RSS
sobota, 28 maja 2016

Zgred i Mlle należą do tych szczęśliwców, którym jakoś udaje się w maju bywać w Rzymie. Taka mini Grand Tour. Ponieważ są zwiedzaczami zaprawionymi w bojach, podczas poprzednich pobytów umiejętnie dozowali sobie wrażenia i udało im się w miarę bezboleśnie zobaczyć, co w Rzymie było do zobaczenia (tak przynajmniej im się wydawało). W tym roku, tradycyjnie wypiwszy najdroższe w Europie cappuccino  w „Caffe Greco” na Via Condotti (vide wpis z tym tagiem obok), o rzut beretem szwajcarskiego gwardzisty od Piazza di Spagna, postanowili zobaczyć coś bardziej niszowego.

 

I nie mówimy tu o odwiedzeniu (celem pocieszenia) jednej z najbardziej samotnych osób w Rzymie

Postanowili mianowicie zobaczyć takie tam prywatne muzeum rodziny Doria-Pamphili, mieszczące się w zamieszkałym przez ich potomków palazzo. Z minami obrażonymi wskutek kryminalnie wysokiej ceny biletów Zgred i Mlle wkroczyli z impetem na salony, które wszelako od razu nieco zbiły ich z tropu.

 

Mlle podąża raźnym marszowym krokiem przez korytarz palazzo, szkoda, że nie widać jej miny z cyklu „nie w takich miejscach się bywało”.

Niestety, nikt Zgreda i Mlle nie ostrzegł, że rodzina owa z czasem zgromadziła kilkaset płócien miejscowych pacykarzy, które mimo obszernych pomieszczeń trzeba było rozwiesić „piętrowo”, co powodowało nieustanne ruchy głową nie tylko w płaszczyźnie poziomej, do której ten odcinek ludzkiego szkieletu jest przyzwyczajony, ale także w płaszczyźnie pionowej, co nie zdarza się dzisiejszym ludziom aż tak często*.

Chodząc i wgapiając się w obrazy sygnowane przez wszystkie nazwiska z hasła „sztuka włoska” w przeciętnej encyklopedii, Zgred dziwił się, że na trzecim „piętrze” obrazów widzi tabliczki jak „Rembrandt” czy „Rubens”, ale rychło pojął, że dla właścicieli kolekcji liczyli się swoi, lokalsi, jak Rafael, Tintoretto Caravaggio, Guercino, czy Lippi, a wcześniej wymienionych traktowali jak trochę szemranych przybłędów, czy wręcz nie daj Boże eksperymentatorów, gdzieś z nieokreślonej Północy.

 

W kółku jakiś trzeciorzędny i silnie podejrzany Rembrandt

Owszem, przybłędzie z Hiszpanii oddali nawet osobne małe pomieszczenie, ale tylko dlatego, że nad wyraz udatnie oddał członka ich rodziny, Innocentego X.


Innocenty, sądząc po fizjognomii wcale nie taki święty

No i, Czytelniku, bęc! Zgred i Mlle opuścili palazzo oszołomieni, z bólem głowy, lekkimi nudnościami, czyli klasycznym syndromem Stendhala, którego przez ładnych parę lat udawało im się uniknąć…

-----------------------------------------------------------------------------------------

* No bo chyba nie będziesz, Czytelniku, upierał się, że znane Ci są zdobienia kilkupiętrowych kamienic twojego miasta? Sto lat temu ludzie mieli czas na ich podziwianie i częściej zadzierali głowę niż my, poruszający się szybko ze wzrokiem wbitym w ziemię, a co najwyżej w mijane, znajdujące się na poziomie naszych oczu sklepowe wystawy, bo a nuż, kurde, trafi się jaka okazja?

