RSS
czwartek, 16 maja 2013

W Muzeum Wiktorii & Alberta w Londynie wciąż trwa wystawa poświęcona Dawidowi Bowie pt. David Bowie is. Jest to hołd żywej ikonie popkultury, artyście, który zrewolucjonizował światowy rynek muzyki popularnej. Nie dzięki swojemu głosowi czy muzycznemu talentowi, bo pierwszego nigdy nie posiadał, a drugiego też niezbyt wiele, ale dzięki zrozumieniu siły i możliwości mediów. Nie, żeby nie miał udanych piosenek – w Space Oddity, czy w Starman zrobił ze swojego wątłego głosu znakomity użytek; w większości jego utworów jednak słychać nieustanną, wręcz niekiedy bolesną dla niektórych słuchaczy walkę z jego naturalnym ograniczeniem. Wielkość Bowiego polegała na genialnym wyczuciu, czego publiczność naprawdę pragnie. Zrozumiał, że brak głosu czy talentu zrekompensować można atrakcyjną autokreacją i rozgrywaniem mediów.

Ktoś mógłby powiedzieć: też mi coś, to uprawia każdy, nawet powiatowy celebryta! Tak, ale Bowie  był pierwszy, i to od razu na światową skalę… Jego niezwykły, androgyniczny* wygląd był mu ogromnym sprzymierzeńcem, bo przyciągał prasowych fotografów.

 

Bowie

Dzięki niemu zapewne trafił do filmu; rolami w Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence, czy w Zagadce Nieśmiertelności pokazał, że talentu aktorskiego ma chyba jednak więcej, niż muzycznego.

Bez Bowiego w Wielkiej Brytanii nie byłoby pewnie w USA sukcesu tzw. Madonny, absolutnej mistrzyni autokreacji na tamtym, konkurencyjnym rynku. Zgred nie wierzy w jej muzyczne uzdolnienia; zaiste, jego zdaniem trzeba mieć talent à rebours*,  by wyprać z całego emocjonalno-sentymentalnego ładunku taki hit jak Don’t cry for me Argentina, czy całkowicie wyprać z poezji American Pie

 

Madonna

Bez Madonny nie byłoby Lady Gagi, czy u nas pani Dody; wie o nich nawet Zgred, nie uczestniczący przecie jako czytelnik w tym nurcie kultury. Nigdy chyba jednak nie słyszał żadnego utworu w ich wykonaniu, bo, jak się zdaje, nie o to im w zasadzie chodzi.

Słysząc za to nieustannie w radio Bowiego (ukazała się po latach jego nowa płyta), Zgred z nostalgią wspomina lata 60-te i początek 70-tych, gdzie zasada była prosta: miałeś głos i talent, to cię znaleźli i wypromowali. Głos nie musiał być wielki, ale wystarczyło, jeżeli potrafiłeś go dobrze zestroić z innym głosem. Vide Abba,  duet Lennon-McCartney, czy z rodzimego podwórka – Kossela-Klenczon. Muzyczny talent i oryginalność były jednak niezbędne. To nie przypadek, że tyle tej muzyki wciąż żyje, i że coraz to nowe pokolenia jej słuchają. Nie dziwota, skoro większość tego, czym aktualnie pasą nas stacje radiowe, to zupełnie nie ta klasa.

Odkrycie, że do wypromowania gwiazdy nie jest potrzebny talent, miało przełomowe znaczenie i jest radośnie wykorzystywane do dzisiaj. Z punktu widzenia dzisiejszych specjalistów od promocji na rynku muzycznym, wylansowanie kogoś  jest wyłącznie funkcją plastyczności ludzkiego materiału i włożonych w niego pieniędzy; cechy takie jak talent nie są istotne, a często wręcz, ze względu na chimeryczność i nieprzewidywalność obdarzonego nim osobnika, mogą być groźne i niepożądane.

W Polsce pierwszym, w dużej mierze udanym eksperymentem wyhodowania artysty na podłożu wyłącznie medialno-finansowym, było bodaj wypromowanie na początku lat 80-tych niejakiej Trojanowskiej Izabeli.

 

rzeczona

Wszystkie te cienko śpiewające dziś w radio młode damy, które brzmią, jakby w odosobnieniu walczyły z konstypacją*, wszystkie te wydmuszki, przemijające jak owe jętki jednodniówki zostawiają w spragnionym ciekawej muzyki słuchaczu niedosyt i tęsknotę za prawdziwym talentem.

Czy talent z głosem dziś się nie przebije? Jeśli jest wielki, taki jak Adele, czy u nas Górniak (Zgred nie jest jej fanem, ale talentu jej odmówić nie sposób), to się przebije. Może ma trudniej, niż kiedyś, ale się przebije.

 

Adele przebrana za Amerykankę

 

*ze względu na protesty czytającej młodzieży Zgred nie będzie już tłumaczył trudniejszych słów.

 

PS. Zgred naprawdę chciałby się częściej dzielić z P.T. Publicznością swoim starczym sarkazmem, ale cóż, nie z tego on żyje, ino z prac różnych. Które zabierają mu coraz więcej czasu…

 

sobota, 13 kwietnia 2013

To, że do samookreślenia się ludzkość zawsze potrzebowała Tych Innych, to stwierdzenie banalne. Zawsze byli jacyś Oni. Ich istnienie (i ewentualne zagrożenie z ich strony) dawało jaskiniowej społeczności poczucie wspólnoty losu i niezbędne poczucie bezpieczeństwa.

