RSS
sobota, 04 lipca 2015

Ciekawe tzw. "komentarze internautów" pod artykułem w Onecie o masowo umierających w Angoli dzieciach. Komentarze te zdaniem Zgreda wpisują się nieźle w jego próby przedstawienia złożoności świata, ludzkiej kondycji i mądrości gatunku homo sapiens.

Tym razem obejdzie się bez ilustracji.

~amerol: 

Pracuję z Portugalem, który musiał uciekać z Angoli. Jego rodzice mieli majątek. Chłopi pracowali na ich ziemi ale mieli co jeść i gdzie mieszkać. Była szkoła prowadzona przez misjonarzy i dostępny lekarz (leczyli się też u szamana). Rewolucja wyłoniła [chyba wygoniła?] Portugalczyków, zabrała też domy i pracę czarnym. Ziemia rozparcelowana, ale maszyny zostały zniszczone albo rozkradzione. Wysoko wydajnej produkcji nie da rady utrzymać przy pomocy sochy. Rewolucyjne władze pozabijały wszystkich lokalnych przywódców czarnej społeczności, którzy chcieli współpracy z białymi.

~jerry do ~amerol:

Taka sama sytuacja jak w RPA, kedyś kraina mlekiem i miodem płynąca w tym również dla rdzennych mieszkańców, którzy mieli pracę. Jednak po przewrocie Mandeli wszystko zostało zniszczone zdewastowane i rozkradzione. Teraz za to jest równość... równa bieda i głód dla wszystkich. Biali żyją za murami strzeżeni przez firmy ochronne [zapewne ochroniarskie], a czarni żyją w slumsach, w które zamieniono centra finansowe w Johanesburgu i Pretorii.

~marzan:

Sytuacja w Angoli i krajach podobnych jest taka jak u nas - tylko jakiś czas temu. Słabe jednostki wymierają w dzieciństwie, za to potem trudno takiego, co się przez sito przepchnął, i kłonicą utłuc. Selekcja naturalna. Zachód z jego selekcją nienaturalną wcześniej czy później pełen będzie chorych ludzi, sztucznie przez medyków podtrzymywanych przy życiu - chyba że medycyna aż tak daleko się posunie, że i zrodzonego jako słabeusza uczyni mocarzem, niepodatnym na choroby. Pewnie to nastąpi, ale... Kto tę naturę wie, jakie niespodzianki szykuje dla naszego czasami zbyt aroganckiego gatunku. No a wracając do wymierających w Afryce dzieci - prawdziwy dramat tego kontynentu nie na tym polega. On polega na czymś dokładnie odwrotnym - że się tych dzieci rodzi i przeżywa o wiele, wiele za dużo jak na ekosystem Afryki. Jeśli dziś angolska służba zdrowia ma leczyć po 6 dzieci w rodzinie, to ledwie dyszy. Gdyby leczyła tylko (albo aż) po 3, to by miała na to więcej kasy i mniej by pacjentów umierało. Prosta matematyka, ale widać za trudna dla miłośników płodzenia niczym królik.


Tagi: Angola
15:45, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 czerwca 2015

Czy Andrzej Stasiuk przejdzie do historii literatury polskiej? Zgred wie, że „Nike” itd., ale fakt, że znaczna część nazwisk na liście laureatów literackiego Nobla nic nikomu dziś nie powie, kwestionuje jakąkolwiek literacką nagrodę jako kryterium przyszłej pamięci o pisarzu. Jeżeli o Stasiuku będzie się pamiętać, to nie ze względu na oryginalność stylu, bo ten zdradza oczywiste inspiracje (choćby Brunonem S), ale ze względu na tematykę. Z wrodzonej, jak podejrzewa Zgred, przekory patrzy Stasiuk na Wschód, podczas gdy reszta Polski, z zapałem ten Wschód w sobie tłumiąc, zapatrzona jest na Zachód. Stasiuka inspiruje wyłącznie „rozkoszny pierdolnik Wschodu”, a kiedy raz usiłował opisać swój pobyt w higienicznych Niemczech, z totalnego braku inspiracji wysechł na wiór i musiał nieustannie zwilżać organizm „Jimem Beamem”. Stasiuk naprawdę mocny jest tylko wtedy, gdy uprawia tę swoją koproliteraturę, i wtedy, gdy udziela wywiadów. Zgred nie rozumie, dlaczego nie daje się nagród za mądre wypowiedzi, skoro nieustannie biadoli się o deficycie autorytetów – czytaj ludzi, którzy potrafią swój mądry ogląd rzeczywistości przekazać innym i dać im do myślenia. Zgred nałogowo czyta wywiady i ich słucha, a zaprawdę powiada Wam, PT Czytelnicy, że Stasiuk mówi wyjątkowo smacznie i wśród „wywiadowanych” jest specjalistą jednym z największych. Refleksje nad początkiem, śmiercią i tym, co pomiędzy przychodzą mu zupełnie naturalnie.

