RSS
sobota, 12 sierpnia 2017

Swego czasu polskie siostry zakonne zajmowały się opieką nad słabującymi, niedołężnymi i sierotami, zmienianiem zwiędniętego kwiecia na ołtarzach na świeże i usługiwaniem notorycznie przepracowanym funkcjonariuszom w sutannach. Generalnie trzymały niski profil i nie rzucały się w oczy, raczej przemykając się pod ścianami domów, niż dumnie krocząc środkiem ulicy. W ramach licznych swoich obowiązków prowadziły też tu i tam kuchnie, i najwyraźniej niektórym z nich dobry Pan Bóg dał kulinarny talent, na co dowodem są stoiska z książkami, pełne fachowej zakonnej literatury.

Jak się wydaje, u początków tego boomu leżała zdrowa, kapitalistyczna konkurencja. Licytację rozpoczęła skromnie Siostra Maria:

 

I tu po raz pierwszy objawiła się Siostra Anastazja, przebijając ją czystą liczbą przepisów:

 

Siostra Maria spróbowała z innej beczki:

 

I natychmiast skontrowała ją Siostra Anastazja, stosując sprawdzony chwyt epatowania liczbą przepisów.

 

Kolejna próba Siostry Marii

 

zakończyła się błyskawiczną ripostą ze strony Siostry Anastazji, która dorzuciła do licytacji potrawy jarskie i znów zaepatowała* publiczność magią cyfr:

 

Tymczasem, znęcona tą jarskością, na rynku, zupełnie z boku, pojawiła się niejaka Siostra Aniela, sprawdzając, czy nie znajdzie tu dla siebie niszy.


Szybko też zauważyła, że na tym rynku działa magia cyfr, przelicytowała więc liczbowo uczestniczki gry rynkowej, jako wisienkę na torcie dokładając też grę słów, której nie powstydziłby się żaden 20-letni copywriter, as każdej warszawskiej firmy reklamowej:

 

Tymczasem Siostra Maria przeanalizowała ofertę konkurencji i doszła do wniosku, że trzeba ją przelicytować liczbą przepisów:

 

Strategia dała efekt tak znakomity, że potrzebne okazało się drugie wydanie:

 

Siostra Anastazja oparła się o liny, ale wyprowadziła naprawdę silny cios:

 

Siostra Maria długo nie mogła dojść do siebie, po czym bez przekonania wykonała wrzutkę z zupełnie innej kulinarnej dziedziny:

 

Czujnie obserwująca rynek Siostra Aniela z boku dołożyła swoje trzy grosze,

 

a z drugiego boku zaś objawiły się Siostry Sercanki, szukające dla siebie przestrzeni na rynku węglowodanów.

 

Na reakcję Siostry Anastazji nie trzeba było długo czekać. Najpierw uderzyła prostym, stosując sprawdzoną strategię liczbową,

 

a następnie sierpowym, pokazując, że dorobiła się własnej szkoły kulinarnej:

 

Siostra Maria mocno się zachwiała, a ponieważ zbliżało się Boże Narodzenie, rzuciła na rynek rzecz okolicznościową, niczym dynię na Halloween:

 

Siostra Anastazja natychmiast odpowiedziała na wyzwanie,

 

żeby zaś przypieczętować swój prymat, dołożyła coś naprawdę z grubej rury, by raz na zawsze wybić Siostrze Marii z głowy konkurowanie na obszarze węglowodanów:

 

Siostra Maria przez dłuższy czas nie rzucała do księgarń nic nowego; przeprowadziła za to dogłębne studia rynku kulinarnego i doszła do wniosku, że musi całkowicie zmienić strategię. Najpierw poszła w obszary bardziej niszowe, dotychczas zarezerwowane dla zakonów męskich,

 

a następnie ugruntowała swoją pozycję na rynku nisz kulinarnych udowadniając, że potrafi odczytać duszę Polaka i ducha czasów:

 

Tymczasem celebrytka Siostra Anastazja znalazła sobie pupilkę w postaci Siostry Salomei. Najpierw wypróbowała ją w kulinarnych składnikach,

 

a następnie dała arywistce szansę na swoim koronnym rynku:

 

Usatysfakcjonowana, przekazała Siostrze Salomei symbolicznie wałek i chochlę i udała się na zasłużony odpoczynek.

 

Tak oto ukształtował się zakonny rynek kulinarny, który Zgred z nudów przestudiował, stojąc w kolejce na poczcie w swoim miasteczku i przyglądając się stojakowi z wystawioną tam literaturą.

A przy okazji znalazł odpowiedź na pytanie, dlaczego Poczta Polska ma coraz mniej czasu na dystrybucję czegoś tak nieuduchowionego i beznadziejnie świeckiego jak listy i paczki.

------------------------------------------------------------------------

*Zgred wie, że takiego słowa nie ma, ale nic sobie z tego nie robi.

wtorek, 01 sierpnia 2017

Wśród lamentów nad losem Rzeczpospolitej pojawiają się coraz to nowe, trzeźwe  analizy tego, co się właściwie stało.

