RSS
poniedziałek, 24 kwietnia 2017

W ramach posiłkowania się w tym blogu mądrzejszymi od siebie, dziś Zgred proponuje postać nastojaszczego, jak mówią Rosjanie,  intelektualisty. Szeroko patrzący, umiarkowanie lewicujący literaturoznawca, przenikliwy obserwator i diagnostyk polskiej rzeczywistości: profesor Przemysław Czapliński z Poznania.

 

Który ostatnio sprowokował w pewnych (niestety niemających wpływu na naszą rzeczywistość) kręgach niejakie poruszenie swoją Poruszoną mapą, w której pokazuje mentalne umiejscowienie Polaków w europejskiej geografii.

Tako rzecze Profesor* w nawiązaniu do rozważań m.in. o polskim nacjonalizmie: (wywiad D. Wodeckiej):

- Chciałbym, żeby to zostało wyraźnie powiedziane: 500 plus, stawka godzinowa, płaca minimalna – to są historyczne osiągnięcia. Państwo powróciło do funkcji pośrednika między obywatelem a rynkiem. Są to jednak działania związane z kapitalizmem, a nie dumą narodową. Widać też, że nie ma dalszego ciągu: prawo spadkowe bez zmian, reformy podatków nie będzie, reprywatyzacja majątków toczy się w najlepsze, wracają eksmisje na bruk. Suwerenem znowu okazuje się rynek i polski fetysz ponadpartyjny, czyli własność prywatna. Dziurę między rozbudzonymi nadziejami na lepsze życie i normalnym kapitalizmem władza będzie zaklejać agresją skierowaną ku obcym i kultem narodowych bohaterów.

- Do czego to prowadzi?

- Wiemy z naszej historii, że w sytuacji ostrego konfliktu wewnętrznego możliwe są dwa rozwiązania. Pierwszy scenariusz tworzy zamach majowy z 1926 roku i stan wojenny z 1981. Scenariusz drugi to tradycja porozumień uwzględniająca coraz szerszą reprezentację społeczną: Sejm Czteroletni, Uniwersał połaniecki, rząd Ignacego Daszyńskiego z 1918 r., Okrągły Stół. To żadna odpowiedź, ale na podstawie przeszłości można wnioskować, że albo się porozumiemy, albo czeka nas stan wojenny.

Bo wyjątkowy już obowiązuje.

Aż chce się westchnąć: ach, dlaczegóż taki wpływ na naszą codzienność mają tragikomiczni inteligenci żoliborscy,

 

a nie niektórzy Profesorowie?

 

 

*Zgred nie ma za grosz szacunku do profesury jako takiej uważając, że tzw. rozkład normalny głupoty dotyczy w takiej samej mierze profesorów uniwersyteckich jak i np. hodowców królików (żeby zacytować klasyka, czyli samego siebie), ale oprócz profesorów istnieją przecie Profesorowie, i Przemysław Czapliński niewątpliwie do nich należy.

piątek, 07 kwietnia 2017

Hrabina R. jest wielką demokratką, co objawia się tym, że na co dzień nie używa swojego hrabiowskiego tytułu. Niedawno jej wnuczka zapoznała ją bliżej z komputerem i wprowadziła w świat „Dupelka” i innych portali, specjalizujących się w pokazywaniu życia ludzi znanych i pięknych. Przeglądając rzeczone portale, hrabina wygłosiła następującą kwestię:

- Ogórek? Halejcio? Ciupa?  Więdłocha? Ślotała? Kiedyś ludzie się inaczej nazywali. Takich nazwisk nie było!

Były, były, pani hrabino.  Może nie w okolicznych pałacach i dworach, ale w czworakach na pewno.

Elity się tasują. W odczuciu przeciętnego Polaka i Polki, soli tej ziemi, dziś są to właśnie celebryci, ludzie z telewizyjnego okienka na prawdziwy świat.

W czasach, kiedy  Polak i Polka pracowicie budowali socjalizm (co w kraju nad Wisłą słabo się powiodło, ale w takiej Szwecji już owszem), z powodu niedorozwiniętych mediów znajomość tej grupy była bardzo ograniczona, więc elit szukano bliżej siebie. Padło na ludzi, których podejrzewano o ponadnormatywne dochody, ale z powodu ich dużej mocy sprawczej uważano, że im się należą - a więc lekarze i  adwokaci.

Dziś adwokaci masowo trafiają do aresztu, a onegdaj Zgred zauważył szyld, który dobitnie mu powiedział, że dzisiejsi lekarze to też nie to samo, co dawniej. Dla ułatwienia podam, że nie chodzi o nazwiska. Ani o imiona:


Tak więc zostali nam celebryci. Bo przecież nie politycy?

 

17:48, tobiasz2013
Link Komentarze (2) »
niedziela, 19 marca 2017

Zwrócono onegdaj Zgredowi uwagę, że "wyraźnie opowiada się po jednej stronie". Owszem, Zgred ma określone widzenie świata i daje temu wyraz w niniejszym blogu. Jest jednak świadom tego, że tak jak inni, zamyka się w pewnej bańce, nie Facebookowej co prawda, ale towarzyskiej, obcując najchętniej tylko z tymi, którzy podzielają jego poglądy.