Pisarz zadumany

Prawdziwą gratką dla takich jak Zgred jest wywiad-rzeka ze Pisarzem autorstwa Doroty Wodeckiej pt. „Życie to jednak strata jest”. Zgred ma tam swoje ulubione cytaty i nie zawaha się ich użyć: 

Możemy nie dać rady Państwu Islamskiemu, jeśli nie zbudujemy równie mocnych jak ono podstaw konstrukcji społecznej. I być może nie damy mu rady, bo nieco nam się wymknęły nasze fundamenty i osadzamy je na śmiesznych wartościach. […] Tu o najzwyklejszy egoizm idzie. […]. O „Daj mi zarabiać i kupować i odpierdol się ode mnie”. Oczywiście bardzo trywializuję, ale wspierając się jedynie na kulcie dobrobytu i świętego spokoju, nie zatrzymamy fundamentalistycznego islamu. Każdy chce mieć nowego iPhone’a, ale nikt nie pójdzie za iPhone’a umierać. To jest sprzeczność: chcemy mieć to, co chcemy, ale nie damy się za to zabić, bo to w istocie jest gówno warte.[…] Podejrzewam, że jesteśmy bezbronni. Irak, Afganistan, klęska za klęską. Mamy porządne samoloty i czołgi, ale nie mamy idei. W starciach z ideami przegrywamy. Być może nasze idee są niewiele warte dla innych. Biorą od nas technologie, broń, ale nie idee. Mają swoje, które bojowo lepiej ich wyposażają. […] Demokracja jest fajna, pod warunkiem, że wszyscy ją akceptują. Bo jak nie, to co? Na bagnetach ją zaniesiemy? Demokracja skazuje nas na defensywę. A defensywa nie dodaje sił. Przecież Europa, Zachód spełniały się w ekspansji. Wtedy były żywotne. A tu oburzenie społeczne się wzmaga, gdy drożeją iPhone’y i kredyty, albo państwo gmera przy swobodach internetowych. Tymczasem zanosi się na prawdziwą wojnę. […] Tylko ich wojna będzie religijna. A nasza? O przetrwanie? O zachowanie tego, co mamy? A co my mamy poza pragnieniem wygodnego życia i wzrostem PKB?

To na początek. Ciąg dalszy tego optymizmu nastąpi.

18:20, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 czerwca 2015

Kiedyś sprawa była prosta: lokal uczęszczany przez hipsterów (i serwujący na ogół wymyślne dania z dużą ilością zielonego) rozpoznawało się po obecności skrzynek po jabłkach funkcjonujących jako część umeblowania:


Takie skrzynki to bardzo fajna rzecz, można z nich nawet cały pawilon na EXPO zrobić:


Ale nie o tym chciałem. Niekiedy zamiast skrzynek w lokalach uczęszczanych przez hipsterów (i serwujących na ogół wymyślne dania z dużą ilością zielonego) eksponowane były tzw. europalety.


Niekiedy elementy te łączono zresztą w różnych konfiguracjach.


Wszystko to wydaje się już jednak nieco passé. Skrzynki i europalety powoli znikają, w lokalach uczęszczanych przez hipsterów (a serwujących na ogół wymyślne dania z dużą ilością zielonego) pokutują jeszcze stoliki wykonane z wielkich szpul po grubych kablach,


ale i one powoli odchodzą do historii. Jak więc odróżnić lokal dla hipsterów, serwujący na ogół wymyślne dania z dużą ilością zielonego, od lokali dla nie-hipsterów? Otóż, Czytelniku drogi, po sprzedawanych tam napojach, a właściwie po jednym, który niepodzielnie tam króluje: to tak zwana (przez Zgreda) Frycówka, łatwo rozpoznawalna po wyjątkowo paskudnym logo:


Jest to napój bynajmniej nie nowy, bo podobne produkowano już w okresie międzywojennym; ich powstanie łączy się z szybkim rozwojem przemysłu chemicznego, który po produkcji fosgenu i zwykłego chloru na potrzeby I wojny światowej musiał przestawić się na produkcję pokojową. Recepta owych napojów była prosta i polegała na połączeniu produkowanego w zakładach chemicznych proszku (o niejasnym składzie, ale na pewno jest tam dużo E) z wodą. 

