wiedzieć czemu, płyn ów, czysto brytyjski, w niektórych miejscach w Polszcze znany jest jako „bawarka”.

Tak czy owak, terror bergamotki trwa, więc jak jesteście w gościach i proponują Wam herbatę, bądźcie pewni, że na stole pojawi się

 

I nie dajcie się zwieść, jeśli będzie to

 

Bo to ta sama zaraza. I co Wam wtedy pozostanie?

Ale nie ze Zgredem takie numery. Basta. Zgred założył Klub Przeciwników Earl Greya i serdecznie do niego zaprasza.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Jak człowiek tak podróżuje, to się natyka się na przykład na zwierzę

w postaci zaniedbanego skalnego kota,

albo na jakieś inne zwierzęta, diabli wiedzą jakie,

ale zachowujące buddyjski spokój.

A jak człowiek wlezie na dzwonnicę, to w oddali może stamtąd też coś zobaczyć -

Na przykład zamyślonego konia, wędrującego dokądś w tylko sobie znanych sprawach.

A te konie (od których wieje banałem) poszły po betonie. Ale się nie wykopyrtną, bo są z brązu.

 

Jak ten dżentelmen. Czyżby pomnik Początkującego Kloszarda?

"A teraz z zupełnie innej beczki": w podróży można spotkać wiejski kościółek, a w nim na suficie anioła, i to z trąbą.

Myśleliście, że anioły są płciowo obojętne? Otóż nie wszędzie. Co prawda o niektórych paniach mówią "anioł, nie kobieta", ale żeby "kobieta, nie anioł"? Nie słyszałem.

Jak widać, Zgred dalej idzie na łatwiznę. Czyżby tracił motywację?

 

Tagi: animalia
17:48, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 sierpnia 2014

Ponieważ ostatnio kilka osób zwątpiło, czy Zgred jeszcze jest, czy go już nie ma, czy trafił go szlag, czy kopnął w kalendarz, odwalił kitę, wącha kwiatki od spodu, czyli is bleeding demised, has passed on, is no more, has ceased to be, has expired and gone to meet his Maker, is a late Zgred, a stiff, bereft of life, pushing up the daisies,  joined the Choir Invisible...



No więc Zgred postanowił się jakoś objawić, tym razem za pomocą kilku zdjęć, które był wykonał. Bo choć Zgred nie jest na Fejsie, zatem w pewnym sensie nie istnieje, to wie doskonale, że umieszczenie w Necie kilku zdjęć jest obowiązkiem każdego jego użytkownika, bo potwierdza jego Uczestnictwo w Tym Wszystkim.

No więc Zgred jest w podróży, długiej i pracowitej, ale przecie nie tak pracowitej, żeby od czasu do czasu nie pyknął paru tzw. fotek, nie, nie, nie żadnych selfies ani własnej swojej osoby na tle pięknych samochodów, jachtów, hoteli, piramid, wielbłądów jednogarbnych (Camelus dromedarius) lub dwugarbnych (Camelus ferus), czy jeszcze tam czegoś. Nie, Zgreda na tych fotkach nie będzie, bo był z drugiej strony aparatu, który te fotki wykonał. Czego, oczywiście, nie może w żaden sposób udowodnić...

Oczwiście Zgred wie, że poszedł na łatwiznę i obiecuje coś ambitniejszego następnym razem.

Tagi: fotki
22:44, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
Tagi