Zjawisko jest globalne i zdecydowanie trzeba mu przeciwdziałać, bo fosa coraz głębsza i coraz szersza. Tak więc Zgred postanowił oddać głos Drugiej Stronie, w postaci publicysty Ziemkiewicza Rafała Aleksandra.  Już słyszę: "przecież to zwykły cham!". Owszem, cham, ale wcale nie taki zwykły. Cham inteligentny, i przez to może groźniejszy niż zwykły. Ale Zgred stoi na stanowisku, że ludzi inteligentnych należy słuchać, bo zawsze można się dowiedzieć czegoś ciekawego, zobaczyć coś z innej strony, może nawet się zainspirować?

Tako oto rzecze Ziemkiewicz:

W źródłach z fin de siecle’u najbardziej uderzało oczekiwanie intelektualistów i w ogóle elit z utęsknieniem na jakieś wielkie bum, i zgoda, wręcz potrzeba, żeby coś, z przeproszeniem, pierdzielnęło co się zowie, bo to spokojne życie jakieś za ciasne, duszne, pozbawione smaku. Panicze z najlepszych rodów zadawali się z anarchistami, synowie bankierów przystawali do bolszewickich konspiracji, córki zostawały sufrażystkami, a wszyscy chcieli coś zmienić nie dlatego, że mieli pomysł na lepszy świat czy, inaczej, wierzyli, że naprawdę te pomysły, które się pojawiały, są dobre - ale po prostu dla samej zmiany, "just for kick" - jak mówią Amerykanie*. A jak już pierdzielnęło, to ulice Paryża, Berlina, Wiednia i Petersburga zalane były radością i entuzjazmem, młode mięso armatnie maszerowało do poboru śpiewając wesoło i pokrzykując, kobiety obrzucały przyszłych nieboszczyków kwiatami, a wszyscy razem wiwatowali na cześć Najjaśniejszego Pana czy Republiki.

Otóż taki właśnie nastrój się rodzi tam, gdzie uwierzono, że "Bóg umarł". Świat zrobił się dla kolejnego pokolenia nudny, męczący i nie do zniesienia - uczciwie przyznać trzeba, że nie bez powodu, pokolenia poprzednie wiele zrobiły, by pogrążyć go w  absurdzie.

Powie ktoś, że zaprzeczam sam sobie - bo przecież przed stu laty nie było w Europie muzułmańskiej imigracji? Ale ja nie uważam wcale islamskiego terroryzmu za przyczynę, tylko za skutek.

Natura próżni nie znosi, gdzie jedna cywilizacja gnije i słabnie, tam wciska się druga, nie czekając nawet na całkowite zwolnienie miejsca, rozpychając się. Czy się ona nazywa Hunami, czy Wizygotami, czy kalifatem, to naprawdę drugorzędna sprawa.

Bodajże we "Viagrze Maci" przypominałem o prostym eksperymencie, w którym dawano szczurom w bród pokarmu i nie wymagano od nich niczego. Okazywało się to dla populacji zabójcze. Te szczury, które o żywność musiały walczyć, pozostawały sprawne i zorganizowane. Te karmione bez ograniczeń albo popadały w apatię, albo wariowały, rzucały się na współbraci i zagryzały ich bez żadnego powodu, nawet samice, paskudziły do wspólnej karmy. Jeśli ktoś chce tutaj powiedzieć, że przecież ludzie to nie szczury, to proszę bardzo - zostawiam wolne miejsce na tę optymistyczną uwagę.


Trudno nie przyznać RAZ racji. Ale on na tej konstatacji nie poprzestaje:


Może darowałbym sobie te wszystkie słowa, gdyby nie jeszcze jedna myśl.

Ćwierć wieku temu Polacy zwolnili się z myślenia o świecie i przyszłości. Nasze elity, a w ślad za nimi rzesze zwykłych obywateli uznały, że wszystko, co słuszne, zostało już wymyślone - tam, na Zachodzie. A jeśli coś jeszcze pozostaje do wymyślenia, to też oni, tam, to wymyślą. Nam wystarczy naśladować, implementować standardy i pławić się w radosnej bezmyślności. Oni tam wiedzą, dokąd prowadzą świat, a my małpujemy i wypełniamy zalecenia, dzięki czemu u nas też będzie tak samo.


Może to jest ten właśnie moment, kiedy powinniśmy się zapytać, czy naprawdę tego chcemy? 

A czego chcemy, mądralo? Jaka jest alternatywa? Bo jeżeli sugeruje Pan, żeby z kolei przeorientować się na to, co na Wschodzie, to Zgred chyba by na to jednak nie poszedł. 

-------------------------------------------------------------------------

* chyba jednak mówią inaczej. Ale to jeszcze potrwa. Jeszcze trochę wody upłynie, zanim polski publicysta zacytuje coś po angielsku bez błędu.

14:20, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 marca 2017

Zgred jest zmartwiony. Kocha swój kraj tak, jak rodzic kocha swoje ułomne dziecko, a właściwie dziecko z autyzmem, zdolne do rzadkich przebłysków geniuszu, ale na co dzień żyjące w swoim własnym świecie i słabo kontaktujące się z otoczeniem.