Czytelnicy (i widzowie) Blaszanego bębenka pamiętają zapewne niezwykle erotyczne sceny z udziałem takiego proszku rozpuszczanego w ślinie?


Zgred sam pamięta z dzieciństwa ów niezwykły efekt lemoniadowego czy oranżadowego proszku, musującego w zetknięciu z plwociną, aczkolwiek z czasów znacznie późniejszych. 

Tak więc figurujący na etykiecie bliscy przyjaciele z Hamburga nie wymyślili niczego nowego, poza owym paskudnym znakiem towarowym


i idealnie wpisali się w swój czas. Jeżeli ktoś kiedyś będzie pisał Historię hucpy, może opisze, jak dzielni przyjaciele z Hansastadt Hamburg, wykorzystując silną społeczną potrzebę demonstrowania tolerancji wobec wszelkiej odmienności, a zarazem protestu wobec dobrze znanego produktu pitnego zza Oceanu reklamującego się ostrą czerwienią, wylansowali swój ulepek, zaczynając skromnie,


i dochodząc do niezłych wyników  w dobrym, kapitalistycznym stylu:


Owa para bliskich przyjaciół zaczęła od pojedynczego napoju,


Który, o dziwo, chwycił. Rozszerzyła repertuar,


I znowu chwyciło! Poszli więc szeroko:


Nie jest to bynajmniej pierwsza próba przełamania prymatu owego reklamowanego przez św. Mikołaja napoju zza Oceanu (i jego pozornej konkurentki) - swego czasu lokalni socjologowie ukuli nawet termin "pokolenie Frugo", bo jakoby raczenie się owym dziwnym napitkem o różnych, na ogół niespotykanych w przyrodzie barwach było wyróżnikiem całej generacji - i zapewne próba nie ostatnia.

Więc jeżeli Cię, Czytelniku, dziwi, że opłaca się sprowadzać z Niemiec do Polski Frycówkę, zamiast wykorzystać identyczne i z pewnością tańsze napoje produkowane w Szczebrzeszynie, Trzemesznie, lub Ostrzeszowie, to niczego nie zrozumiałeś. A już na pewno nie pojąłeś ducha czasu.

poniedziałek, 25 maja 2015

Czy zdarzyło Ci się, PT Czytelniku, że prześladowała Cię jakaś piosenka, jakaś melodia, katował Cię jakiś utwór w sposób tak uporczywy, że pomału zacząłeś odchodzić od zmysłów, że natręctwo zaczynało przybierać formy groźne? Otóż Zgredowi się przydarzyło, i być może w złudnej nadziei, że się odczepi, dzieli się tym czymś, co od pewnego czasu go tak bardzo męczy, z Czytelnikami. Całego tekstu nie pamięta, ale osobliwie dręczy go ten oto kawałek:

Gdy życie zdarło z faceta już maskę,
Gdy mu fasada rozwala się z trzaskiem,
Gdy zza niej wyjrzy jak dupa z pokrzywy
Pysk zły i obrzydliwy i pryśnie cały blef -
O, wtedy chociaż się pragniesz powściągać
Nie nasobaczyć i nie naurągać,
Choć inwektywą żywą nie chcesz chlustać
To same twe usta wykrzykną tobie wbrew…

To oczywiście klasyk, wieszcz z ciemnych czasów komunizmu, no, może nie wieszcz, a wieszczyk zaledwie, bo skromny bardzo, kulturalny i delikatny, a przecie nad podziw przenikliwy...