 

Tak na przykład tłumaczą to Joanna Podgórska i Łukasz Wójcik:

[…] PiS niewątpliwie artykułuje rzeczywiste emocje dużej części polskiego społeczeństwa. Emocje, których od dawna nikt nie opowiadał. Przez dekady były zasłaniane zachwytem nad tym, co niedostępne, i w obawie przez oskarżeniem o prowincjonalizm. Dla tych „nieopowiadanych” Polaków transformacja po 1989 najpierw była szokiem, a potem stała się głupawą i pustą imitacją. Trudno zaprzeczyć, że nie mając własnych wzorów, przyjmowaliśmy z Zachodu wszystko jak leci: gejów, poprawność polityczną, ochronę środowiska, prawa zwierząt (i sprzątanie kup po nich). To okazało się cywilizacyjnie nie do przełknięcia dla wielu, szczególnie słabiej wykształconych i starszego pokolenia. Dlatego pakiet został w końcu odrzucony. PiS dał sygnał, że nie ma obowiązku już być Europejczykiem: dbać o rządy prawa, niezależne sądy i sprzątanie kup po swoich psach.

 

[…] Teraz przyszła władza, która mówi wschodniej Polsce: jest tak, jak się państwu zdaje. Chłop to chłop, a baba to baba. Murzyn to Murzyn, Arabowie to dzicz. I nie ma powodu podejmować wysiłków, by zrozumieć coś więcej. Zachód powie: ciemnogród? Ale nasz, uświęcony, polski. I nie ma do czego aspirować, bo bycie białym, heteroseksualnym Polakiem katolikiem to wystarczający powód do dumy.

A tak rzecze Paweł Potorocznyn:

Lęk i niewiedzę eksploatuje się szczególnie łatwo. Zarządzanie nimi jest znacznie prostsze niż zarządzanie nadzieją, czy optymizmem. Poza tym niech się każdy przyzwoity polski inteligent uderzy w piersi. Pogardzaliśmy tymi ludźmi, szydziliśmy z nich. No to się odwinęli.

Z grubej rury wali Stefan Chwin, pisarz:

[…] my, zwolennicy demokratyczno-liberalnego państwa prawa stanowimy w dzisiejszej Polsce, a raczej w tej części polskiego elektoratu, która czynnie uczestniczy w wyborach, mniejszość. I to jest istota sytuacji, w jakiej się znajdujemy: stanowimy nie tylko mniejszość polityczną, ale też mniejszość kulturową, co – jak myślę – jest dużo poważniejsze. Bo Polska dzisiejsza rozdwoiła się na – pozwólmy sobie na grube, acz malownicze uproszczenie, w którym kryje się ziarno prawdy – słabnącą cywilizację Wojciecha Młynarskiego i rosnącą w siłę cywilizację Zenka Martyniuka.

 

(wszystkie cytaty wydłubane z kolejnych numerów POLITYKI)

Zgred chciałby odpowiedzieć pisarzowi Chwinowi, że "cywilizacja" Młynarskiego, w której uczestniczył (tak jak i niżej podpisany) zawsze była słaba i ograniczała się do marginesu, grupki inteligencji, która opanowała w swoim czasie media. "Cywilizacja" Zenka Martyniuka istniała pokątnie zawsze w postaci potężnego, podskórnego nurtu, ale dopiero teraz, na drodze demokratycznych przemian i z pomocą mediów doszła w pełni do głosu.

poniedziałek, 24 lipca 2017

oderwani od koryta we Wrocławiu

 

złogi komunizmu w Poznaniu

 

wtorek, 18 lipca 2017

Zgred z przykrością zauważył, że jego ostatnie wpisy mają wyraźnie polityczny charakter. Wcale mu się to nie podoba, bo blog ten w założeniu nie miał być komentarzem do aktualnych wydarzeń, tylko garścią luźnych spostrzeżeń, impresji, myśli i rozważań na temat otaczającej Zgreda rzeczywistości – i to wcale nie politycznej. „Życie jednak chciało inaczej”: znaleźliśmy się oto w niezwykłych czasach, ze wszech miar interesujących – ale niestety ciekawych z tej słynnej żydowskiej klątwy „obyś żył w ciekawych czasach”.

I zaprawdę trudno się do nich nie odnosić.

Swego czasu wielki Napoleon doszedł do wniosku, że naród, który zburzył Bastylię, nie bardzo wie, co z tym gruzowiskiem zrobić.

 

Że jest rozczarowany Wielką Rewolucją, bo nie przyniosła ludowi tej wymarzonej równości, tzn. wszyscy nagle nie stali się piękni, młodzi i bogaci. I że ów lud zatęsknił znów do ludzkiego pana z koroną na łbie. Więc zafundował mu dyktaturę w postaci cesarstwa, pod hasłem let’s make France great again.