Więc Zgred kocha swój kraj, ale coraz bardziej martwi go władza jego kraju. Zachowuje się ona mianowicie jak ów dżentelmen na imprezie, któremu wszyscy dookoła mówią, że wypił za dużo i powinien oddać kluczyki do samochodu, ale on nikomu nie wierzy (JA? PIJANY?), a na koniec głośno beka i krzyczy: TO SPISEK, TO TA K..WA, MOJA ŻONA, WAS NAMÓWIŁA!

 

Zgred odnosi wrażenie, że nie on jeden tak postrzega szamotaninę władz jego kraju; utwierdza zaś go w tym wysyp memów, w których np. dyplomatyczne działania tych władz widzi się tak,

 

delegacje zagraniczne naszego kraju widzi się tak, 

 

w subtelnej aluzji jako rozwiązanie sugeruje się coś takiego,

 

a całą ostatnią sytuację podsumowuje się tak:


poniedziałek, 27 lutego 2017

Zgred się już w modnym temacie, tzn. o wszelkich post- wypowiadał, czas oddać głos mądrzejszym od niego. Np. profesorowi Łukaszowi Turskiemu, w wywiadzie Roberta Walenciaka. Zgred żywi duży szacunek do fizyków i w ogóle do umysłów ścisłych, bo uważa, że oni więcej rozumieją, podczas gdy wszelkiej maści humaniści uwielbiają zaciemniać słowami i tak już ciemne obrazy. Nie wszyscy, oczywiście, ale zawsze.

W odróżnieniu od Zgreda, Profesor jest optymistą, co widać na samym końcu. Chyba chce nas pocieszyć?

[…] czuję się dość kiepsko. Głównie z tego powodu, że większość toczących się w tej chwili debat – żeby było jasne: nie tylko w Polsce, bo sytuacja nie jest ograniczona do naszego kraju – okazuje się niesamowitym triumfem nieuctwa. To, co ma miejsce w tej chwili na świecie, jest w dużej mierze efektem intelektualnego rozprężenia z lat 70. i 80. poprzedniego stulecia, kiedy nagle odpuściliśmy sobie pewne reguły gry. Dużą odpowiedzialność ponoszą za to ludzie, którzy wtedy mówili, że są różne prawdy.

Tu Zgred skromnie zauważy, że na ów odwrót od racjonalnego, opartego na nauce myślenia zwracał już PT Czytelnikom uwagę we wpisie z 17 grudnia 2016...

[…] Część ludzi została wychowana w przekonaniu, że nie ma reguł. Że jest postprawda, jakaś "narracja". Oni panicznie boją się tego, co się dzieje. Proszę popatrzeć, co się wydarzyło na tych różnych facebookach, w tzw. mediach społecznościowych. Otóż są one zalane postprawdą. To dlatego, że użytkownicy nie potrafią odróżnić, co jest prawdą, a co nie. Przepraszam, a gdzie mieli się tego nauczyć? Nie mogli się nauczyć, bo odpuściliśmy uczenie dzieci i młodzieży, że prawda jest obiektywna. Obecny kryzys światowy ma w moim przekonaniu bardzo prostą przyczynę – to efekt wielkiego błędu edukacyjnego, tego, że nie nauczyliśmy się podstawowych reguł. A jest zupełnie nieistotne, czy powstały one same z siebie, w rozwoju społecznym, czy są z boskiego nadania. Nie mów fałszywego świadectwa – nie ma znaczenia, dlaczego ktoś nie kłamie. Ważne, żeby nie kłamał. Bo jeżeli uzna pan, że mówienie prawdy i kłamanie to różne narracje, będzie pan miał będzie pan miał dzisiejsze konsekwencje.


[…] jechałem [samochodem], włączyłem radio. I właściwie to powinienem po półgodzinie się zatrzymać i powiesić na latarni. Bo zasypały mnie informacje. I to jakie! Że ktoś wdarł się na wieżę kościoła i zastrzelił trzy zakonnice, ktoś inny podpalił supermarket, gdzieś zawalił się most… Liczba tych informacji była nieprzytomna. I można było się im poddać albo nauczyć się mieć filtr, który ten chłam zatrzymuje. Tego właśnie trzeba uczyć dzieci w szkole – patrzenia na świat, odróżniania rzeczy poważnych od chłamu. Jedna część tych informacji była niepotrzebna, druga powiększona poza rozsądek, a trzecia była kłamstwem. Naprawdę ważne jest, żeby wiedzieć, jak filtrować informacje, więc dzieci trzeba uczyć zupełnie inaczej.

[…]  wykształcenie daje ów filtr. On jest najważniejszy! Zdolność oddzielania prawdy od chłamu jest ważniejsza niż znajomość logarytmów czy historii wojen i powstań. Dwa razy dwa równa się cztery. A gdybym powiedział, że równa się pięć, to nie byłaby inna narracja, prawda alternatywna czy postprawda, tylko zwykła bzdura!