Tagi: maska
00:10, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
czwartek, 07 maja 2015

(…) pogoń za nieśmiertelnością i wieczną młodością to coś, co dzieje się na naszych oczach. Ludzie nie tylko żyją dłużej, lecz także usiłują przedłużyć pewne etapy życia. Nie chcemy przestać być dziećmi, nie chcemy przestać być nastolatkami, trzymamy się kurczowo młodości. Dziś dzieciństwo trwa do 16. roku życia, w czasach Dickensa skończyłoby się na dziewiątym. (…) Dlaczego najdłużej, jak można, uciekamy od odpowiedzialności? Dlaczego udajemy, że jesteśmy nastolatkami? 30-letni faceci mieszkają z mamą, ich rówieśniczki kupują ubrania w sklepach dla młodzieży. Nie akceptujemy tego, że młodość się kończy, że wchodzimy w wiek średni. Ludzie starsi, 60- i 70-letni jak najdłużej z kolei chcą być aktywni i wcale nie zamierzają niańczyć wnuków. Mówią dzieciom: „Hola, wreszcie zamierzam pożyć dla siebie”. (…) Jeszcze do niedawna, jeśli 24-letnia dziewczyna nie wyszła za mąż, coś z nią było nie tak. Dziś mamy pokolenie 30-latek, które nawet nie myślą o małżeństwie, a co dopiero o dzieciach. I to jest coraz powszechniejszy trend. Jesteśmy coraz bardziej wybredni albo coraz ostrożniejsi, cały czas myślimy, czy to aby na pewno właściwa osoba, czy to z nim czy z nią chcę mieć dzieci.

A dalej:

Cóż, ja staram się nad człowiekiem pochylać. Bo ludzie są zasadniczo słabi i należy im współczuć. I nie oceniam ich za to, że są religijni – czasem nie mają niczego innego, znikąd nadziei, żadnej ochrony. Zakładają ten krzyżyk na szyję i idą w niedzielę do kościoła, myśląc, że dzięki temu w przyszłym życiu spotkają się z ukochanymi rodzicami. Wiara daje im poczucie sensu, gdy nagle go tracą – kiedy zostaną zwolnieni albo odejdą na emeryturę i wszystko, czym wcześniej żyli, się kończy. Większość ludzi nie analizuje przesadnie tego, co ich spotyka, tylko po prostu płynie. Czuje, nie myśli. (…) Kościół i religia to bardzo ważne instytucje społeczne, które sprzedają psychoterapię w zamian za posłuszeństwo. Ostatecznie lepsze to niż chaos i anarchia. Pozwólmy więc leniwym, głupim i przerażonym szukać ukojenia w religii.

Wynurzenia te dały Zgredowi sporo do myślenia, może go wręcz zadziwiły. Może nie ze względu na treść, bo nie są to rzeczy strasznie odkrywcze, ale ze wzglądu na wywiadowanego (jak się ostatnio mawia) autora – rosyjskiego pisarza specjalizującego się w fantastyce naukowej. Przypuszczalnie Zgred ma wdrukowany pewien obraz Ruskiego, do którego tego typu refleksje słabo pasują.



Chociaż mógłby się domyślić, że nawet kilkadziesiąt lat radzieckiego ustroju nie mogły zniszczyć dorobku dawnej inteligenckiej kultury tego kraju.

A może to nieufność w stosunku do uprawianego przez autora literackiego rodzaju, który Zgred zawsze uważał za trzeciorzędny, a nawet podejrzany?

Podejrzany, bo pokazał już swoją destrukcyjną siłę – vide L. Ron Hubbard,

L. Ron Hubbard

któremu udało się zredukować o połowę inteligencję tysięcy skądinąd normalnych ludzi.

niektórych zresztą całkiem sympatycznych

12:36, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 kwietnia 2015

Hangout z Bronisławem Komorowskim już w środę

Bronisław Komorowski na żywo - Hangout już jutro

Hangout na żywo z prezydentem Bronisławem Komorowskim

Komorowski gościem hangoutu na Gazeta.pl

Bronisław Komorowski wziął udział w pierwszym w Polsce hangoucie na żywo

 

Proszę Państwa, nareszcie!

To tylko mała próbka tytułów z prasy.

Tak, Proszę Państwa, stało się, wreszcie mieliśmy już nasz pierwszy HANGOUT na żywo.


Zgred co prawda nie bardzo wie, co to jest, ale te triumfalne tytuły dowodzą, że jest co coś, czego nam zdecydowanie brakowało, by dołączyć do cywilizowanych narodów świata. Hurra!