Wojny plemienne są stare jak świat. To, że się niedawno naparzali w Ruandzie nie wynikało z tego, że tamtejsi przywódcy polityczni konkurowali ze sobą na zasadzie „ja po Oksfordzie, a ty, mój czarny bracie, po Cambridge” (chociaż tak przypuszczalnie było), ale z tego, że należeli do różnych plemion. Aktualnie ćwiczy się to w Kenii, jutro będzie to jeszcze inny kraj. My tu w Europie znamy umiar, a i dostęp do broni palnej trudniejszy, więc ofiar wśród piłkarskich kibiców za wiele nie ma.

 

(rys. Krynicki)

Nie znaczy to jednak, że w sprzyjających warunkach nie potrafimy dać nieźle czadu. Ulubionym wyróżnikiem dla Obcego była zawsze religia; w imię stosunkowo niewielkich doktrynalnych różnic europejscy chrześcijanie wyrzynali się już tysiącami. Oświecenie nas nieco utemperowało, ale mimo postępu gotowość do religijnej jatki w nas tkwi i wciąż potrafi dojść do głosu – jak np. w Północnej Irlandii, czy całkiem niedawno, w nieco bardziej zakamuflowanej* formie w Chorwacji, lub mniej zakamuflowanej w Bośni.

Nie trzeba chyba dodawać, że najbardziej przechlapane  zawsze miał Obcy, który nie chciał się zasymilować**, jak Żyd, czy Cygan. Tak, Cygan, bo Zgred nie widzi w tym słowie niczego uwłaczającego i w tej kwestii nie podda się terrorowi politycznej poprawności.

W zjednoczonej Europie ostatnio modne jest z kolei dystansowanie się od Innych geograficznie: pracowitej, protestanckiej Północy od bałaganiarskiego, katolickiego Południa, albo wyrafinowanego Zachodu od dzikiego Wschodu:

 

ławeczka w Napton-on-the-Hill (GB)

Tylko ci nieludzcy Szwajcarzy, osobni i wyzuci z wszelkiej fantazji i wyobraźni na tyle, że jedynym wynalazkiem, który dali ludzkości jest zegar z kukułką, uporczywie nie chcą się nijak dzielić.  Kraj, w którym protestantów jest prawie tylu co katolików, etniczni Niemcy, Francuzi i Włosi rządzą na zmianę, a prezydent jest rotacyjny, uporczywie rozwiązuje swoje problemy na zasadzie consensusu***. Cholerna nuda, przerywana niekiedy dźwięcznym „Kuku! Kuku!”, które niesie się echem po bankowych westybulach.

 

zegar z kukułką

A my tu, w Polszcze? My mamy niezłe osiągnięcia. W tym słynącym z tolerancji kraju dawaliśmy już nieźle popalić innowiercom,  jesteśmy też autorami ostatniego w Europie pogromu. Kiedy jednak  Adolf  H. na spółkę z Józefem W.S. zhomogenizowali**** nam etnicznie kraj,  wydawałoby się, że przynajmniej na tej niwie mamy spokój. Hm...

Za ś.p. nieboszczki Komuny oczywiście istniał podział na  „my” i „oni”, ale wielu z „nas” podejrzewało, że ci „oni” to też w gruncie rzeczy „my”, tylko koniunkturalnie uprawiający ideolobełkot. Gładkie przejście do demokracji zdało się potwierdzić tę tezę.

I oto udaje nam się wnieść coś nowego to starej jak świat dychotomii*****. Tym razem linia podziału jest genetyczna, choć nie etniczna: oto jako pierwszy naród podzieliliśmy się skutecznie na nosicieli genu SCT-2  i całą resztę. 

 

Gen SCT (Susceptibility to Conspiracy Theories Gene) typ2, odkryty został w 2001 r. w Pasadenie. Kiedyś uważano, że jego występowanie koreluje z nie najwyższym potencjałem intelektualnym nosiciela. Ta hipoteza jest ostatnio krytykowana, ze względu na stwierdzone przypadki występowania genu m.in. u profesury uniwersyteckiej. Zgred jednak uważa, że sprawa nie jest przesądzona, ponieważ jego zdaniem, w kwestii potencjału intelektualnego tzw. rozkład normalny****** w zbiorze „profesorowie” nie różni się zasadniczo od takowego w zbiorze „hodowcy królików”, czy w każdym innym.

Gen SCT-2 uważano dotąd za stosunkowo nieszkodliwy Zobaczymy, co spowoduje jeszcze w Polszcze.


Słowniczek dla czytającej młodzieży uniwersyteckiej:

* celowo ukrytej

** upodobnić do społeczności, w której się przebywa

*** powszechnej zgody

**** ujednorodnili

***** dwójpodziału

****** coś, do cholery, możecie sprawdzić sobie sami?

wtorek, 19 marca 2013

Od kilku dni uszy Zgreda atakuje radiowa reklama zawartości magazynu dla tych wszystkich mężczyzn, którzy wiedzą, czego w życiu chcą: chcą mianowicie na bieżąco być informowani co nowego w sklepach, na jakie małe sprytne urządzenia można aktualnie wydać pieniądze, i co się będzie tej wiosny nosiło, żeby nie wyglądać jak wieśniak. Mężczyzn świadomych. Mężczyzn nowoczesnych. Mężczyzn zorientowanych. Więc w owym magazynie, który sam określa się jako „magazyn shoppingowy promujący męskie gadżety*”, przebojem tym razem będą  KAŻUALOWE BUTY NA CO DZIEŃ

Owe „każualowe buty” w końcu zaczęły Zgreda intrygować. Jak można robić buty z każuala? Chyba z każualowej skóry, jak z krokodylej?