niedziela, 01 maja 2016

Szperając w skarbczyku Sieci Zgred natrafił niedawno na reprodukcję obrazu, który przykuł jego uwagę  najpierw na moment, potem na dłużej. Była w nim dziwna harmonia tonacji i motywu, zwykłego na pozór, ale w dziwny sposób niepokojącego. Ot, stojący, oparty o mur mężczyzna w staroświeckim stroju, zabijający czas paleniem fajki... Le Fumeur. W sztuce dziwnie częsty motyw, jak się okazuje. Takich „Palących”  jest wielu, jakby w prostej czynności palenia fajki krył się jakiś ogromny potencjał; zawsze jednak chodzi o człowieka uchwyconego w chwili zadumy. Ze stosowanego kapelusza bicorne sądząc, to były żołnierz armii Cesarstwa. Ze znoszonego ubioru, bezrobotny. Po wysokich butach i ostrogach zgadując, może kawalerzysta. Po roku 1814 Francja była zapewne pełna takich typów – po latach wojaczki nieznajdujących dla siebie miejsca, nieprzystosowanych do pokojowego życia.

 

Jean Louis Ernest Meissonier uchwycił go w jeszcze innym momencie, jakiś czas wcześniej lub później – przy stoliku przed knajpką, przy filiżance kawy i kieliszku wina, a może koniaku.

Co jednak skłoniło Meissoniera do namalowania byłego żołnierza La Grande Armée, którego, ponad 50 lat później,  nie miał już przecież szans oglądać?

Z tą zagadką, droga Czytelniczko i drogi Czytelniku w to Święto Pracy Cię zostawię.

 

 

Tagi: Meissonier
21:07, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 kwietnia 2016

Badziewiak, Bączarz, Białowąs, Bydlaczek, Brudas, Cirillo, Cyfer, Cyferek, Cyrylica, Cyryluch, Cyryluszek, Czarna Owieczka, Czarna Panterka, Czarnuch, Czarnuszek, Diabelskie Nasienie, Diabełek, Drakula, Gołonóg, Głodomór, Kiełek, Lucyfer, Morderca Ptaków, Pasibrzuch, Piekielnik, Sierściuszek, Syfuśnik, Śmierdziel, Ta Mała Zaraza, Ten Futrzak, Ten Mały Drań, Ten Mały Zgred, Ten Sierściuch, Ten Twój Kot,  Wampirek.

 

Są to uporządkowane alfabetycznie imiona, nadawane w różnych okolicznościach naszemu kotu Cyrylowi. Jak widać, niektóre są trochę politycznie niepoprawne.

 

Interesujące jest to, że desygnat, czyli kot Cyryl, generuje w nas uczucia ekstremalne: albo czułości, albo irytacji niebezpiecznie graniczącej ze złością.

(za Andrzejem Czeczotem)

Kot Cyryl umiejętnie balansuje między dwoma ekstremami: tzw. słodziaka, oraz paskudnego, niehigienicznego osobnika. Chyba wie, że kiedy przestanie być tzw. słodziakiem, może go czekać eksmisja na bruk, więc się pilnuje. Chyba nie chce dołączyć do szerokiego grona kolegów, żyjących własnym przemysłem.


 

Tagi: kot_Cyryl
10:30, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 marca 2016

Zgred z zainteresowaniem obserwuje, jak polityczna poprawność w polskich mediach mainstreamowych murszeje, kruszeje i zaczyna się sypać, wskutek czego publikuje się opinie jeszcze niedawno niepublikowalne.

Rzekł Jacek Pałkiewicz, parający się archaicznym nieco zawodem podróżnika (który widział  więcej świata niż ktokolwiek z nas byłby sobie w stanie wyobrazić), w wywiadzie dla WP:

- Poprawni politycznie europejscy liderzy zabrnęli w kwestii otwartości już tak daleko, że jest to wręcz chore. W ostatnich tygodniach widać jednak, że poszli już trochę po rozum do głowy i zaczynają korygować swoje spojrzenie na temat imigracji. Widzę to najlepiej na swoim przykładzie. Jeszcze do wczoraj piewcy wielokulturowości zarzucali mi nietolerancję, ksenofobię czy dyskryminację rasową. Mój drakoński stosunek do poprawności politycznej wzbudzał wiele kontrowersji. Dzisiaj powoli to się zmienia. Z satysfakcją obserwuję, że coraz częściej liderzy europejscy przecierają oczy, budząc się z tchórzostwa, i proszą śp. Fallaci o przebaczenie. Bo biernie akceptowali cyniczną demagogię integracji, bo wcześniej nie wiedzieli, że "Allach nie zezwala swoim wiernym na przyjaźń z niewiernymi". Boję się jednak, że jest już za późno i nie da się opanować sytuacji, która się wytworzyła.