Teraz możemy spać spokojnie, mieliśmy nasz pierwszy HANGOUT. I to nie byle jaki, bo na żywo. Albośmy to jacy-tacy? Hetki-pętelki* jakieś?

Teraz już żaden ruski czy inny pepik nam nie zarzuci, żeśmy prowincjusze, żeśmy zadupie Europy, że jeszcze w łapciach chodzimy i wychodki na podwórkach mamy. Że języków nie znamy, albo najnowszych trendów. Że, nie daj Panie Boże, wciąż w Europie Wschodniej jesteśmy!

HANGOUT stał się faktem i mogą nam zazdrościć. Oni swojego na pewno jeszcze nie mieli. Litwini też pewnie nie.


nowy Bronkobus?

Cholera, jak myśmy sobie bez tego HANGOUTU dotąd radzili?

_____________________________________________________

*Zgredowi staropolszczyzny się zachciało...

Tagi: Hangout
15:06, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 kwietnia 2015

We wpisie z 20-go lutego Zgred analizował fenomen popular-ności australijskich botków UGG. Pewności nie ma, ale jest pewna doza prawdopodobieństwa, że kobiety, które dały się przekonać do noszenia owego ciepłego, miękkiego i przyjemnego w dotyku obuwia w chłodniejszych porach roku dały się także przekonać do założenia, w cieplejszych porach roku, lekkiego, praktycznego i niezwykle barwnego obuwia znanego jako CROCS.

 

Noszenie ich jest wyrazem oryginalności (ang. originality), co ich producent trafnie podkreśla w reklamie:

 

Zasłużona popularność produktu (także wśród mężczyzn!) doprowadziła do powstania wielu ich podróbek, uważaj więc, Czytelniku, żeby Ci nie wciśnięto towaru nieoryginalnego. Ten jedyny prawdziwy ma mianowicie guziczek-nit z wizerunkiem krokodylka:

 

Prawdziwe crocsy mają zresztą szereg innych zabezpieczeń przed sfałszowaniem, zupełnie jak banknoty. Dla zainteresowanych istnieje specjalna strona internetowa dokładnie je omawiająca:

http://www.allekicz.pl/poradniki/marki,buty-crocs-jak-rozpoznac-oryginal

 Najłatwiej jednak oryginał rozpoznasz po cenie, wynoszącej pod 200 zł. Jeżeli coś zupełnie, zupełnie identycznego kosztuje 20 zł, nie jest to oryginał.

Wygodne te chodaki występują w setkach wersji, których nie sposób wymienić, np. w wersji camo, przeznaczonej do walk w dżungli,

 

Czy w wersji „Arcitic”

 

Najwięcej jednak wersji przeznaczonych jest dla dzieci, dla których rodzice gorączkowo szukają produktów odpowiadających aktualnym zainteresowaniom ich milusińskich. Na szczęście rynek wychodzi im naprzeciw. I tak crocsy zaspokoją zarówno pragnienia dzieci bardzo konserwatywnych i świadomych artystycznej spuścizny swojego kraju,

 

nieco mniej konserwatywnych, ale wciąż konserwatywnych,

 

a także takich, które próbują nadążyć,

 

ale im nie wychodzi.

Z jakiegoś tajemniczego powodu sympatyczne owo obuwie doczekało się pewnej liczby krytykantów, którzy nie ustają w próbach zohydzenia ich ludzkości, twierdząc, że to porażka (ang. fail):

 

Utrzymują, na przykład, że noszenie ich ma coś wspólnego z godnością (ang. dignity):

 

Najbezczelniej w świecie zdają się sugerować, że człowiek w crocsach nie wygląda dobrze (sic!), ba, że nie wyląda normalnie (ang. normal):

 

I że najbardziej pasują one abnegatom (trudne słowo, chodzi tu generalnie o tych, co stracili wszelką nadzieję - ang. hope - że będzie lepiej):

 

Twierdzą, że może być jakieś powiązanie między noszeniem crocsów a sferą uczuciową u nosicieli:

 

albo:



A nawet ich prokreacją!

 

Zgred z zainteresowaniem studiuje wypowiedzi na temat crocsów i żałuje, że nie dane było mu poznać język angielski w stopniu wystarczającym do zrozumienia takich oto komentarzy:

 

 

Ma tylko nadzieję, że w powyższym nie zostały przekroczone żadne granice przyzwoitości.