 

każual (Casual casual)

Żebyśmy ich nie pomylili z butami odświętnymi, które na wsi wciąż niekiedy określa się jako „kościołówki”, ani butami na specjalne okazje, wciąż zwane tu i ówdzie „trumniakami”, mówi się nam wyraźnie, że owe buty każualowe są NA CO DZIEŃ.

 

 

trumniaki (firmy D&G)

Powstaje zatem pytanie, czy warto ubijać to rzadkie w końcu zwierzę na CODZIENNE buty? Takie np. buty z krokodylowej skóry noszone są w Teksasie raczej od święta, na dyskoteki w remizie:

 

 

buty kowbojskie odświętne

Chociaż aligatorów u nich dostatek.

Czy ktoś z PT  Czytelników kiedyś każuala widział? Nie. Gdyby było ich dużo, pewnie by widział. Ergo, jest to zwierzę rzadkie i należy je chronić, zanim ubiją ostatniego na buty. Jak wybili w Polsce tura, wymordowanego do cna w XVI-XVII w., bo jego rogi szczególnie nadawały się na rożki do prochu...

 


tur (Bos primigenius)

 

Bądźmy więc mądrzy przed szkodą, chrońmy każuale!


__________________________________________________________________

* Chyba „gadgety”?

 

poniedziałek, 04 marca 2013

My, Polacy, nie lubimy naszej flagi. Uważamy ją za nudną, nie dość wyrazistą, jakąś taką nijaką w porównaniu z wypasionymi flagami innych nacji. Żebyśmy, dajmy na to, mieli na niej gwiazdki, np. równe liczbie województw! Albo chociaż dodatkowy kolor, bo w krajach Europy standard to trzy… Albo coś innego. Bo jakaś taka pustawa ta nasza flaga.

Wytwórcy flag idą nam na rękę, wkomponowując w nią godło narodowe. I od razu lepiej wygląda nasza flaga! Ten nasz orzeł, prawdę powiedziawszy, trochę niewydarzony, na tych swoich karłowatych skrzydełkach nijak by nie uleciał, ale flaga z orłem prezentuje się stanowczo lepiej, niż flaga bez!

 

Upiększamy ją też sami, jak możemy. Najprościej walnąć na niej napis, pokazujący, że nie wstydzimy się naszych korzeni. Urodziliśmy się w Pcimiu, mieszkamy tam, kibicujemy Pcimiance, piszemy PCIM. Na czarno, wielkimi literami, a co tam. Albośmy to jacy-tacy?



Może to oznaczać, że świadomość narodowa u nas słabsza, niż lokalna, że wciąż jesteśmy bardziej „tutejsi” niż polscy („Nie rzucim ziemi pcimskiej, skąd nasz ród”), ale te rozważania zostawmy socjologom.

Czy ktoś z P.T. czytelników widział, żeby np. przy okazji zawodów narciarskich coś smarowano na fladze niemieckiej, norweskiej, czy austriackiej? Obywatele tamtych krajów najwyraźniej bardziej identyfikują się ze swoim państwem, niż ze swoim własnym Pcimem, czyli, jak to się elegancko mówi, "małą ojczyzną".

To, że Polacy mają problem z taką ponadlokalną identyfikacją, doskonale widać w czasie świąt państwowych, kiedy mało kto biało-czerwoną flagę wywiesza. Co innego, jak trzeba wywiesić biało-niebieską, albo biało żółtą (która od dawna chyba nie jest postrzegana jako flaga papieska, ale raczej jako symbol wiary). Ta nieufność w stosunku do państwa ma zapewne głębokie uzasadnienie historyczne, ale te rozważania zostawmy z kolei historykom.

Ci, co znają Zgreda wiedzą, że do nacjonalizmu mu baaaaardzo daleko, nie mówiąc już o szowinizmie. A i patriotyzm pojmuje może na swój własny, zgredzi sposób, widząc dobro dla Polski niekoniecznie tam, gdzie widzą je patrioci profesjonalni. Ale Zgred urodził się tutaj (choć może nie nad Wisłą, a bliżej Odry), i nie ma z tego powodu nijakiej traumy. A spotyka wielu młodych Polaków, na których życiu cieniem od późnego dzieciństwa (a dokładnie od momentu, kiedy zobaczyli w TV pierwszy serial dla nastolatków) kładzie się fakt, że nie urodzili się w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Więc nie jest dla Zgreda traumą, że jest Polakiem, a raczej czymś w rodzaju łagodnego dopustu Bożego, z którym dawno już się oswoił i pogodził. I to uczyniwszy, uznaje nudną Biało-Czerwoną za swoją flagę i nie życzy sobie, żeby przy niej ktoś majstrował. Ani przez smarowanie po niej czarnym flamastrem, ani przez uporczywe dodawanie do niej orzełka. Bo Zgred jest praworządny, a

„Znieważenie, niszczenie, uszkadzanie (…) flagi Polski to występek zagrożony karą grzywny, karą ograniczenia wolności albo karą pozbawienia wolności do roku. Art. 137 § 1 Kodeksu Karnego”.

A do flagi państwowej z godłem Rzeczypospolitej Polskiej mają prawo wyłącznie (art. 8 i art. 9 ustawy):

·       przedstawicielstwa dyplomatyczne, urzędy konsularne oraz inne oficjalne przedstawicielstwa i misje za granicą

·        cywilne lotniska i lądowiska

·        cywilne samoloty komunikacyjne podczas lotów za granicą

·        kapitanaty (bosmanaty) portów 

·        polskie statki morskie jako banderę

 

I nikt więcej.