[…] żaden z polityków nie ma odwagi, by powiedzieć to, co naprawdę myśli. Nie bacząc na destrukcję wspólnoty europejskiej, oni wolą asekurować się polityczną poprawnością. Także koniunkturalizm mediów każe zamykać oczy na realne zagrożenie ekspansji fanatycznego islamskiego radykalizmu. Moralna dwuznaczność staje się nieraz szlachetną cnotą, bo jak można inaczej myśleć kiedy niektórzy są bliscy stwierdzenia, że to "terroryści z CIA torturują bohaterów z Al Kaidy". To po prostu ideologiczne oszustwo. Tolerancja, czyli życzliwe otwarcie się, wymusza na nas rezygnację z własnych zasad, wypieranie się własnej tradycji, a niestety świat muzułmański o zamkniętej mentalności wcale nie śni o integracji. Muzułmanie zasiedlający nasz dom korzystają z dobrodziejstw państwa opiekuńczego i nie okazując poszanowania dla naszych wartości, narzucają swoje obyczaje, swojego Boga. Jak pokazują głośne incydenty – żądają usunięcia szopki bożenarodzeniowej z przedszkoli, czy krucyfiksu z klas szkolnych, bo "nagi trup straszy muzułmańskie dzieci". Nie potrafię ukryć irytacji, kiedy czytam, że spiker Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych Nancy Pelosi i sekretarz stanu Hillary Clinton nałożyły hidżab w czasie wizyty w krajach muzułmańskich, podczas gdy żony dostojników z tych regionów nie zdejmują go podczas swoich bytności na Zachodzie. Co innego Oriana Fallaci, która nie włożyła chusty nawet przed szyickim przywódcą duchownym Chomeinim. To były inne czasy, Zachód się cofnął. Ja dla przykładu od początku głośno mówiłem o tym, że trzeba rozeznać się, którzy ludzie wśród uchodźców naprawdę potrzebują pomocy, a którzy szukają w Europie zarobku. Dla mnie jest jasne, że w obliczu tak dużego problemu, jakim jest fala imigracyjna, nie należy kierować się paranoicznym political correctness, a rozumem. Trzeba też dostrzec, że na transporcie tych ludzi mafia zbija fortuny. W ręce przestępców trafia też lwia część z gigantycznych pieniędzy, które kraje Unii Europejskiej łożą na pomoc uchodźcom.  

niedziela, 06 marca 2016

Oto wiadomość z agencji prasowej z 6.03.2016:

Polacy muszą zaświadczać, że na promie będą się właściwie zachowywać

Jak stwierdziła w szwedzkim radiu SR Blekinge rzeczniczka Stena Line Polska Agnieszka Zembrzycka, – Polacy nie są narodem morskim, nie są przyzwyczajeni do pływania statkiem. [...]

W tekście podpisywanego przez
[polskich] podróżnych oświadczenia znajduje się pouczenie m.in. o zakazie odtwarzania muzyki z własnego sprzętu. W dokumencie poucza się, że "pasażerowie, którzy zakłócają spokój lub nie przestrzegają prawa albo przepisów porządkowych, mogą zostać zatrzymani w areszcie (na promie) przez resztę podróży".

Jesper Waltersson, rzecznik Stena Line Szwecja, podkreślił, że nie ma planów, aby wymóg podpisywania podobnych oświadczeń został wprowadzony dla podróżnych ze Szwecji. 