 

Nasz podwórkowy Napoleon jak nikt wyczuł, co w polskiej duszy naprawdę gra, jakie demony w niej śpią i jak je zbudzić, żeby rozczarowany rewolucją lud zapragnął znowu dobrego, ludzkiego pana, co to rozda wszystkim, obcych powstrzyma, złe elity rozpędzi,  innymi słowy will make Poland great again.

Bo my tu w Polszcze mamy własne rozwiązania i nikt nam nie będzie narzucał cudzych.

 

No więc jak się do tego wszystkiego nie odnosić?

A tymczasem Zgred wolałby pisać o tym, o czym drzewiej pisywał. No bo przecie od lat rozrzuca te brylanty błyskotliwych stwierdzeń, te szafiry bon motów, te szmaragdy dowcipów, te rubiny ironicznych spostrzeżeń…

 

O perłach nie wspomni, bo ktoś mógłby wziąć do siebie i się obrazić.

P.T. Czytelnicy myślą zapewne, że do starych postów Zgreda nie ma co wracać, bo się zdezaktualizowały. Otóż wcale tak nie jest.

Bo czy zestarzał się wpisy kwestionujące pewną estetykę, jak  #walonki (o butach ugg), albo #crocs (o piankowych sabotach)? Czy zestarzały się inne wpisy o modach, dowodzących osłabienia umysłowego ludzkości, a w szczególności naszej nacji, takich jak #Thanksgiving_day (o amerykańskich polskich świętach),  #pepegi (o tenisówkach), czy #futbol_amerykański? Czy zestarzały się wpisy o niezwykłych ludziach, takich jak #Carton_de_Wiart, czy #Dado_Ruspoli? Albo o #david_bowie, w którym Zgred pozwala sobie na krytykę rzeczonego, i to jeszcze PRZED jego zejściem, po którym WSZYSCY o nim pisali?

Przykłady są pierwsze z brzegu, bo chętnie poleciłby wszystkie swoje wpisy, które skromnie uważa za niezwykle celne i udane.

Ale przytaknięcie zostawi PT Czytelnikom po zapoznaniu się z nimi.

Tagi: napoleon
19:28, tobiasz2013
Link Komentarze (2) »
sobota, 01 lipca 2017

W naszej hybrydowej wojnie domowej bardzo coś rozgęgali się artyści i wszelakiej maści twórcy. Właściwie kapitolińskimi gęsiami powinno być tych kilkunastu publicystów, których mamy (nie mylić z szarą żurnalistyczną bracią), ale na alarm biją teraz już wszyscy, ochoczo udzielając wywiadów. Zgred miał właściwie zamieścić tu coś lekkiego, w sam raz na sezon ogórkowy, ale uznał, że poniższe elukubracje reżysera mogą skłonić do myślenia zarówno tych, którzy okopali się po jednej stronie, jak i tych, którzy tkwią w transzejach po drugiej. Elukubracje w sumie dość typowe i niekiedy ze sobą sprzeczne, ale będące zapisem jakiegoś tam stanu świadomości twórcy, a więc z założenia człowieka o wyostrzonym zmyśle obserwacji otaczającej nas rzeczywistości.

… czuję ogromny zawód. Od czerwca 1989 roku, kiedy upadł komunizm, każdy dzień był dla mnie świętem. Nie sądziłem, że tego doczekam. I wszystko zmierzało w dobrym kierunku. Weszliśmy do NATO, potem do Unii Europejskiej. Owszem, nie wszystko jeszcze dobrze funkcjonowało, były braki, ale powoli mogliśmy czuć, że stajemy się Europejczykami.

I nagle się okazało, że nic nie jest dane na zawsze. Że trzeba tę wolność pielęgnować, mądrze o niej mówić i wychowywać kolejne pokolenia. I dbać o obywateli. Mamy gospodarkę rynkową i świetnie, że tak jest, ale państwo powinno mieć świadomość, że nie wszyscy jego obywatele wyszli z transformacji ustrojowej obronną ręką i tworzyć osłonowe programy socjalne. A także troszczyć się o kulturę.



[…]. Ale dziś nie tylko w kulturze źle się dzieje i mamy to, co mamy. Kij w szprychy, ten wóz stanął. Zniknęły dobre obyczaje, chamstwo zostało wprowadzone w przestrzeń publiczną. Jest gloryfikowane. Wyrażenie, że "coś nie wypada" zostało zastąpione przez "nie opłaca się". Kiedyś szanujący się, zawodowy polityk pewnych rzeczy by nie powiedział, a dzisiaj nie ma oporów. Istnieje tylko jedno kryterium: populistyczne, i jedyna troska - czy się zdobędzie wyborców. I tak się stało, że 18 procent prawicowych Polaków rządzi resztą, udając, że to mandat od całego społeczeństwa. A tak naprawdę to nawet nie jest prawica, bo ekonomicznie to są bolszewicy, tyle że z krucyfiksem.