Zgred myśli sobie, że na straży naszej flagi stać powinien Pan Prezydent. I powinien nakazać szeroko zakrojoną akcję edukacyjną, tłumaczącą narodowi (Zgred nie da się sterroryzować i nie napisze tego słowa przez duże N), o co w tym wszystkim chodzi.

Panie Prezydencie, wyjdź więc z lasu i weź się do dzieła. Broń naszej nudnej flagi. Czas skończyć z tą wiochą*!

 

_______________________________________________________________

* słowo użyte czysto idiomatycznie, Zgred nie ma bowiem nic przeciwko wsi; ba, od lat marzy, żeby na niej zamieszkać!

 

czwartek, 28 lutego 2013

Dwa dni temu tu i ówdzie wiadomością nr 1 było to, że odchodzący papież będzie miał prawo do noszenia białej sutanny. Pisano też i mówiono o przysługującej byłemu papieżowi tytulaturze; wcześniej zaś o przemeblowaniu Kaplicy Sykstyńskiej, zastosowaniu nowych substancji do dymnego ogłoszenia wyników konklawe itp. Wszystko to świadczy o postępującej tabloidyzacji papiestwa, czyli sprowadzenia instytucji do jej nieistotnych, zewnętrznych przejawów. Dla tabloidów bowiem (włączając w to znakomitą większość internetowych portali informacyjnych) zawsze większą gratką będzie opis czy pokazanie tego, co celebryta miał w danej chwili na sobie, albo w jakim widziano go samochodzie czy towarzystwie, a nie, co sobą naprawdę reprezentuje i jakie ma osiągnięcia.

Bo chcemy tego czy nie, papież to jeszcze jeden celebryta. Do tego statusu następcy św. Piotra wydatnie przyczynił się – zapewne niechcący – nasz polski papież-podróżnik, opuszczając przepastne komnaty Watykanu i celowo rezygnując ze starannie  pielęgnowanej przez poprzednich papieży niedostępności i nieprzystępności.

Tylko poważni (a więc niszowi) publicyści odważają się ostatnio podjąć temat znaczenia kroku Benedykta XVI. Kroku w swojej istocie niesłychanego: w taki sposób odchodząc, papież zerwał bowiem stanowiące raison d'être  tej instytucji połączenie między papiestwem a Duchem Świętym, kwestionując samą istotę jego obecności na tym łez padole i wciąż jeszcze posiadanego autorytetu.

Każdy ma zapewne własny pogląd na faktyczną przyczynę tego kroku. Zapewne było ich kilka; być może jedną z nich była świadomość własnego ograniczenia – i to bynajmniej nie fizycznego – w obliczu wyzwania, przed jakim stanął kościół katolicki. Kościół wstrząsany aferami, których w epoce tabloidów nie da się już zamieść pod ozdobny dywan, kościół tracący wiernych na rzecz protestanckich ruchów charyzmatycznych, oferujących strawę duchową znacznie treściwszą niż zhierarchizowany, spetryfikowany, coraz bardziej archaiczny kościół katolicki z całą tą swoją scenografią jak rodem z serialu sci-fi w wersji wysokobudżetowej.

Co się teraz stanie? Czy kardynałowie skończą z eksperymentami i wybiorą kolejnego Włocha, który spróbuje odzyskać Święty Spokój Watykanu hermetycznie go znów zamykając i ignorując zmieniający się (zawsze na gorsze) świat, czy też położą kreskę na przeżartej zgnilizną Europie i wybiorą Afrykanina, stawiając, jak to mówią ekonomiści, na rynek wschodzący? A może pójdą na całość, odrzucając cały ten sztafaż rodem ze średniowiecza, rezygnując z tego, co materialne na rzecz pogłębionej duchowości, i jako kościół ubogi poświęcą się pomocy zagubionemu, współczesnemu człowiekowi?

Możliwe są różne scenariusze, ale z natury pesymistyczny Zgred uznaje ten ostatni za najmniej prawdopodobny.

poniedziałek, 25 lutego 2013

W swoim starszym wpisie (z dnia 9. lutego) Zgred obiecał, że wróci do kwestii języka przez inteligencję* uważanego za wulgarny. Zgred nie jest bynajmniej jego wrogiem, bo sam czasem zaklnie, choć raczej nie publicznie. I może nie z lubością, ale za to za każdym razem doceniając natychmiastową ulgę, jaką przynosi człowiekowi soczyste przekleństwo. Efekt ten następuje jednak wyłącznie dlatego, że zdarza się to rzadko, dzięki czemu użyte słowo lub słowa mają swój ciężar gatunkowy. Bo Zgred jest przeciwny nie tyle tzw. brzydkim słowom, ile ich dewaluacji. Knajacki język analizowany w w/w wpisie (niezależnie o tego, co nam mówi o jego użytkownikach) nieuchronnie zaś do niej prowadzi.

Swego czasu przyjaciel, filolog romański, opowiadał Zgredowi z nieco trwożnym podziwem o tekście rzuconym do ucznia przez mechanika, nadzorującego naprawę pojazdu przyjaciela w warsztacie samochodowym. Tekst ów składał się z siedmiowyrazowego polecenia, w którym jedynym cenzuralnym słowem było „młotkiem”. Przedmiotem podziwu przyjaciela-filologa była językowa pomysłowość mechanika i niewiarygodny potencjał zastępowalności, które objawiły się w jego plugawym języku. Należy sobie jednak zadać pytanie, co mówi ów zacny mechanik, kiedy upuści sobie rzeczony młotek na stopę? Należy wątpić, czy słowa przez niego wtedy użyte niosą mu jakąkolwiek ulgę.