Zgred zawsze uważał, że Szwedzi, a właściwie Skandynawowie w ogóle, zupełnie nie potrafią się bawić. Stać ich najwyżej na jakieś wspólne muzykowanie, a przy konsumpcji alkoholu jakieś chóralne śpiewanie, bojaźliwi tacy, że baliby się puścić ze swojego radia dobrą, fajną muzykę, bo nie daj Boże komuś mogłaby się nie spodobać. Za cholerę fantazji nie mają. Nudziarze. Bez przerwy się czegoś boją. Wiadomo, protestanci.

13:09, tobiasz2013
Link Komentarze (3) »
wtorek, 16 lutego 2016

Napisał o Puszczy Białowieszczańskiej Maciej Jarkowiec (GW 16.01):

[…] Jan Szyszko 2,5 roku temu w Sejmie: – W puszczy leżą 2 mln m sześc. drewna, które gnije, a ludzie nie mają czym palić. Kilka miesięcy temu poseł PiS Jarosław Zieliński wyliczył: "Problem ten przynosi roczne straty z powodu zaniechań w pozyskiwaniu i sprzedaży drewna w wysokości 500-700 mln zł."
Na spotkaniach o Puszczy Szyszce często towarzyszy Tomasz Duszkiewicz, kapelan myśliwych diecezji drohiczyńskiej. Przy jednej z okazji wywodził: "Według Pisma człowiek jest najważniejszy, a wszystko, co go otacza, powinno mu służyć. Według pseudoekologów ważniejszy jest ptaszek, kornik i żubr."
Szyszko jest też blisko związany ze Stowarzyszeniem Santa z Hajnówki. Najbarwniejszą postacią jest tam Leon Chlabicz, kierownik zbiornika wodnego Siemianówka. W sali pełnej leśników w mundurach dowodził, że "dęby i jesiony zaczęły umierać, bo utraciły cel życia, gdyż Stwórca stworzył je, żeby je wycinać". Przekonywał, że za śmierć puszczy odpowiadają Żydzi, "ludzie wyobcowani, których genetyka została ukierunkowana na tworzenie sztucznego świata". A koncepcja rezerwatu, według Chlabicza, już dawno poniosła klęskę, czego dowodem mają być rezerwaty Indian w USA. Leśnicy nagradzali go oklaskami
.


Zgred w Puszczy Białowieszczańskiej co prawda nigdy nie był, więc pewnie nie powinien się wtrącać, ale coś mu mówi, że chryja wokół niej to sprawa o wymiarze kulturowym. Że w tym konflikcie tak naprawdę chodzi o dwie Polski. Jak zwykle zresztą.

Rzekła Krystyna Janda: (natemat.pl):

Płacę co miesiąc podatki, gubię czapki, gram, czytam, spotykam się z wieloma ludźmi, podejmuję decyzje, martwię się i cieszę, staram się uspokajać nerwy i być obiektywna. Ale co rano budzę się z uczuciem, że spotkało mnie jakieś nieszczęście, a potem przypominam sobie – a, to tylko Polska.

Zgred kocha ten kraj tak, jak rodzice kochają ułomne dziecko, boć to kraj specjalnej troski. Ale czasem ma już dosyć. Trochę już go męczy bycie nieustannym marginesem, i mimo, że przebywa w środowisku sobie podobnych, to przecie złudzeń nie ma: procent, który wraz z nimi stanowi, jest wielkością,  jak to mówią matematycy, „zaniedbywalnie małą”. I myśli sobie, że gdyby w Europie (najchętniej gdzieś w Śródziemnomorzu) powstała gdzieś druga Polska, malutka republika ludzi oświeconych, racjonalnych, otwartych, tolerancyjnych, nie wadzących przyrodzie i ogólnie sympatycznych, w której człowiek miałby gwarancję, że nie spotka Jana Szyszko, Tomasza Duszkiewicza, Leona Chlabicza i wszystkich pozostałych, którzy wszak stanowią „sól tej ziemi”, to by rzucił wszystko, natychmiast tam wyemigrował i chętnie klepałby tam biedę. Byle nie budzić się co rano z uczuciem, że spotkało go jakieś nieszczęście.

sobota, 13 lutego 2016

Zgred trafił onegdaj na interesującą wypowiedź niejakiego Slavoja Žižka, słoweńskiego mądrali, który od lat tłumaczy świat niedobrym zachodnim kapitalistom i ostrzega ich przed samozadowoleniem. Bywa wysoce irytujący, ale na ogół diagnozuje zjawiska bardzo celnie.