Myśmy zawsze byli tacy Polacy złote ptacy, a wszyscy dookoła bez przerwy byli na nas uwzięci, bo taki z nas fajny kraj.

I niestety, obecna partia rządząca chyba wierzy w to, czego mnie uczono w szkole dawno temu. Że Polska jest jakimś wyjątkowym krajem, że jesteśmy Chrystusem narodów. Naprawdę. To, co było ową dezynwolturą, swojego rodzaju metaforą wzięli na poważnie i ku temu prą. Sejm koronował Chrystusa na króla Polski, tylko nie wiadomo, gdzie go w poczcie królów polskich umieścić. Czy przed Mieszkiem I, czy za Poniatowskim?



[…] włączę telewizor i widzę, co oni tam wymyślają właściwie a vista. Początkowo w to nie wierzyłem, że można być aż tak bezczelnym, a teraz przyjmuję do wiadomości. A jednak! Nie wierzyłem, że jesteśmy aż tacy [...] zaściankowi. Zacofani. Wsteczni. Mało europejscy. Zakompleksieni. Przekonani, że wszyscy się na nas uwzięli. Ale z jakiego powodu?

[…] w czym się niby ta nasza cudowność przejawia? Niczego takiego w naszej historii nie znalazłem. Nawet w nowożytność wprowadzili nas zaborcy. Gdyby nie Austriacy czy Prusacy, to byśmy ciągle z podgolonymi głowami, w kontuszach siedzieli w tych naszych dworkach i polowali na zające. A ponieważ geograficznie byliśmy gdzieś w centrum, to lepiej zorganizowane kraje się nami zajęły. Zawsze powtarzam, że w środku miasta nie może stać pole niczyje, bo jakiś deweloper natychmiast je zagospodaruje. Tak było z rozbiorami. Gdybyśmy byli tacy dobrzy i umieli się rządzić, to my byśmy podbili Rosję czy Niemcy, a nie oni nas. I pokazalibyśmy, że rzeczywiście jesteśmy najlepsi w regionie.

[…] Przez ponad tysiąc lat udało się wiele rzeczy. Od XVIII do początku XX wieku było gorzej. A ostatnio przy okrągłym stole udała nam się bezkrwawa rewolucja, co było ewenementem. Byliśmy pierwsi wśród tzw. demoludów, dopiero za nami poszli inni.

Najlepsze określenie Polaków stworzył mój znajomy Bułgar. Powiedział: "Wy to jesteście tacy Ruscy, tylko uważacie się za Francuzów". I coś w tym jest. Mamy wschodnią mentalność, żebyśmy nie wiem jakie zachodnie ciuchy nosili. Jednak bliżej nam do Moskwy niż Brukseli. Choć rządząca partia chciałaby, żebyśmy nie byli ani tu, ani tu, żebyśmy byli wsobni, endemiczni. Bo my mamy wartości. Tylko jakie? Chrześcijańskie słabo się sprawdzają chociażby w kwestii przyjmowania uchodźców. Widziałem, jak w Boże Ciało ludzie idący w procesji chcieli zlinczować tych, którzy jeździli obok na rolkach.



albo lekko podfruwywali

[…] teraz [...] mamy nieco inną odmianę bolszewizmu z krucyfiksem, namaszczoną przez polski Kościół. Wiara jest prywatną sprawą każdego z nas, ale Kościół się obecnie panoszy we wszystkich możliwych zakątkach władzy świeckiej. A państwo powinno być sekularne. Owszem, istnieją też państwa wyznaniowe, ale wtedy trzeba to jasno powiedzieć. I nie udawać, że jest świeckie, jak głosi konstytucja. Ale za chwilę i to się zmieni. Władza zmieni konstytucję i będzie porządek.



[…] ja mam szacunek dla [...] urzędu [prezydenta]. Czasem się jednak zdarza wypadek przy pracy i na ten urząd zostaje wybrany ktoś, kogo sprawowanie funkcji głowy państwa przerasta. Tak bywa. Ale nikt mnie nie zmusi, żebym miał szacunek dla tego człowieka, który jest antyprezydentem.

[…] Najbardziej mam do niego żal o to, że sprawując niezależny urząd, nie musząc się bać, bo nawet Kaczyński nie może mu nic zrobić, mógłby czasem stanąć po stronie prawa, a nie pomagał je łamać. Tymczasem on zachowuje się jak  tchórz, człowiek bez właściwości. Z coraz większym poparciem Polaków, co jest dla mnie jakimś tragicznym paradoksem.

[…] rozdźwięk między tym, co prezydent w takim kraju jak Polska może zrobić, a tym, co człowiek udający prezydenta robi, wywołuje we mnie wielkie rozczarowanie.