Zgred ze smutkiem mija niekiedy grupki młodzieży, częstokroć z dominacją elementu żeńskiego, żywo rozprawiające językiem upstrzonym wulgaryzmami; a jest to młodzież z uczelni, i to bynajmniej nie z jakiejś Wyższej Szkoły Czegoś i Czegoś, a szacownego Uniwersytetu – i to bynajmniej nie Gimnastycznego, ani też Plastycznego. Nieszczęsne owe stworzenia, tak żarliwie starające się upodobnić mową do rówieśników demonstrujących swoją wewnętrzną wolność poprzez noszenie na co dzień niekrępującej ruchów odzieży sportowej wiodących światowych marek, same nie wiedzą, co tracą. Tracą mianowicie ową natychmiastową ulgę, którą przynosi celne i wyważone użycie słów, którymi tak nieopatrznie szafują, odbierając im pierwotną siłę wyrazu. Innymi słowy je dewaluując. A sportowo ubranym młodzieńcom i ich bardzo opalonym partnerkom o kruczoczarnych włosach i tak nie dorównają. Podziwiając ich język tak bardzo, młodzież studencka nie rozumie, że występująca w tamtych środowiskach skłonność do przemocy i agresywnych zachowań przypuszczalnie bierze się z niemożności ulżenia nagromadzonej frustracji poprzez rzucenie ciężkim słowem – bo dla nich są to wszystko słowa leciutkie, nieomal skrzydlate.**

Są sytuacje, w których jedyną możliwą reakcją na wydarzenia jest ciężkie przekleństwo.  Interesujące spostrzeżenia przynosi analiza materiału dźwiękowego zarejestrowanego przez ludność Czelabińska w momencie niedawnej eksplozji meteorytu nad ich głowami.


Owo „Ебать!”*** (filmik no. 1) wyraża bezradność człowieka w konfrontacji ze zjawiskiem przekraczającym jego zdolność pojmowania; w pozornie zaś beznamiętnym  „Ни хуя себе… пиздец!”**** (filmik no. 2)  mamy dodatkowo wyraz rezygnacji, pogodzenia się z losem wobec powyższego zjawiska, tak charakterystycznego dla naszych wschodnich sąsiadów, zaiste ciężko doświadczanych przez historię. Już samo bycie Rosjaninem to sport ekstremalny; mieszkanie zaś w Czelabińsku, gdzie wdychane przez mieszkańców powietrze jest wyjątkowo żyzne i zawiera nie tylko całą tablicę Dmitrija Iwanowicza Mendelejewa, ale także sporą ilość bekereli***** to impreza wyłącznie dla crème de la crème****** wszelkich straceńców.


Należałoby się spodziewać, że w sytuacjach granicznych, kiedy zagląda nam w oczy śmierć, będziemy się odwoływać do Istoty Wyższej, która rządzi naszymi losami. Otóż nie: analiza czarnych skrzynek rozbitych samolotów pokazuje niezbicie, że piloci sięgają wtedy do repertuaru wulgaryzmów. I tak w Rosji (żeby nie urażać niczyich uczuć, odwołując się do niedawnych polskich doświadczeń w tym względzie) podobno prawie zawsze ostatnim nagranym tam słowem jest ów wspomniany, uniwersalny „Пиздец!”…

Szanujmy bluzgi, hołubmy je, drodzy Państwo, używajmy ich oszczędnie i z najwyższą rozwagą. Żeby nam się nie zdewaluowały…

________________________________________________________

Objaśnienia dla czytającej młodzieży:

 

* Słowo dziś niemodne, bo w swojej pierwotnej postaci zjawisko już szczątkowe; vide pierwszy wpis na tym blogu. Ostatnio usiłuje się je zastąpić określeniem „klasa średnia”, co dowodzi zupełnego pomieszania pojęć.

** Nie jest to łatwe zdanie, więc młodzieży zaleca się kilkakrotne jego przeczytanie.

*** jak się nie domyślacie, poszperajcie w sieci. Szukajcie, a znajdziecie.

**** ditto

***** jednostki napromieniowania

****** ( z fr.) śmietanka

Tagi: bluzgi
20:07, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 lutego 2013

Ponieważ w Zgredzie, ku jego zaskoczeniu, odezwała się tzw. „pasja społecznikowska”, po napisaniu felietonu o kierwocach (wpis z 30. stycznia), skierował on do Wydziału Ruchu Drogowego w P-niu maila z następującym tekstem: 

Proszę zwrócić uwagę Szanownemu Panu Naczelnikowi Wydziału Ruchu Drogowego, że został zacytowany na pewnym blogu pod adresem http://zapiskizgreda.blox.pl/html Może będzie się chciał z tym tekstem zapoznać?

W określonym stosowną ustawą terminie Zgred otrzymał na swojego maila pismo o treści następującej:

W odpowiedzi na e-mail z dnia 01.02.2013r. dotyczący wypowiedzi Naczelnika WRD KMP  w Poznaniu, informuję, że zgodnie z art. 64§1 Kpa „jeżeli w podaniu nie wskazano adresu wnoszącego i nie ma możności ustalenia tego adresu na podstawie posiadanych danych, podanie pozostawia się bez rozpoznania”. W związku z powyższym, aby uzyskać odpowiedź na powyższy e-mail, należy podać pełne dane adresowe. Naczelnik Wydziału Ruchu Drogowego KMP w Poznaniu etc. 