[…] Jestem też przekonany, że te całe media społecznościowe się uporządkują. Postprawda z nich zniknie. No, może nie zniknie całkowicie, ale będzie takim samym marginesem jak różne gazetki sensacyjne. One zawsze istniały, ale nie odgrywały większej roli.

Tagi: postprawda
13:32, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 lutego 2017

Babcia Zgreda miała szereg powiedzeń, które jakoś jej porządkowały świat i zrozumienie go czyniły łatwiejszym, a niełatwe jej życie na tym łez padole znośniejszym. Jednym z nich było: „Jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści”*. Odkąd Zgred usłyszał je po raz pierwszy, nie przestał się zastanawiać, co takiego Pan Bóg miałby z tego kija wypuścić. W wersji pacyfistycznej zapewne zielone gałązki, w wersji militarystycznej np. ołowianą kulę, spekuluje Zgred.

Powiedzenie Babci Sabiny mogliby spokojnie nieść na sztandarach jako swoje hasło wszyscy ci, którzy przyłączyli się do triumfalnego pochodu Postoświecenia © maszerującego właśnie przez Polskę. Nieco o tym pojęciu w przedostatnim poście tego blogu.

Warunki do tego pochodu w Przywiślańskim Kraju mamy sprzyjające. To wszak u nas, że Zgred zacytuje jako klasyka samego siebie, „wiara w cuda jest powszechna i nie mówimy tu tylko o wsi polskiej, gdzie co rusz komuś objawia się Najświętsza Panienka w postaci plamy na szybie, czy rysunku w korze gruszy albo innej śliwy”.

 

Duch Babci Sabiny unosi się ostatnio nad rodzimym wojskiem. Oto minister obrony narodowej głosi, że „siła Polski leży w polskiej armii,  (...), ale siłę tej armii stanowi wielka wiara narodu polskiego”.

 

minister obrony narodowej Przywislańskiego Kraju

Zgred jest może staromodny, bo uważa, że siłę armii stanowią kompetentni dowódcy, nowoczesny sprzęt wojskowy i żołnierze, którzy potrafią go obsługiwać, ale Zgreda, niedowiarka, trudno zadowolić.

Duch Babci Sabiny natchnął ostatnio Grupę Energa, która, decyzją zarządu, postanowiła zawierzyć się Bożej opatrzności i Matce Najświętszej Gromnicznej**. W związku z tym wiceprezes ds. korporacyjnych Energi wyraził nadzieję „że nie zabraknie nam tego boskiego bożego prądu na naszej drodze, tego bożego światła. I że nasza firma będzie się rozwijać, będzie bezpieczna, będzie chroniona Bożą pomocą, pomocą wszystkich świętych, także św. Michała Archanioła”.

 

Zgreda trochę uspokoiło, że włączono w to także Michała Archanioła, bo to trochę facet, a faceci jednak lepiej się na prądzie znają od kobiet, ale lekki strach pozostał. Jako klasyczny niedowiarek Zgred wolałby, żeby obsługująca go spółka energetyczna bardziej polegała na sprawności swoich urządzeń i inżynierów niż na zapalanych w potrzebie gromnicach, ale Zgreda, jak już tu stwierdzono, trudno jest zadowolić.


certyfikowany przez Energę sprzęt oświetleniowy do użycia w razie awarii, a nawet bez, jako zastępczy

Zgred boi się tylko, że notowania naszego kraju Tam Na Górze mogą spadać, bo mimo wysiłku władz  spada ponoć w narodzie religijność. Dowodem na to miałaby być zmniejszona liczba wiernych na niedzielnych mszach i różne inne zjawiska, jak na przykład większa portalowo-prasowa popularność epizodu z prezydentem i sempiterną piosenkarki Rabczewskiej Doroty, niż odbywający się mniej więcej w tym samym czasie doniosły akt intronizacji Chrystusa na króla Polski. Fakt, że po latach przerwy mamy znów króla, umknął jakoby uwadze poddanych.

 

Król na skalę naszych możliwości

Ale tak mówią złe języki, a tych w Królestwie Polskim nie brakuje.

 

-------------------------------------------------------------------------------------

* W wersji dla zamieszkujących nasz kraj innowierców brzmi to m.in. „Jak Allah dopuści, to i z kija wypuści”, ew. „Jak Jahwe dopuści, to i z kija  wypuści”.

 ** PS: „Spółka na wniosek opolanina Radosława Pierzgi była zmuszona ujawnić koszt organizacji uroczystości. Energa wydała na nią dokładnie 12051,60 zł. Pracownicy ofiarowali kielich mszalny, kosze z winem, owocami i chlebem. Koszt tych darów to 5436,60 zł. Na dowiezienie pracowników na mszę firma wydała 1080 zł”.

12:19, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
piątek, 13 stycznia 2017

Kiedy Zgreda ogarnia zniechęcenie, kiedy ma dość śledzenia rozwoju sytuacji, w której jedna strona plemiennego sporu proponuje coraz to nowe otwarcie w szachach, a druga konsekwentnie gra w co innego, mianowicie w bliższego jej mentalnie dupniaka, wtedy Zgred udaje się na wewnętrzną emigrację i sięga po książkę. I na ogół są to najnowsze książki Andrzeja Stasiuka, które Zgred regularnie dostaje w prezencie od Mademoiselle – bo wszystko inne, czego mu potrzeba, od dawna już ma.