[…] Czuję się Polakiem i uwiera mnie, że oni mi kawałek tej mojej Polski chcą zabrać. A co najmniej sobie ją uzurpują. Póki co nie zabrali nam paszportów, ale próbują zawłaszczyć autorytety. Na szczęście mądrzy ludzie na to nie pozwalają. Gwizdanie na profesora Władysława Bartoszewskiego na Powązkach było hańbą. Ale pocieszam się, że nawet planowana na tysiąc lat Rzesza trwała 12 lat. Choć oczywiście Polska i III Rzesza to nie jest to samo. Póki co jesteśmy w Unii i w NATO.

[...]  Wszystko szło w takim dobrym kierunku. Unia nie służyła nam tylko jako bankomat. Nie mówiliśmy jej, że my wiemy lepiej, bo my mamy idee. Kiedyś byliśmy uczniem, który aspirował do lepszych, chciał się uczyć. Dzisiaj jawimy się jako wszystkowiedzący głupek, pokazujący dwa kciuki w górze na sweetfoci na tle prawdziwych polityków.

Na szczęście myślę, że Europa nie traktuje Polski jako monolit, że umie odróżnić nasz obecny rząd od społeczeństwa polskiego, które ma potencjał, chociażby taki jak Donald Tusk. Mam nadzieję, że w show, który robi PiS, wierzą  tylko maluczcy. Choć nie chcę odbierać PiS-owi tego, że pochylili się nad niezaradnymi. I na kiełbasie wyborczej 500+ wygrali. No i trzeba przyznać, że byli świetnie przygotowani do przejęcia władzy.

[…]  poprzednia ekipa popełniła grzech pychy i zaniechania i dzisiejsza rzeczywistość to poniekąd  jej wina. Byli zadufani i aroganccy. A przede wszystkim nie udało nam się przez te wszystkie lata wyedukować młodych Polaków, nauczyć ich, jak ważne jest społeczeństwo obywatelskie.

Cóż, chyba zaprzepaściliśmy 20 lat wolności w kwestii edukacji, której celem jest dbanie o wolność właśnie.

(ilustracje Sławomira Mrożka i Marka Raczkowskiego. W roli motyla występuje Paweł Hajncel)

10:33, tobiasz2013
Link Komentarze (3) »
czwartek, 15 czerwca 2017

Zgred zauważył, że w ostatnich czasach ogromną karierę robi cytat z Norwida, ten o Polakach jako o wspaniałym narodzie i żadnym społeczeństwie.

 

Tyle, że każdy wkłada w niego treść taką, jaką chce. Zgred też chce, więc mocno się nad tym cytatem zastanawia, a właściwie nad pierwszą jego częścią. Bo że społeczeństwem jesteśmy żadnym, to oczywiste. Współpraca z innymi nas nie kręci: ledwie 13 % z nas należy do jakiegoś stowarzyszenia, towarzystwa, czy innego związku; w Skandynawii jest to dobrze ponad 70 %.

Wzgląd na dobro współobywateli też u nas słaby, co bardzo widoczne u polskiego kierowcy; Zgred już o tym tyle razy pisał, że nie będzie sobie więcej na ten temat palców na klawiaturze strzępił.

 

Zaufanie do bliźniego bliskie zeru: Zgred przeprowadził się na wieś i nie przestają go zadziwiać te wszystkie wściekłe psy, które włościanie (i byli miastowi) trzymają w obejściu celem trzymania ewentualnych intruzów na dystans. Pomyśleć, że są w Europie kraje, gdzie pojęcie „pies stróżujący” nie istnieje i w zasadzie jest nieprzekładalne.

 

Nasz stosunek do kontaktów ze współobywatelami najlepiej wyraża się w zjawisku, w innych krajach nie znanym: parawaningu.

 

Władysławowo

Pouczające jest też czytanie tzw. komentarzy internautów: tyle żółci i jadu nie wlewa do sieci chyba nikt inny. 

 

Zgredowi spokoju nie daje pierwsza część Norwidowskiego bon motu i zastanawia się, w czym tkwi wielkość naszego narodu. Zdając sobie sprawę, że ociera się w tym momencie o kodeks karny (bo nie pamięta, czy ta ustawa już przeszła, czy nie), pozwoli sobie to twierdzenie poddać w wątpliwość.

No dobrze, nie mieliśmy w historii lekko i mimo trefnych sąsiadów przetrwaliśmy. Ale czy Bułgarzy mieli lekko z Turkami? Baskowie z Hiszpanami? Finowie z Ruskimi? Irlandczycy z Angolami (żeby się trzymać tylko Europy)? I też przetrwali.

Przedmurze chrześcijaństwa? Chrześcijaństwo się u nas nie przyjęło, jak się ostatnio okazało, więc pewnie zostało za murem.


Co żeśmy politycznie zaeksperymentowali, wychodziło słabo. Demokracja szlachecka? Zapomnijmy: cała prawie magnateria była na liście płac sąsiadów, nie dziwota, że w końcu przyszli i rozparcelowali. Demokracja bezprzymiotnikowa w dwudziestoleciu międzywojennym się nie utrzymała, a nawet faszyzm w latach trzydziestych jakiś taki pokraczny nam wyszedł. Może teraz lepiej się uda?