Ponieważ Zgred jest dobrze wychowany (chociaż nie wszyscy by się z tym zgodzili), uprzejmie na owo pismo odpowiedział:

Proszę podziękować Panu Naczelnikowi za zapoznanie się z wpisem na blogu - bo mam nadzieję, że to uczynił. Jednocześnie wyjaśniam, że nie składałem żadnego podania i wcale nie chcę, żeby zostało rozpatrzone. Powołanie się na ów paragraf KPA nie świadczy najlepiej o Państwa urzędzie. Celem zwrócenia uwagi Pana Naczelnika na wpis nie było uzyskanie zdawkowej, biurokratycznej odpowiedzi, ale pragnienie, by zapoznał się z innym niż tradycyjnie policyjny punkt widzenia problemu. To właśnie przez takie wypowiedzi jak Jego Policja postrzegana jest bowiem jako bezrozumny organ  represyjny, umysłowo tkwiący w czasach minionych. Jeśli Pan Naczelnik chce o tym osobiście podyskutować, stawię się do Jego biura […] Pozdrawiam uprzejmie etc.

Ciąg dalszy, być może, nastąpi.

niedziela, 10 lutego 2013

Zgred łamie złożoną wczoraj obietnicę i pisze o czymś innym, a to z powodu silnego wzburzenia. Usłyszał oto w radiowych wiadomościach o dwóch młodych Niemcach, którzy gdzieś w Pabianicach włamali się do restauracji, ukradli butelkę alkoholu, potem ciągnik i udali się nim do miejsca czasowego zamieszkania, zostawiając ślady szerokich opon na polu, przez które uciekali. Pani lektorka z satysfakcją oświadczyła, że grozi im za to do 10 lat więzienia. Słysząc to Zgred natychmiast pobiegł do komputera, odpalił go i w jednym z portali znalazł mrożący krew w żyłach opis policyjnego pościgu za zbrodniarzami. Okazało się, że „kierujący traktorem miał 0,5 promila alkoholu we krwi”, co sugeruje, że owa zrabowana butelka była butelką piwa. Grożące im 10 lat więzienia było wspomniane 3-krotnie, w tym raz tłustym drukiem, w podtytule.


To wszystko wzburzyło Zgreda niepomiernie. Proponuje, żeby w tej sytuacji zmienić kodeks karny i wsadzić paskudnych Szwabów na 20 lat. Żeby dać przykład. Nie będą nam te wredne Szkopy kraść naszych polskich traktorów! Na zgniłym Zachodzie od dawna mają kategorię wykroczenia znanego jako joyriding, ale od dawna wiemy, że bezkrytyczne przejmowanie zachodnich wzorców prowadzi co najwyżej do cywilizacji śmierci, rozpadu rodziny i wszelkiego niedowiarstwa. Dajmy temu odpór, zaostrzmy nasz kodeks karny, wsadźmy sukinsynów chociaż na 15 lat, niech posmakują naszego więzienia. Przynajmniej nauczą się polskiego i będą mówić jak ludzie.

Zaraz, zaraz, a może ta sprawa ma podwójne dno? Może ci młodzi ludzie chcieli pojechać tym traktorem do siebie, do Niemiec? Może ten traktor został zakupiony gdzieś w byłym NRD (kupowanie mało używanych maszyn rolniczych np. z Brandenburgii jest w Polsce dość popularne), a młodzieńcy, wiedzeni patriotyzmem, postanowili zawieźć go z powrotem do ojczyzny? Byłaby to okoliczność łagodząca, zmniejszająca im karę do 9 lat.

A może kradzież zainspirowana została przez jakieś polskie biuro podróży, które jako tzw. target ma polskich rolników i chciało mieć podstawy, by użyć sloganu ROLNIKU, ODWIEDŹ NIEMCY. TWÓJ TRAKTOR JUŻ TAM JEST? 

Tagi: joyriding
12:43, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 lutego 2013

Ponieważ do nieodłącznych cech każdego prawdziwego zgreda należy narzekactwo na zepsucie obyczajów i schodzenie wszystkiego na psy, Zgred pozwoli sobie dziś wypełnić ten swój zgredzi obowiązek. Najpierw atoli przytoczy kilka próbek języka szeroko pojętej publicystyki z ostatnich tygodni:

Oto fragment wywiadu udzielonego wpływowemu dziennikowi przez celebrytę, który zawodowo zajmuje się tuszowaniem mankamentów* damskiej urody:  - Zbyt wiele dziewczyn nazywa się modelkami. To w ogóle nie są modelki, tylko tak zwane a la modelki. Kurwy, które udają modelki, a to już inna sprawa. To boczny tor mody poza główną ligą, dziewczyny gotowe na wszystko. Myślą: "taka jestem ładna, to dopóki cycki mi nie zwisną i tyłek nie siądzie, zrobię z tego użytek". W high fashion tego nie ma, to są za poważne sprawy. Zresztą te modelki, które pracują w high fashion są tak dziwne, że trzeba naprawdę amatora, żeby to wypierdolić.