Zgred jest bardzo tolerancyjny, ale niektóre przejawy niechęci do crocsów uważa za grubą przesadę:

 

Na szczęście zwolennicy tego wspaniałego, wszechstronnego obuwia dają im odpór i demonstrują przywiązanie do crocsów na każdym kroku, na przykład ostentacyjnie używając swoich zabawnie odzianych ifonów:

 

Proszę zwrócić uwagę na znaczek z krokodylkiem, to nie są żadne podróby!

Tagi: crocs moda
14:59, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 marca 2015

Są ludzie, których Zgred zawsze słucha z najwyższą uwagą, bo ma niezachwianą pewność, że dowie się od nich czegoś istotnego. Jedną z takich osób jest Dubravka Ugrešić. A oto jej ostatnie wynurzenia:

Już od lat żyję w królestwie głupoty. Głupota z biegiem lat zaczęła przybierać na wadze, ledwo dyszę pod jej ciężarem, nijak nie da się jej pozbyć. Kiedyś próbowałam śmiechem, i to się udawało. Teraz głupota po prostu zaległa, zagarnęła cała przestrzeń i zużyła cały tlen. Głupota przed ćwierćwieczem w swoim zadufaniu wzięła mikrofon do rąk i stanęła na scenie. Nie ma nadziei, że z niej zejdzie. Bezustannie skrzeczy, stojąc z mikrofonem w ręce, domaga się, bym jej słuchała i ją podziwiała. Głupota w tym ćwierćwieczu wdarła się do przedszkoli, szkół podstawowych, gimnazjów, liceów, na uczelnie. Głupota wychowała w tym czasie nowe pokolenia swoich dzieci, które dzisiaj sprytnie zajmują wszystkie miejsca. Głupota wtargnęła do gazet, telewizji, mediów, a nawet na moje tak małe i nieciekawe poletko – do literatury.

Ugrešić pisze tu o Chorwacji i dawnej Jugosławii, bo jest na nią chora. Ale tytuł jej wynurzeń brzmi „Szczęście jest tam, gdzie nie ma ludzi”. Ugrešić ewidentnie dryfuje w stronę mizantropii. Zgred sam mizantrop, ale kiedy czyta Ugrešić, robi mu się smutno. I nie cieszą go już dowody na obłąkanie ludzkości, które zbiera od dawna. Kiedyś dawały mu niezdrową satysfakcję, teraz już tylko przygnębiają. Jak ten najnowszy:

Na tę informacje czekał cały bokserski świat. Po dwóch miesiącach negocjacji wyczekiwana od lat walka Amerykanina Floyda Mayweathera Jr (47-0, 26 KO) z Filipińczykiem Mannym Pacquiao (57-5-2, 38 KO) wreszcie została potwierdzona. Odbędzie się 2 maja w Las Vegas. (…) Uznawany za najlepiej zarabiającego sportowca na świecie Mayweather długo nie mógł dojść po porozumienia z obozem rywala. Nieoficjalnie mówi się, że Pacquiao zarobi za walkę 80 milionów dolarów, Mayweather wzbogaci się o 120 milionów.

Tak, proszę Państwa. Dobrze przeczytaliście. Dwóch gości będzie się oto znieważało czynnie i nawet mogą odnieść uszczerbek na zdrowiu; przeżyją co prawda ileś tam minut dyskomfortu, ale któż by się na to nie zgodził, kiedy stawką jest bardzo konkretny pieniądz? Gros z tego zgarną oczywiście dziesiątki ludzi, którzy z tego żyją, a nie ci dwaj panowie, którzy i tak zapewne od lat świat widzą jak przez mgłę, ale zawsze…

Cóż, prawdziwy mizantrop nie oprze się refleksji, że cywilizacja, która do czegoś takiego doszła, jest ciężko, ciężko chora.

Jakiś wykształciuch powie: nihil novi sub solem. Cesarz rzymski Tyberiusz na przykład ofiarował po 100.000 sestercji (na nasze to pół miliona dzisiejszych dolarów) kilku emerytowanym gladiatorom, żeby tylko wrócili na ring, znaczy arenę, co opisuje Swetoniusz w księdze III „Żywotów cezarów”.