W 1989 naród niby wyprosił z Polski komunistów, ale teraz się okazuje, że sami sobie poszli, a przedtem pod stołem niejasny jakiś deal zawarli z ciemnymi, antynarodowymi siłami. I nic nie pomogło, że stół okrągły, żeby bez kantów było.


Często narzeka się polskie elity, że zgrzebne, że przed wojną, to były elity. Tym wszystkim, którzy tak myślą, Zgred dedykuje fragment wspomnień z tamtych czasów, na które onegdaj natrafił. Pewien ziemianin, Gustaw Lubieniecki, tak oto opisuje raut wydany przez prezydenta Ignacego Mościckiego na cześć króla Afganistanu Amanullacha:

Na raucie było kilkaset osób. Mogliśmy obaj z ojcem stwierdzić dowody nie tyle demokracji, ile chamstwa zaproszonych. Gdy w pewnej chwili otworzono drzwi do sali, w której znajdował się zimny bufet, tłum ludzi rzucił się do bufetu jak stado zgłodniałych wilków. Zostaliśmy chwilę, aby mieć możność obejrzenia pięknych dywanów perskich, leżących na posadzce. Ku naszemu zdumieniu w wielu miejscach leżały na dywanach niedopałki papierosów. Niektóre tliły się trochę. 

piątek, 02 czerwca 2017

Rodaka spacerującego po Rzymie uderzy zapewne profuzja ciemnoniebieskich flag z gwiazdkami powiewających obok włoskiego trójkoloru na wszelkich urzędowych gmachach.

 

Nie sposób się nie zastanawiać, z czego oni tutaj są tacy dumni? Może są po prostu niedoinformowani?

 

Może nie wiedzą, że są tzw. płatnikiem netto (tzn. od UE dostają mniej, niż do niej wpłacają) i myślą, że to Matuszka Unia daje im kasę na drogi, wodociągi, oczyszczalnie ścieków i restaurację zabytków?

 

Może ktoś powinien im powiedzieć, że są wykorzystywani? Wciągani przez brukselskich komuchów w ich niecne plany? No, ale lewackie ciągoty Włochów są powszechnie znane.

Na szczęście my tutaj w Polszcze wiemy lepiej. Nasze władze szybko się zorientowały, co w trawie piszczy i o co tej Unii naprawdę chodzi. Nie z nami takie numery! Nie udało się ruskim zrobić z nas swoją republikę, to się Mumii Europejskiej też nie uda.

My się wydymać nie damy. Nikt nam nie będzie mówił, jak mamy sobie dom umeblować. Jak chcemy ustawić fortepian na suficie, to nasza sprawa. Nasz sufit, nasz fortepian i * im do tego.

 

Był taki czas, że daliśmy się trochę omamić, ale to było za poprzedniej władzy, co to przed Unią na kolana padła. Aleśmy już wstali. Flaga Związku Zjednoczonych Republik poszła won. Sygnał dała Nasza kochana Pani Premier,

 

A potem Nasz Pan Minister Spraw Zagranicznych też wszystkim pokazał, że reprezentuje Naród Polski, a nie jakieś obce siły.

 

Jak to zgrabnie ujęła jedna Nasza Posłanka, w końcu Pani Profesor, więc chyba wie najlepiej, „ciągłe eksponowanie naszej flagi z jakąś unijną szmatą obraża nasze symbole”. Czyż nie wspaniale wygląda nasza Biało-czerwona dumnie i samotnie powiewająca na Zamku Królewskim?

 

Nie wszyscy jeszcze w Ojczyźnie to jeszcze zrozumieli, ale rośnie już nowe pokolenie Polaków patriotycznie wychowane, czemu dało wyraz w ramach obchodów Dnia Dziecka goszcząc w Sejmie Polskim i naśladując naszych mądrych Parlamentarzystów.

 

Tylko Maryjka czemuś smutna.


sobota, 20 maja 2017

Maj, więc dłuższy weekend w Rzymie (niektórzy to mają szczęście, co?) i refleksja, która naszła Zgreda, gdy na gęstej od jedno- i dwuśladów rzymskiej ulicy walczył o życie na przejściu dla pieszych w centrum Wiecznego Miasta.

 

Otóż w Rzymie pieszy jest zwierzyną łowną bez względu na to, gdzie na jezdni się znajdzie. Ćwiczy to u miejscowej ludności refleks i utrzymuje populację zamiejscowych, w tym turystów, na akceptowalnym poziomie.

W Kraju Przywiślańskim pieszy co prawda też nie może się czuć na zebrze bezpiecznie, ale jak już na nią wejdzie, jest w stanie wymusić na kierowcach zahamowanie i przepuszczenie.