Oto wynurzenia skoczka narciarskiego na jego oficjalnej stronie Facebooka: po Harrachovie  w końcu idzie normalnie dojechać do progu:-))), ale za to Pieter pizda, bo nie umie normalnie skoczyć :-P. Na quali starczyło, jutro walczymy znowu:-)))

Oto fragment wywiadu-rzeki, przeprowadzonego z wpływową profesor filozofii przez wpływowego dziennikarza i opublikowanego w formie książkowej, a przytoczonego ostatnio przez wpływowego felietonistę opiniotwórczego tygodnika: Dziennikarz: […] takie na przykład napierdalanie się ze sobą dwóch grup, z dwóch różnych dzielnic, których interes zbiorowy tak naprawdę nie jest sprzeczny… Filozofka: Ech, pierdolisz!

Jak P.T.** Czytelnicy zauważyli, we wszystkich próbkach występuje nad wyraz swobodne użycie słów, swego czasu uznawanych na zbyt wulgarne, by ich istnienie oficjalnie poświadczyć na piśmie. Jeszcze niedawno użyto by ich w druku wyłącznie w stanie wyższej konieczności, ale z pewnością częściowo by je wykropkowano.

O ile Skoczek używa zapewne tego języka naturalnie, o tyle z Celebrytą,  Filozofką i Dziennikarzem rzecz ma się chyba nieco inaczej. Jest to użycie świadome, u Celebryty wynikające z wystudiowanej (jak wszystko u niego) arogancji, u Filozofki i Dziennikarza zaś rzucające wyzwanie, podkreślające swobodę i zademonstrowanie przynależności do mainstreamu (jakby zapewne powiedział Celebryta).


Nasi przodkowie mieli na to zjawisko dobre określenie: KNAJACTWO. Słowo to, o dziwo, przetrwało wojnę; samo zjawisko zaś swego czasu na warszawskie salony wprowadził swoją twórczością literat Nowakowski.

W ostatnich latach usiłował je odkurzyć pewien oświecony publicysta, komentując pierwszą polską edycję Big Brothera, ale ponieważ nikt nie zrozumiał, o co mu chodzi, rychło dał sobie spokój. Staropolszczyzny mu się zachciało... Kolejną próbę podjął lat temu parę pewien wpływowy inteligent żoliborski; używszy (średnio trafnie) tego słowa w przemówieniu (a może wywiadzie), wprawił nim w popłoch swoich akolitów***, którzy potem na wyprzódki sprawdzali jego znaczenie.

Ogólnie jednak skazane jest na wymarcie, bo żyjemy w czasach tabloidyzacji i glajchszaltowania**** kultury, która gwałtownie równa w dół i wkrótce w naturalny sposób unicestwi jego desygnat*****.

Tyle na dzisiaj, następny wpis będzie o pięknie i nieodzowności wulgaryzmów w życiu codziennym.

______________________________________________________________

Słowniczek dla młodzieży akademickiej:

* braków

** łaciński skrót od pleno titulo, pozwalający uniknąć cytowania należnych tym osobnikom tytułów

*** przenośnie: popleczników

**** od niem. gleichschalten negatywnie: ujednolicać, likwidować różnice

***** niech młodzież akademicka sama sobie sprawdzi i nie zawraca d..y.

czwartek, 31 stycznia 2013

 A oto, co Zgred wyczytał wczoraj w sieci:

 PIESI NA CELOWNIKU DROGÓWKI: „BĘDĄ WIĘKSZE REPRESJE ZA PRZEJŚCIE NA CZERWONYM”

[…] Józef Klimczewski, naczelnik poznańskiej drogówki, podkreślił, że aż 11 zabitych stanowili piesi. - W porównaniu z poprzednim rokiem poprawa jest niewielka, bo wtedy zginęło 13 pieszych - mówił Klimczewski. I komentował: - Musimy wyciągnąć z tego wnioski. Piesi nagminnie przechodzą na czerwonym świetle, wychodzą na jezdnię zza samochodów. Musimy więc zwiększyć represje wobec pieszych.

Zaiste miał rację Financial Times sugerując niedawno, że Polska dalej znajduje się w Europie Wschodniej, i powyższa wiadomość jest na to kolejnym dowodem. Bo oto, by uzyskać lepszą statystykę (aktualna jest dla Polski hańbą), sięga się po sprawdzony środek: REPRESYJNOŚĆ. I to w stosunku do kogo? Do potencjalnych ofiar! Teraz jeszcze częściej przy przejściach dla pieszych będą stać gliniarze, i to bynajmniej nie dlatego, by wlepiać punkty karne kierowcom nie pozwalającym pieszym wejść na pasy, a co gorsza wyprzedzającym samochody zatrzymujące się dla ich przepuszczenia (to wtedy właśnie giną piesi), ale by terroryzować ludzi, którzy nie chcą tracić czasu na czekanie na zielone światło tam, gdzie z powodu robót drogowych ruch zmniejszył się prawie do zera, a świateł nie wyłączono.

Tak, władza będzie REPRESJONOWAĆ dorosłych ludzi, którzy mają swój rozum i są przecież w stanie ocenić sytuację na drodze  jako dla siebie bezpieczną lub potencjalnie niebezpieczną. Samobójców znowu nie ma tak dużo. Traktowanie obywateli ludzi jak dzieci w przedszkolu ma w tym kraju długą, ponad półwieczną tradycję. Drugą stroną tego medalu jest traktowanie państwa jako „onych”, z definicji wrogich zwykłemu człowiekowi.

„Piesi nagminnie […] wychodzą na jezdnie zza samochodów”. Czy ktoś z Szanownych Czytelników kiedyś widział, żeby wypisywano mandat kierowcom, parkującym tuż przed przejściem dla pieszych i zasłaniającym swoim samochodem (często dostawczym) wejście na pasy? Zaręczam, że jeśli przy przejściu dla pieszych stoi glina, to nie po to, by zrobić kuku powodującemu zagrożenie dla pieszego kierowcy, ale właśnie pieszemu. Żeby go REPRESJONOWAĆ.