 

Stasiuk jest bystrym tropicielem wszystkiego, co w nas wschodnie i nigdy nie dał się nabrać na tezę, że miejscem Polski zawsze była oświecona, zachodnia część Europy. Racjonalny, protestancki Zachód śmiertelnie go nudzi; kiedy próbował go opisać („Dojczland”), całkiem uwiędło mu pióro. Stasiuk ożywa tylko wtedy, kiedy gdzieś w świecie dostrzeże szczególnie wyrafinowaną wschodnią prowizorkę, bałagan, brud i cwaniactwo. Tylko wtedy się odnajduje, jest u siebie, tylko wtedy ma natchnienie. Zresztą Zgred już o tym pisał („Stasiukowe wywody I”, 16.06.2015)

W jego wizji Europy nie skolonizują wkrótce przybysze z Południa czy z bliższego lub dalszego Wschodu, ale ci, którzy już w tej Europie, na jej peryferiach, są:

Plan na najbliższe dziesięciolecia jest mniej więcej taki: nadciągną Cyganie ze swoimi taborami i rozbiją obozy w środku Pól Elizejskich, bułgarscy niedźwiednicy będą pokazywać swoje sztuki na berlińskim Kudamie, półdzicy Ukraińcy założą swoje mizoginiczne kozackie wspólnoty na Nizinie Padańskiej u bram Mediolanu, pijani i rozmodleni Polacy spustoszą winnice nad Renem i Mozelą i zasadzą tam owoce wypełnione czystym spirytusem, a potem ruszą dalej, śpiewając litanie, i zatrzymają się dopiero na skraju kontynentu w katolickim i cudami słynącym Santiago di Compostela. Trudno jest powiedzieć, co zrobią Rumuni ze swoimi milionowymi stadami owiec – ich narodową cechą jest przecież owczarstwo, ale nade wszystko nieprzewidywalność. Serbowie, Chorwaci i Bośniacy przepłyną na dalmatyńskich pirogach kanał i zbałkanizują Brytanię, która raz na zawsze, jak Pan Bóg przykazał, podzieli się na Szkocję, Anglię oraz Walię. Mieszkańcy Łotwy oraz Litwy raz po raz przebiegle będą zmieniać tożsamość i wprowadzać w błąd przyzwyczajoną do przejrzystych kryteriów opinię publiczną. Słoweńcy i Słowacy będą się podawać za mieszkańców Slawonii, czym doprowadzą do rozpaczy wszystkie komputerowe systemy Unii. Mołdawianie, którzy główne dochody czerpią ze sprzedaży własnych organów, spieniężą się w całości jako naród i doprowadzą do ruiny światowy rynek przeszczepów. A to, czego dokonają Albańczycy, przechodzi w ogóle ludzkie pojęcie… [„Fado”]

Kwestią otwartą pozostaje, czy w świetle ostatnich wydarzeń napisałby to jeszcze raz.

Ostatni produkt Stasiuka to kolejna jego powieść drogi, tym razem jednak z samochodami, a nie ludźmi w roli głównej.

 

Zgreda samochody nie rajcują, kilka ich w życiu miał i zawsze uważał je za dość tępe, choć przemyślne konstrukcje, których zadaniem jest bez szemrania przewieźć go z punktu A do punktu B i tyle. Choć walory estetyczne niektórych z tych konstrukcji nie umknęły jego uwadze.

 

Dla Stasiuka mają one jednak wymiar metafizyczny, bo wszystko, o czym Stasiuk pisze ma wymiar mniej lub bardziej metafizyczny, więc u niego nawet opisy mocno techniczne Zgredowi nie przeszkadzają.

W ostatniej powieści opisów samochodów jest sporo, ale są tam też fragmenty bardziej zrozumiałe dla kogoś, kto nie spędził wielu godzin życia leżąc pod samochodem i cierpliwie znosząc kapiący mu na twarz olej.

Oto scena, w której Narratora i jego towarzysza zatrzymują rosyjscy pogranicznicy, którzy nie akceptują oczywistego dla nas wyjaśnienia, że celem ich podróży jest sama podróż. Podróżnicy zawiadamiają polski konsulat, a Narrator tak sobie wyobraża interwencję w jego sprawie:

Zadzwonią i powiedzą: „trzymacie w szczerym polu narodnego pisatiela. Na chuj wam to? Wróci i dupę wam obsmaruje, a potem ogłosi to jeszcze w najważniejszych językach europejskich. Puśćcie, niegroźny jest. W porównaniu ze średnią narodową to on ma niski poziom antyrosyjskości we krwi. Stężenie jak na Polaka niewielkie, i to się wam jeszcze może opylać. Naszym zdaniem to on chyba coś nie ten tego z głową, że do was jedzie. Po waszemu gada, na ścianie ma zdjęcie rosyjskiego pisarza Płatonowa, do gazet mówi, że jest dzieckiem komunizmu, i widać bardziej mu pasuje ten wasz bardak niż wysoko rozwinięta zachodnia cywilizacja, w której przestrzega się praw człowieka. W Ameryce był raz, a do was pcha się już trzeci. Ze swej strony radzimy wpuścić, specjalnych strat wizerunkowych nie poniesiecie”. [„Osiołkiem”]

I jak tu nie kochać Stasiuka?