Tu polemizuje akurat z poglądami Alaina Badiou, a komentarz dotyczy niedawnych porzypadków molestowania* kobiet w Niemczech przez imigrantów i uchodźców

 

[…] ich pragnienie nie jest rewolucyjne, to pragnienie zostawienia za sobą swojej zrujnowanej ojczyzny i dotarcia do ziemi obiecanej na cywilizowanym Zachodzie. (Ci, którzy pozostają w ojczyźnie, starają się odtworzyć nędzne kopie zachodniego dobrobytu, takie jak „unowocześnione” dzielnice każdej trzecioświatowej metropolii, w Luandzie, Lagos itd. z kawiarenkami sprzedającymi cappuccino, centrami handlowymi itp.).

 

Jednak skoro w przypadku znacznej większości pretendentów to pragnienie nie może zostać zaspokojone, pozostaje im, jako jedna z opcji, zwrot nihilistyczny: frustracja i zawiść przybierają radykalną postać w morderczej i (auto)destrukcyjnej nienawiści do Zachodu, a oni angażują się w brutalną zemstę. Badiou nazywa tę przemoc czystą ekspresją popędu śmierci, przemocą, której kulminację stanowić może tylko akt orgiastycznej (samo)zagłady, bez jakichkolwiek pomysłów na alternatywne społeczeństwo.

 

[…] Podstawową cechą fundamentalistycznego faszyzmu jest zawiść. Fundamentalizm wyrasta z pragnienia Zachodu przy jednoczesnej nienawiści do tegoż Zachodu. Mamy tu do czynienia z opisanym przez psychoanalizę typowym przeobrażeniem wściekłego pragnienia w agresję, a Islam dostarcza gruntu pod tę (auto)destrukcyjną nienawiść.



 

Taka faszyzacja może przyciągać uwagę młodych, sfrustrowanych imigrantów, niemogących odnaleźć swojego miejsca w zachodnich społeczeństwach czy perspektyw, z którymi mogliby się utożsamić – oferuje im łatwe wyjście z frustracji: pełne przygód życie na krawędzi przebrane w szaty religijnego poświęcenia, do tego zaspokojenie materialnych potrzeb (seks, samochody, broń…). Nie wolno zapominać, że Państwo Islamskie to również wielka struktura mafijna handlująca ropą, starożytnymi posągami, bawełną, bronią i niewolnicami, „mieszanka oferty bohaterskiej śmierci i zachodniego konsumpcyjnego zepsucia”.

 

[…] Popularne jest twierdzenie, że agresywni uchodźcy reprezentują mniejszość, a znaczna większość bardzo szanuje kobiety… Choć to oczywiście prawda, powinniśmy przyjrzeć się bliżej strukturze tego szacunku: jakie kobiety są „szanowane” i czego się od nich wymaga? Co jeśli kobietę „szanuje się” tam dopóty (i tylko dopóty), dopóki pasuje do ideału potulnej służącej, wiernie spełniającej swoje domowe obowiązki, a jej mąż ma prawo wybuchnąć gniewem, gdy ona zarazi się „wirusem” niezależności?