Oczywiście może go zawsze skosić ten, kto wyprzedza owego zatrzymującego się przed pasami frajera (w końcu jesteśmy w kraju, gdzie powożący samochodem uruchamia cały swój chłopski spryt, żeby udowodnić swoją przewagę nad innymi powożącymi),

 

ale w porównaniu z przechodniami w Rzymie i tak jesteśmy tu w lepszej sytuacji.

Oczywiście nie takiej, w jakiej znajduje się pieszy (lub cyklista) w Skandynawii, oficjalnie zwany „miękkim uczestnikiem ruchu”, który jest ZAWSZE uprzywilejowany. W tej części Europy zatrzymają się, żeby cię przepuścić zanim jeszcze poweźmiesz zamiar o przeprawieniu się na drugą stronę ulicy/szosy*, w dowolnym zresztą miejscu. 

 

kopenhaskie bezhołowie

I tu dochodzimy do refleksji, o której mowa na początku. Przyszło oto na rzymskim bruku Zgredowi do głowy, że my tutaj w naszej nieszczęsnej ojczyźnie zawieszeni jesteśmy między racjonalną do bólu protestancką Północą, a radosnym chaosem katolickiego Południa. Polska niby kraj katolicki, ale przecie zlepiony z kawałków, które przeszły szkołę pruskiego porządku i trochę gorszego austrowęgierskiego. I one chyba zdominowały tę część, na którą miało jakiś tam wpływ prawosławne bezhołowie, z którego dziedzictwem co prawda dalej się borykamy, ale od czego mamy CBA?

Mało tego, zawieszeni też jesteśmy w jakiejś dziwnym miejscu między racjonalnym, demokratycznym Zachodem, a nieszczęsnym Wschodem, do którego nigdy nie dotarło Oświecenie. Mamy skłonność do wschodniej egzaltacji,

 

Zabrze, listopad 1997. Matka Boska pojawia się na kuchennej szybie u sąsiadki Łucji

ale jednocześnie, jako „paw narodów i papuga**” (tak, to ten, co wielkim poetą był) chcielibyśmy, żeby było u nas jak na Zachodzie. Przynajmniej niektórzy z nas by tak chcieli, bo dla innych to zbyt duży wysiłek, i ta arcypolska szamotanina między kompleksem niższości i megalomanią sprawia, że w swojskim klimacie Wschodu im jakoś raźniej.

 

grupa Kozaków dońskich pisze nowe prawo, które będzie przegłosowane jeszcze tej samej nocy.

Do tego dochodzi to marzenie o silnym Przywódcy,

 

I o tym, żeby żaden obcy nam nie mówił, co mamy robić. I marzenie o własnej, Polskiej drodze, o skończeniu z tym wiecznym zawieszeniem, z tym byciem ni to, ni sio, ni psem, ni wydrą, hybrydą jakąś… Że niby Polska, to „nigdzie”...

No nie, żeby jakiś francuski licealista Polską sobie gębę wycierał?


----------------------------------------------------------------------------------

* w naszym Sejmie, jak wiadomo, nie udało się przewalczyć cywilizowanego przepisu o pierwszeństwie pieszego, który wyraża chęć przejścia przez ulicę.

** jeśli papuga, to zapewne Norwegian Blue.

czwartek, 04 maja 2017

dedykowane Nadporucznikowi

Przyjrzyjcie się dobrze temu zdjęciu, drodzy Czytelnicy.

 

Zgred dał się zmylić tym flagom i początkowo myślał, że ulicami stolicy ciągną rodzimi Zieloni; rychło jednak zmienił zdanie, bo nasi ekomaniacy to luźna hałastra i tak zgrabnie by nie maszerowali. W drugiej kolejności przyszedł mu do głowy PSL (przez funkcjonariuszy tej partii nie wiedzieć czemu nazywanej peezelem), ale na ludowców mu oni też nie wyglądali. Zbadał więc rzecz sumiennie i okazało się, że to ideowa młodzież, która pragnie bronić naszego kraju przed obcymi!

Zgred był pod wrażeniem. Oto są w kraju nad Wisłą młodzi ludzie, którzy nad siedzenie w domu przed komputerem albo ciągły cichy stosunek z własnym smartfonem przedkładają Czyn. Którzy dla Sprawy gotowi są daleko jechać i pokazać, kto tu jest prawdziwym Polakiem.

Jak się im przyjrzeć z bliska,


okazują się być schludnymi, czystymi młodzieńcami, wstępnie umundurowanymi, którzy co prawda do wojska nie trafią, bo ono stawia coraz większe wymagania, ale chętnie udadzą się pod skrzydła Wuja Antoniego i w razie czego dadzą odpór obcym.


Bo obcy coraz bardziej się w Polsce panoszą. Ci o ciemniejszej karnacji, co np. punkty z kebabem zakładają, są najgorsi, tylko patrzeć, a  wprowadzą tu szariat. Póki co, powybija im się szyby. Ale ci ze Wschodu, co pracę nam odbierają, też nie lepsi, bo wiemy, co ich dziadkowie na Wołyniu robili. Poza tym mamy naszych własnych obcych, np. pismaków, co jak piszą o Narodzie Polskim, to o zgrozo, małych liter używają! Bo im Niemcy płacą. Albo Żydzi. Tych w kraju mało, ale ci co są, i tak mają wszędzie za duże wpływy. 