Niestety, od polityki uciec się całkiem u niego nie da. W Kazachstanie Narrator negocjuje wysokość łapówki dla policjantów. Jakimś literackim cudem jeden z nich okazuje się znać język polski.

– My, Polacy, zawsze byliśmy za wolnością. – Tym razem nabrałem powietrza i wyszło mi trochę lepiej. – Za naszą i waszą.

– Obejdzie się. I nie wciskaj mi ciemnoty. Sami siebie wzięliście za ryj i nie możecie nawet podskoczyć. A było się szarpać? Było przeciw ościeniowi wierzgać? Było zamęt parlamentarny czynić? Porządek ustalony burzyć? Dwadzieścia parę lat jak psu w dupę. I będzie mi tu jeszcze o jakimś eksporcie idei opowiadał…

– A co ty o wolności wiesz? […]

– TV Polonię mam na satelicie – odpowiedział spokojnie.

– No i co?

– Prezydenta wczoraj pokazywali.

– A waszego nie pokazują?

– Pokazują. Ale wasz jakiś wystraszony i wyglądu nie ma. Nasz lepszy. Nikogo się nie boi. [tamże]

No bo Stasiuk nigdy się nie waha zająć stanowiska. A ostatnio okazji tyle, że mógłby nie zajmować się niczym innym.


17:57, tobiasz2013
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 grudnia 2016

Jak wiadomo, żyjemy w czasach postmodernizmu. Czasach, w których nie wylęgnie się już żaden styl – ani malarski, ani architektoniczny, ani rzeźbiarski, ani żaden inny. Nie wylęgnie się, bo indywidualizm się rozbuchał, każdy sobie rzepkę skrobie, mody za szybko się zmieniają, wiodących ośrodków brak, bo elit nikt nie uznaje… itp. itd.


Ostatnio modny jest termin „postprawda”. Sugeruje on, że zwykła prawda już się nie sprawdza, w zasadzie nie jest nikomu potrzebna, każdy ma swoją, pasującą, wszystko jest względne, a prawda to już najbardziej. Eh, gdzie te czasy, kiedy można było się kierować twierdzeniem ks. Tischnera, że prawdy są tylko trzy (świento prawda, tys prawda i gówno prawda)… Dziś jest ich nieskończenie dużo. A może tylko jedna?

 

I żeby nie było za poważnie, trochę prawdy internetowej:

 

Wszystko to jest mały pikuś; Zgred z przerażeniem konstatuje, że oto żyjemy w czasach postoświeceniowych ©. Symptomy końca pewnej epoki widoczne były już dawno. Jak zawsze będący w awangardzie osłabiania władz umysłowych ludzkości entertainment industry zza Wielkiej Wody w latach 90-tych wydalił oto z siebie serial telewizyjny, który Zgreda przeraził swoim przekazem, a właściwie nieprawdopodobną popularnością tego przekazu.


Serial apelował do tego zakamarka naszego światopoglądu, który Oświeceniu skutecznie się oparł; zakamarka, który jest ostoją wszelkiej wiary objawionej. Twórcy serialu raz w tygodniu potwierdzali w nim nosicielom genu wiary w spisek (swego czasu Zgred o nim pisał - vide post z 13. kwietnia 2013 pt. "Ci nieludzcy Szwajcarzy", tag "wojny_plemienne"), że jacyś ONI stale przeciwko nam knują, a silniej nawiedzonym, że rzeczywistość nie jest taka, jak się nam wydaje, a zjawiska nadprzyrodzone istnieją i są wokół nas rzeczą powszednią, wręcz banalną.


Zgromadzona przed telewizorami ludzkość, uczona przecie w szkole fizyki, chemii, astronomii i czego tam jeszcze trzeba chłonęła ten produkt z wypiekami na twarzy, regularnie nawożąc ów wspomniany wcześniej zakamarek.


I oto zbieramy owoce owego zmęczenia racjonalnością, logicznym myśleniem, nauką, a nawet zdrowym rozsądkiem. Wiara w cuda jest powszechna i nie mówimy tu tylko o wsi polskiej, gdzie co rusz komuś objawia się Najświętsza Panienka w postaci plamy na szybie, czy rysunku w korze gruszy albo innej śliwy.



Mówimy tu np. o wierze w to, że człowiek, który poświęcił życie robieniu ludzi w konia w swoich rozlicznych biznesach, jako prezydent skutecznie pochyli się nad losem pracowników najemnych swojego kraju; że inny człowiek, który kontakt z rzeczywistością swego szybko rozwijającego się kraju ma słabiutki, doprowadzi ten kraj do rozkwitu (wręcz go zbawi), popędziwszy kota mitycznym komunistom i złodziejom… Przykładów na rozbrat ze zdrowym rozsądkiem na rzecz silnej wiary w cud dostarcza od pewnego czasu prawie cały zachodni świat, nie tylko kraj nad Wisłą.