Jak wiadomo, cesarstwo rzymskie nie przetrwało, bo przyszły ludy z prostymi receptami na proste życie bez ekscesów i położyły mu kres.


Kto wie, może walka tych dwóch dżentelmenów będzie kulminacją naszej cywilizacji, jej ostatnim spektakularnym wykwitem, fajerwerkiem, po którym nastąpi… No właśnie, co?

Może po prostu znów przyjdą ludy z prostymi receptami na proste życie. Chyba nawet już się ruszyły.

czwartek, 26 lutego 2015

Już drugi tydzień w ogólnopolskich mediach odgrywany jest serial pt. „Pożar Mostu Łazienkowskiego”. Wiadomości o aktualnej sytuacji Mostu i mieszkańców Stolicy w związku z Mostem, podawane są jako pierwsze. Niekiedy żurnaliści stwierdzają, że może nieco za dużo Mostu, reflektują się i przesuną wiadomość o nim za wiadomość inną – np. o Drugiej Linii Metra (jest już pół metra), albo o usytuowaniu któregoś stołecznego Pomnika – już to Ofiar Spisku, już to Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Nie schowasz się przed tym, słuchaczu i widzu. O Moście będziesz informowany dokladnie i wyczerpująco, takoż i o innych wydarzeniach w tym mieście.


No bo, Drogi Czytelniku, Polska to Warszawa, jakbyś nie wiedział. Wsłuchaj/wpatrz się w media, a rychło się dowiesz. Jak jest debata o liceach, czy usłyszysz uczniów z Mszany Dolnej? Nie, będą to uczniowie z Batorego. Jeśli jest o czymkolwiek innym i trzeba sięgnąć po autorytet profesorski, czy będą to profesorowie np. z Wrocławia? Nie, oni będą z Uniwersytetu Warszawskiego, albo którejś ze stołecznych Wyższych Szkół Czegoś i Czegoś. Na ulicy ktoś ma się wypowiedzieć? Warszawiak z dziada pradziada, bądź tego pewien.

Zgred nie wie, jak to było przed wojną (mimo zaawansowanego wieku kiepsko te czasy pamięta), ale opisywane wyżej zjawisko zaczęło się może dopiero od hasła „Cały Naród Buduje Swoją Stolicę”. I tak już zostało, Naród przeniósł się do Warszawy żeby budować, i tam tkwi do dzisiaj.

Kurde, nie wiadomo, kto w tym kraju uprawia ziemię i hoduje świnie, żeby ten ciężko doświadczony przez Pożar Mostu warszawski Naród wyżywić, kto fedruje na przodku i tyłku, żeby ten Naród ogrzać, pewnie krasnoludki?


świnia rasy PBZ (Polska Biała Zwisłoucha)

Tu ktoś oskarży Zgreda, że nie szanuje woli odbudowania (i wyposażenia) całkowicie zniszczonej po wojnie Stolicy. Ależ szanuje, choć nie wszystko rozumie. Wyrąbywanie marmurów z Zamku Książ celem upiększenia Pałacu Kultury można ostatecznie pojąć, bo były przecie podejrzenia, że Dolny Śląsk jest nasz tylko tymczasowo, wywożenie dzieł sztuki z Gdańska do Warszawy podobnie, ale dlaczego w Warszawskim Sejmie znalazło się wyposażenie Zamku z Poznania? Może dlatego, że to był zabór pruski, więc zniszczone przez Niemca umeblowanie sprawiedliwość dziejowa nakazywała zastąpić poniemieckim?

Więc Cały Naród Budował Swoją Stolicę do wtóru pieśni masowych, a tymczasem mieszkańcy wspomnianego Poznania po cichutku odbudowali swoje miasto (w końcu zniszczone zaledwie w 50%, więc była to bułka z masłem), podnieśli z gruzów całą swoją Starówkę nikomu nic nie mówiąc, pieśni masowe śpiewali przy tym po cichu, współzawodnictwem pracy się nie przejmowali, po prostu wysprzątali swoją chałupę i tyle. No i wtedy dopiero przenieśli się (?) do Warszawy.