Dobrze jednak wiadomo, gdzie oni wszyscy mieszkają, to ci schludni młodzieńcy któregoś dnia wybiją im to wszystko ze łba razem z zębami. A te ich książki spalą na wielkim stosie. Podobnych im pismaczek i tych bab co się panoszą w niemieckich telewizjach, tych reżyserek filmowych od siedmiu boleści, aktorek i innych feministek bić się nie będzie, ale koleżanki tych schludnych młodzieńców, bo są i takie,

 

mogą je np. ostrzyc na bardzo krótko. Swoją drogą ładne te niektóre koleżanki schludnych młodzieńców,


oczy jak chabry, włosy lniane, prawdziwe… Słowianki.

W podzięce, za ich trud, Zgred dedykuje wszystkim tym młodym ideowym ludziom ładną piosenkę z filmowej klasyki:


Tagi: onr
20:31, tobiasz2013
Link Komentarze (4) »
niedziela, 30 kwietnia 2017

 Zgred już, już myślał, że na temat pogłębiającego się podziału Polski, którego jesteśmy przygnębionymi świadkami powiedziano już wszystko – ale mylił się. Znalazł mianowicie zupełnie świeże, historyczne ujęcie tego zjawiska, a jego autorem jest dość niszowy (choć nagradzany) pisarz, niejaki Marian Pilot. W wywiadzie dla GW widzi on to mianowicie tak:

– Na naszych oczach rozwija się kolejna odsłona odwiecznej wojny kulturowej, w której po jednej stronie stał XVII-wieczny wyznawca cnót szlacheckich Walerian Nekanda Trepka, zajadły obrońca przywilejów stanowych, chłopożerca, nienawistnik, bezkompromisowy pogromca wszelkich odstępców, autor monumentalnego Liber chamorum, w której skrupulatnie odnotował  wszystkich, którzy ośmielili się dokonać zamachu na szlacheckie przywileje.

 

Po drugiej natomiast stronie XVIII-wieczny już, światowej sławy autor po francusku napisanej wielkiej polskiej powieści Rękopis znaleziony w Saragossie – Jan Potocki.

 

Arcy-Sarmata więc i człowiek Oświecenia – współtwórca Konstytucji 3 Maja, wielki Europejczyk.

Wojna między obozami prezentowanymi przez te dwie wybitne osobistości z mniejszym lub większym natężeniem toczyła się przez wieki, by wybuchnąć właśnie ze wzmożoną siłą, i nie ma co ukrywać – dziś przewaga jest po stronie Waleriana Nekandy.

Analogia wydaje się Zgredowi naciągana, ale interesująca. Zwłaszcza, że przywołano w niej postać, która od lat Zgreda fascynuje swoją ciekawością świata, wszechstronnością zainteresowań i energią. Bo życiem Jana Nepomucena Potockiego spokojnie można by obdzielić kilka osób.

 

Ciekawe jest to, że nasz człowiek do powyższej powieści większej uwagi nie przywiązywał, za swoje opus magnum uważając zapewne naukowy (z ówczesnego punktu widzenia), kilkutomowy Essay sur l'histoire universelle et recherches sur celle de la Sarmatie. Jak się jednak wydaje, dużo bardziej interesujące są jego opisy licznych krajów, które jako kompulsywny podróżnik odwiedził:


 

W kulturze popularnej została po nim garść anegdot – o tym, jak to w r. 1790 – jako pierwszy Polak – wzbił się balonem w powietrze,

 

przy czym dla towarzystwa (i naukowego eksperymentu?) zabrał jakoby damę lekkich obyczajów, służącego-Murzynka i psa pudla, a także o jego wymyślnym samobójstwie w r. 1815, kiedy to nękany depresją palnął sobie w łeb, jako kuli używając srebrnej gałki od pokrywki cukierniczki, którą to gałkę uprzednio tygodniami opiłowywał do stosownego kalibru…

I został wspaniały film Wojciecha Hasa, jedna z najwspanialszych produkcji rodzimej kinematografii, z fenomenalną rolą Zbigniewa Cybulskiego

 

i plejadą najlepszych polskich aktorów i aktorek tamtego, a niekiedy późniejszego czasu: m.in. Holoubka, Kobieli, Niemczyka, Maklakiewicza, Pieczki, Machulskiego, Bilewskiego, Wacł. Kowalskiego, Lutkiewicza, Pyrkosza, L. Benoit, Gołasa, z kobiet Czyżewskiej, Cembrzyńskiej, Krafftówny, Raksy, Tyszkiewicz… Tak, ci wszyscy znakomici aktorzy (których nazwiska młodzieży nic nie powiedzą) w tym byli!

 

23:02, tobiasz2013
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Tagi