  

Nasze media zazwyczaj rysują podział na „cywilizowanych” uchodźców z klasy średniej i „barbarzyńskie” niższe klasy, które kradną, dręczą naszych obywateli, zachowują się agresywnie wobec kobiet, defekują w miejscach publicznych… Zamiast odrzucać ten obraz jako rasistowską propagandę, powinniśmy zebrać się na odwagę, by odkryć w nim okruch prawdy: brutalność czy wręcz okrucieństwo wobec słabszych, zwierząt, kobiet itp. to przecież tradycyjna cecha „niższych klas”; jedną z ich strategii oporu wobec możnych zawsze był pokaz brutalności nakierowanej na zakłócenie mieszczańskiego poczucia przyzwoitości.

 

[…] To nie był zwykły upust żądzy seksualnie wygłodniałych młodych mężczyzn – to dałoby się załatwić w bardziej dyskretny sposób – to publiczny pokaz strachu i upokorzenia, poddania uprzywilejowanych Niemców bolesnej bezradności.

 

 

[…] Dlatego też naiwne próby oświecenia imigrantów (wytłumaczenia im, że nasze seksualne obyczaje się różnią, że w przestrzeni publicznej uśmiechnięta kobieta w mini spódniczce nie wysyła automatycznie zaproszenia do seksu itd.) to przykłady zapierającej dech w piersiach głupoty – oni to wiedzą i właśnie dlatego to robią. Są w pełni świadomi, że to, co robią, jest sprzeczne z dominującą u nas kulturą, a robią to właśnie dlatego, by zranić naszą wrażliwość. Nasze zadanie polega na tym, by zmienić tę postawę zazdrości i mściwej agresji, a nie uczyć ich czegoś, co już dobrze wiedzą.

------------------------------------------------------------------------------------------

*Zgred z niechęcią i wbrew sobie używa tu tego dziwolągu językowego, zaszczepionego na współczesnej polszczyźnie przez fascynatów języka angielskiego, z powodu słabego wykształcenia nieświadomych, że słowo od dawna jest  mowie naszej znane - tyle, że znaczy coś innego. Niestety, w swym pierwotnym znaczeniu skazane jest na uwiędnięcie i wkrótce odpadnie.

piątek, 05 lutego 2016

Do chóru Polaków biadolących po szkodzie dołączył się Jacek Rakowiecki, swego czasu istotna postać w czasach powstawania w Polsce wolnej prasy.

Pamiętam, jak już w drugiej połowie lat 90. […] koledzy z tej prasy politycznej, opiniotwórczej w ogóle nie interesowali się tym, że w 1999 roku miażdżącą większość sprzedawanej w Polsce prasy stanowiła już tzw. kolorówka, a nie „Wyborcza” czy „Rzeczpospolita”. Nikt się w tych „poważnych” redakcjach nie interesował tym, co czyta 90 procent odbiorców, ten świat dla nich nie istniał, choć bez niego trudno było uzyskać pełny obraz polskich mediów, a co za tym idzie – również społeczeństwa. […]

Tzw. poważne media bardzo długo nie zawracały sobie głowy tym segmentem rynku, a gdy już spróbowały na niego wejść, trochę na siłę, był już zajęty. Dlatego skutek był marny. Uważam, że gdyby w odpowiednim czasie, czyli w połowie lat 90., zaczęto budować również jakościową prasę kolorową, mogłoby to inaczej wyglądać. Wielu ludzi poszło do „kolorówki”, bo nie chciało czytać wyłącznie o polityce i gospodarce, ale również o trudnych, bolących sprawach społecznych czy nawet o tzw. urodzie życia. A taką ofertę dostali tylko od marnych kopii marnych pism zachodnich.[...]