I zgodnie z głoszoną niegdyś teorią konwergencji zbliża się w tym momencie do wielkiego kraju wschodniego, który Oświecenia nigdy nie zaznał, i którego mieszkańcy ze swoją dochodzącą często do głosu irracjonalnością (vide: „Rosja to nie kraj, to stan umysłu”) nie przestają zdumiewać przedstawicieli owego oświeconego Zachodu. Z braku lepszego pomysłu, rzeczeni przedstawiciele, na ów deficyt Oświeceniowej racjonalności ukuli nawet termin: „rosyjska dusza”...


Akurat.

 

niedziela, 13 listopada 2016

Rzecze Wernyhora, zza grobu dla niepoznaki przemawiając ustami niejakiego S.S.:


"… Brexit i Trump oznaczają pożegnanie demokracji liberalnej jako kanonu zachodniej polityki. A jeśli tak, jeśli nie ma się do czego odwołać jako do wzoru, to czy Polska sama wbrew trendom globalnym zdoła przywrócić u siebie taką demokrację? Wybór Trumpa oznacza, że w USA będą rządzić tacy sami wariaci jak w Polsce. Trump to oligarcha, gorszy nawet od rosyjskich. Oni kalkulują, są realistami, można się z nimi dogadać. Trump to niegrzeczne dziecko z nuklearnymi zapałkami. Nikt na świecie nie wie, co zrobi. On sam nie wie. A jest nadambitny, będzie chciał się popisywać.


(…) Katastrofą nie jest sam wybór Trumpa. Ona dopiero przyjdzie. W pewnym sensie Trump ma rację, gdy mówi, że Ameryka powinna się zwijać do domu. Nie jest już w stanie być supermocarstwem. Dlatego Trump chce się dogadać z Putinem, targować z Chinami. Ameryka podzieli się władzą z najsilniejszymi państwami. Nastąpi coś na kształt kongresu wiedeńskiego. Europa wypadnie w tym najsłabiej, bo jest rozbita i skonfliktowana.


(…) Ciężko za to zapłacimy, bo zawsze za błędy Zachodu płacą jego peryferie. My wyjdziemy na tym gorzej od Węgier, bo Orbán gra w przeciwną grę niż my, na zmianę znienawidzonych na Węgrzech granic, na destabilizację regionu. Chce odbudować Wielkie Węgry, pokrzywdzone utratą Siedmiogrodu, Zakarpacia itd. Jemu opłaca się przytulenie do Putina.

Polska na destabilizacji może jedynie stracić. Stawiać na sojusz z Orbánem może tylko kompletny idiota. I nami rządzą kompletni polityczni idioci, jak Waszczykowski czy Macierewicz. Przez nich jesteśmy niczyi. Odepchnęli Paryż, Berlin i Brukselę. Nie będzie chciał nas Zachód, za to będzie chciał Wschód. To jest patriotyzm PiS-u. Z czystej głupoty i nienawiści pogrążyć siebie i innych ku chwale ojczyzny.


Polska sama demokracji nie obroni. Trump u władzy w USA może się dla nas skończyć 20 latami z Kaczyńskim. Bo zniknie jedyny nacisk na przestrzeganie kanonu demokracji liberalnej, z jakim Kaczyński się liczył, i świat pogrąży się w licytacji nacjonalizmów.

(…) Kaczyński prowadzi nas do katastrofy. Ale nie wiadomo, kogo wybiorą Polacy, kiedy ona nastąpi. Stać nas na jeszcze gorszych populistów. Polacy nie są genetycznymi demokratami liberalnymi.

(…) Trump może dokonać takiej samej destrukcji. Jak demokracja ma go powstrzymać, skoro to ona go wybrała? Zarazem już nie wiadomo, co to jest demokracja liberalna i dlaczego ma być taka fajna, skoro wcale dla ludzi nie była. To złudzenia, że Trump nie naszkodzi. Przeciętny wójt w Polsce jest pięć razy lepszy i rozsądniejszy niż Trump.

(...) To, że nie rozwiązujemy problemu uchodźców, to bomba z opóźnionym zapłonem. Wokół nas żyje kilkaset milionów głodnych ludzi. Zachód się z nimi nie chce dzielić. Reakcja tych ludzi będzie taka jak reakcja wyborców Trumpa: przyjdą się zemścić. Skoro walka z nierównościami i rozsądna regulacja globalnej gospodarki nie nastąpiły, to zrobi się na dziko, przez katastrofę. Jak zawsze na Zachodzie.

A w Polsce nigdy się nie poprawiało, kiedy na Zachodzie się pogarszało".

sobota, 29 października 2016

Niektórzy odmawiają aktorom prawa do wypowiadania się na tematy inne niż ściśle zawodowe, twierdząc, że nie dysponują dostatecznym potencjałem intelektualnym. Istotnie, niektórzy znani w świecie aktorzy wykazują pewne wyraźne symptomy osłabienia umysłowego

 

i zagubienia w realnym świecie

 


Zgredowi wydaje się jednak, że w Polszcze aktor – ten teatralny, nie tylko serialowy – zyskał inny, dość specjalny status. Jeżeli ktoś na co dzień na scenie wadzi się z Panem Bogiem, przemienia z Gustawa w Konrada, czy szuka zgubionego złotego rogu,  ma chyba zmysły szczególnie wyostrzone na rzeczywistość wokół siebie. I dla takiego aktora wypowiadanie się na tematy polityczne to w pewnym sensie wypowiadanie się na tematy zawodowe.