 

Wszystko to wiąże się z pewną filozofią patrzenia na ruch drogowy. W krajach bardziej cywilizowanych niż nasz (czyli na zachód i na północ od nas) istnieje pojęcie „miękkiego” i „twardego” uczestnika ruchu. Tam „twardy” z samej natury swojego opancerzenia odpowiedzialny jest za bezpieczeństwo bezbronnego „miękkiego”. Nie osiąga się tego bynajmniej przez represjonowanie pieszych, czy niezliczone znaki ograniczenia prędkości, ale np. przez rezygnację z podporządkowania. Odwrócony trójkąt jest tam równie rzadki jak w Polsce uprzejmy kierowca autobusu, czy motorniczy. „Zasada prawej strony” wymusza od kierowcy wolniejszą jazdę, bo w każdej chwili z owej strony może mu ktoś wyjechać. Do tego, oczywiście, dochodzi typowa dla krajów protestanckich większa odpowiedzialność za siebie i innych, ale tego, obawiam się, nie zmienimy.

*

Problemy z ruchem drogowym w naszym nieszczęśliwym kraju zaczynają się z tego, że polskie ośrodki szkolące prowadzących pojazdy wyuczają ludzi na KIERWOCÓW, nie kierowców  co widać na załączonym obrazku.

 

Kierwoc traktuje pieszych jak niegdyś dziedzic swoich chłopków. Jak nie rozjechał swoją bryczką* lub wierzchowcem** tych, co nie dość chyżo uskakiwali mu z drogi, to przynajmniej ciął batem lub szpicrutą*** po pysku tych, co nie dość szybko ściągnęli z głowy czapkę. A nie od dzisiaj wiadomo, że nasze chłopskie z pochodzenia społeczeństwo przyznaje się wyłącznie do tradycji szlachecko-ziemiańskiej. Jak siadam za kierownicą, jestem panisko i tyle.

Kierwoc nie myśli o innych użytkownikach drogi, choćby innych „twardych”. Parkując nie dba, czy zostawia dość miejsca dla kolejnego samochodu. „Miękkimi” gardzi, i parkując często zostawia im na chodniku miejsce tylko na przeciśnięcie się miedzy zderzakiem a płotem. Czy ktoś z Szanownych Czytelników kiedykolwiek widział glinę, który wlepia mandat za zostawienie pieszym na chodniku mniej miejsca niż przepisowe półtora metra? Nie, glina nie po to tam stoi. On jest tam po to, żeby REPRESJONOWAĆ pieszych. A kierwocowi nie pomieściłoby się w głowie, że są kraje, gdzie na chodniku w ogóle nie wolno parkować, bo służy do przemieszczania się „miękkich”.

Kierwoc w ogóle niewiele myśli. Nie przyjdzie mu np. do głowy, że włączenie kierunkowskazu podczas skręcania jest bez sensu. W zasadzie instruktorzy powinni zadbać o to, by kursanci kierunkowskazem sygnalizowali ZAMIAR skrętu, ale instruktorom to nie przyjdzie do głowy, bo oni całe życie sami włączali kierunkowskaz skręcając. Chyba, że byli wcześniej taksówkarzami, to nie używają go w ogóle. W konsekwencji kierwoc a) naciska pedał hamulca b) zaczyna skręcać c) włącza migacz. Za to otrzymując prawo jazdy jeszcze przez długi czas pamięta przepisową długość holu sztywnego.

Kierwoc trzyma sztamę z innymi kierwocami skierowaną przeciwko drogówce (reprezentującą "onych", patrz drugi akapit), stąd też pracowicie ostrzega innych kierwoców przed  glinami z radarem. I tu zaznacza się zasadnicza różnica mentalności między kierwocami a kierowcami w kraju cywilizowanym. Np. w takiej Szwecji kierowca popiera akcję z radarem, bo rozumuje tak: jeżeli ktoś jedzie za szybko, niech go dorwą, bo jest nieodpowiedzialny (Polak?) i może zabić moje dziecko.

Kierwoc utrzymuje, że wypadki w Polsce spowodowane są przez zbyt wąskie drogi. Kiedy Zgred to słyszy, rośnie mu ciśnienie, bo wie, że poszerzenie ich doprowadziłoby do wyprzedzania „na czwartego” zamiast „na trzeciego”. Żeby zmniejszyć szybkość pojazdom kierowców, drogi trzeba ZWĘŻAĆ. Choćby tak:

 

Zgred mógłby jeszcze o kierwocach długo, ale mu się już nie chce.

Jeżeli PT Publiczność myśli, że Zgred nie posiada prawa jazdy (a kto wie, może nawet karty do bankomatu), spieszę wyjaśnić, że zaczynał swoją karierę kierowcy jeszcze w czasach trabantów, ład i zapalanych na szczotkę-zmiotkę fiatów 126p. I że sporo jeździł po różnych krajach cywilizowanej Europy.

I że mimo całego swojego pesymizmu jednak ma nadzieję na to, że Polska kiedyś znajdzie się w Europie Środkowej.

 

____________________________________________________________

Objaśnienia dla czytającej (być może) młodzieży:

* lekki pojazd konny, używany niegdyś na wsi do celów komunikacyjnych

** koń, na którym się jeździ

*** krótki, elastyczny pręt, służący do poganiania konia

Tagi