Leszek Balcerowicz […] stając się symbolem przemian w Polsce po '89 roku, ważniejszym nawet niż Lech Wałęsa czy Tadeusz Mazowiecki, stał się paradoksalnie takim antysymbolem wykluczonych, których reprezentował Andrzej Lepper. Tylko my wówczas widzieliśmy wyłącznie Leppera, nie widzieliśmy wykluczonych. W związku z tym obrona Balcerowicza była absolutnie nadrzędną wartością. Ze wszystkim innym można było iść na kompromis. Z tym nie. I nie chodziło tylko o obronę Leszka Balcerowicza jako partyjnego lidera, polityka i ministra, ale o obronę pewnej wizji, która sprowadzała się do głębokiej wiary w to, że każdy jest kowalem własnego losu. I ponieważ na naszym przykładzie to się sprawdzało – bo myśmy swój los wykuli, jesteśmy dobrze sytuowani, poważani, profesjonalni, w zasadzie tacy, jak na Zachodzie (tylko, cholera, oni tam jeszcze więcej od nas zarabiają) – to sądziliśmy, że to się powinno również w przypadku innych. W tym była taka upiorna pułapka, że my, broniąc Balcerowicza, broniliśmy całej filozofii, jak się wnet okazało, dziewiętnastowiecznego kapitalizmu.

[...] My naprawdę w te idee głęboko wierzyliśmy, co oczywiście może świadczyć o nas jeszcze gorzej, bo to znaczy, że dodatkowo byliśmy jeszcze idiotami. 

(wywiad: Krytyka Polityczna)

 

Zgred doskonale pamięta te czasy, i pamięta, że nie mógł się nadziwić, że tak ochoczo w tej Polszcze leziemy w szkodę. Ukuł wtedy określenie "kapitalizm wulgarny"; do dziś uważa, że było trafne. Zawsze wychodzi na jego, tak już ma.

czwartek, 21 stycznia 2016

Że Mleczko Andrzej dobrym rysownikiem jest, co do tego panuje, jak to się ostatnio mówi, konsensus. Zgred uważa, że rysownikiem jest wielkim. Co po raz kolejny udowodnił w ostatniej "Polityce", zamieszczajac taki oto obrazek:

Co zachwyciło Zgreda tym razem, to maestria, z jaką Pan Andrzej potrafi oddać niełatwy, przyznacie, motyw: kota. Jak wszyscy wiedzą, koty mają nad wyraz silną osobowość. I tylko wielki rysownik potrafi ją wiernie oddać. Oto rzeczony kot w powiększeniu:

Widzicie to, prawda?

11:38, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 stycznia 2016

Coby nie zniechęcić tych kilku osób, które ten blog czytają, w oczekiwaniu na coś bardziej pożywnego, kilka interesujących (dla Zgreda) cytatów:

1.

Chopin był Polakiem.
- Żartujesz?
- Maria Curie też. Z domu Skłodowska.
- No co ty!


Wszyscy porządni znani Polacy byli albo na spółkę z inną nacją, albo się przekabacili i podmienili sobie tożsamość na gładszą, lepszą, zagraniczną. Ciężko być Polakiem sauté. Za granicą polskość zrzucało się jak przyciasny płaszcz, zzuwało jak znoszone kapcie. Polak, znaczy się papież i "Solidarność" oraz że pije. Wódkę pije, bo ciężko mu być sobą na trzeźwo, a jak pije wódkę, to przeklina polską skórę, w której żyje, polskie szare niebo, polskie pola, gdzie dzięcielina pała na Litwie, ojczyźnie mojej.

(Małgorzata Rejmer, My z wyspy Europa)

2. 

Radio Maryja i Telewizja Trwam stają się o niebo (albo o dwa) bardziej niezależne od Polskiego Radia i Telewizji Publicznej.

Jeśli Ojciec Rydzyk obrazi się na Jarosława Kaczyńskiego, to Jarosław Kaczyński może skoczyć mu na habit, albo zmienić ustawę. Ale odwołać go nie może. Szefów mediów publicznych od tej pory nic nie chroni. Podlegają władzy tak jak urzędnicy w Rosji ze wszystkimi tego konsekwencjami dla pluralizmu, wolności słowa i kultury politycznej.

(Sławomir Sierakowski, wywiad)

3.

Tytuł wiadomości z Onetu:

"Szpilka do chwili nokautu spisywał się świetnie".

 

PS: a coś, co możnaby uznać za nekrolog Davida Bowie Zgred zamieścił tu już 16 maja 2013. Vide tag "david_bowie" obok.

Tagi