Żyjemy obecnie w tak ciekawych czasach, że zaiste  aktorom polskim trudno się powstrzymać. Komentują na przykład aktualną politykę kulturalną, co dość naturalne

WOJCIECH PSZONIAK:

Jeżeli minister kultury bierze udział w rekonstrukcji ślubu Pileckiego i na dodatek mimo protestów jego rodziny, to znaczy, że jest bardzo źle. Martwię się, co będzie dalej z kulturą, bo to, co proponuje, to kultura w wersji plemiennej, folklorystycznej i narodowo-pseudo-patriotycznej. To wszystko jest kompletnie bez żadnych wartości, ani patriotycznych, ani artystycznych. Mądry patriotyzm analizuje i przedstawia prawdę historyczną. To, co proponuje minister to folklor, do tego niskich lotów.

DANIEL OLBRYCHSKI:

Kluczowy jest punkt widzenia. Czy robi się film z punktu widzenia Żeromskiego albo Norwida - przedstawicielem tego sposobu uprawiania sztuki jest oczywiście Andrzej Wajda, on reprezentuje gorzkie spojrzenie na historię, bardzo pouczające. Czy też robi się coś ku pokrzepieniu serc, jak u Sienkiewicza. (…) A w tej chwili co? Jakie tematy zadać nam mogą prezes Jarosław Kaczyński czy minister Piotr Gliński? Przecież to jest śmieszne. Każda sztuka robiona na polityczne zamówienie kończy się porażką artystyczną. (…) Jeśli czułbym, że coś jest robione na zamówienie polityczne, to jakakolwiek by ta rzecz nie była, trzymałbym się od niej z daleka. Bo to śmierdzi. (...) To wszystko są bzdury, z mydła bańki, które mieliśmy już w historii.


Czasem jednak aktorzy polscy wypuszczają się na szersze wody.

KRYSTYNA JANDA:

Okazało się, że wszystko nie tak, wszystko za mało, że kłopoty budującego się państwa i dobrobytu doświadczają najsłabszych, a nie stać nas na państwo opiekuńcze. No i przyszli ci, co powiedzieli – im zabierzemy, a Wam damy. No i Bóg, honor, ojczyzna, w najprymitywniejszy sposób, a reszta zamknąć się albo wyp……ać! No i za zezwoleniem nienawiść i chęć zemsty podniosła głos.

JANUSZ GAJOS:

Wiadomo z historii, że wiele niedobrych i fatalnych w skutkach zdarzeń zaczynało się tak właśnie, jak to się dzieje teraz. Mam nadzieję, że nie dojdzie do niczego nieodwracalnego. Nie mogę uwierzyć, żeby wszyscy rozsądni ludzie, których są całe tłumy – vide marsze KOD-u, nie byli w stanie zapobiec najgorszemu. Przecież większość z nas nie wierzy w brednie typu – „Polska w ruinie”, nie chce spokojnie słuchać wyzwisk i obelg tylko dlatego, że ma inne zdanie na temat tej „dobrej zmiany”.

JERZY STUHR:

My jesteśmy z kultury wstydu. Nie robimy pewnych rzeczy, bo nie chcemy się potem za siebie wstydzić. A dla ludzi „dobrej zmiany” to żaden problem. Czy pan wiceminister od widelca się wstydzi? Nie sądzę. Rąbnął głupotę roku, obraził Francuzów, ośmieszył Polaków i chodzi dumny jak paw. Bo wszyscy o nim mówią już drugi tydzień. A ta pani, która nazwała sędziów Sądu Najwyższego grupą kolesi, to czy ona się wstydzi? Zdaje się, że pełni jakąś zaszczytną funkcję w swojej partii, jest rzecznikiem? A pan od dyplomacji, który o Komisji Weneckiej powiada, że nie życzy sobie jej wycieczek do naszego kraju? Czy on się wstydzi? Albo pan, który twierdzi, że Amerykanie mogą się uczyć od nas demokracji. Jest ministrem obrony naszego kraju. No skoro tak, to każdą głupotę można u nas powiedzieć bez mrugnięcia powieką. Ta władza zaraziła nam Polskę bezwstydem.

I na koniec nieoceniony

BOGUSŁAW LINDA

który miał zawsze predylekcję do broni o dużym kalibrze

Musiałbym zacytować Herberta: wszystko jest sprawą smaku. To, jak nami zawłaszczają, jest strasznie przykre. Tak ziemniako-buro-brudne, nieładne, że ja się czuję trochę zawstydzony. Raptem to, co gdzieś skrzętnie ukrywaliśmy, to, co nigdy nie powinno się okazywać, to burakostwo, nieudacznictwo, brak kultury, brak ogłady, brak inteligencji  się wylało i nami zawłaszcza.


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Tagi