To ciekawe skądinąd zjawisko psycho- i socjologiczne. Przeniósłszy się do stolicy i zostawiwszy za sobą ino te wspomniane krasnoludki, Naród natychmiast przejął tamtejszy sposób myślenia. Cierpienie Polski to cierpienie Warszawiaków, którzy aktualnie muszą jeździć objazdami. A że komuś muszą się poskarżyć, skarżą się na ogólnopolskiej antenie sobie nawzajem, tyle, że rzeczone krasnoludki też mogą tego posłuchać i mieszkańców Stolicy pożałować. Lekko oni nie mają. Korki, objazdy, wykopki, protesty. Cierpi ten Naród strasznie. Wydłubując ze słoików zrobione gdzieś na Dzikich Polach (przez krasnoludki) gołąbki, wzdychają ciężko nad losem tej Polski, w której przyszło im żyć.

I w której być może te 36 000 000 niewdzięcznych krasnoludków wcale ich nie docenia, mając gdzieś ich Most Łazienkowski, ich drugie Pół Metra i ich pomnik Siedmiu Braci Śpiących.

piątek, 20 lutego 2015

Miesiąc temu Zgred podawał przykłady osobliwych nakryć głowy, które ludzkość w swojej historii zdolna była (i jest) na siebie nałożyć. To, co ludzkość nosi(ła) na głowie to jednak nic w porównaniu z tym, co potrafi założyć na nogi! A właściwie to, nie czarujmy się, co potrafi na siebie nałożyć ta piękniejsza część* ludzkości. Owa część jest mianowicie skłonna włożyć na siebie wszystko, o ile miarodajne czynniki przekonają ją, że jest to conajmniej modne, o ile nie absolutnie niezbędne im do szczęścia, co czasem wychodzi na jedno.

Ekstremiści twierdzą, że niektóre fragmenty modnej garderoby są niekiedy dowodem na to, że pewni nieheteronormatywni dyktatorzy mody w skrytości ducha kobiety nienawidzą i pragną w ten sposób je oszpecić. Zgred w to oczywiście nie wierzy, ale są rzeczy, których racjonalnie wytłumaczyć się nie da.

Od kilku lat na przykład rekordy popularności biją australijskie botki (?) UGG.

 

 

Niektórzy twierdzą, że pierwotnie były to improwizowane przez australijskich baców czy juhasów ochraniacze na nóżki owiec w terenie, gdzie ich raciczki łatwo mogłoby się zapaść i, nie daj Boże, utknąć. Ponieważ klecono je z owczej skóry, byłaby w tym, przyznacie, pewna perwersja.

  

Istotnie, skonstruowane są tak, żeby zszyć je mógł nawet ktoś całkowicie pozbawiony zdolności manualnych, z wszystkimi tego estetycznymi konsekwencjami. Widać to na przykład przy porównaniu z syberyjskimi walonkami: buty UGG nigdy nie osiągnęły ich niewymuszonej elegancji.

 

Początkowo w głowach producentów, w końcu racjonalnych ludzi, nie mieściło się, że to naprawdę może chwycić.  Byli nieufni i ostrożni, więc produkowali je w kolorach stonowanych, by broń Boże nie ściągać na nie uwagi postronnych. Skoro kobiety chcą je nosić, ich sprawa, ale lepiej, żeby ludzie im się specjalnie nie przyglądali.

  

Kiedy jednak toto naprawdę chwyciło, przestali się hamować.

 

Jak widać z powyższego obrazka,  zaczęto je wykonywać także w rozmiarze midi; naturalną koleją rzeczy pojawiła się więc wersja mini, najbardziej estetycznie ekstremalna.

 

A nawet liczne odmiany wieczorowe.

 

Nie wiedzieć czemu, wygodne owo obuwie zyskało sobie z czasem coraz więcej przeciwników.

"Są kobiety tak urodziwe, że dobrze wyglądają nawet odziane w worek po kartoflach.

 

W worek po kartoflach może tak", dowodzili.

Protesty przeciwników UGG były bardziej...

 

…lub mniej subtelne.

 

Albo nieco obcesowe, żeby nie powiedzieć brutalne.

 

Niekiedy przybierały nawet formę krzyku rozpaczy

 

Istotnie, buty te może i łatwo się odkształcają,

 

no, ale nie każda potrafi je nosić z taką oto gracją:


_____________________________________________

* pierwotnie Zgred napisał „połowa”, ale od niedawna nie jest to już takie oczywiste.

 

 

20:43, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
Tagi