RSS
wtorek, 06 sierpnia 2013

Zgred wie, że silnie zaniedbał swoich (kilkunastu) PT Czytelników i być może nawet wszystkich utracił... Na swoje usprawiedliwienie nie ma nic – bo to, że zmuszony został do prawie 7 tygodni intensywnej pracy, nie jest wszak żadnym usprawiedliwieniem?

Na wypadek jednak, gdyby ktoś wciąż do jego bloga zaglądał, Zgred, chcąc wynagrodzić mu wierność i zrehabilitować się za swoje długie milczenie, zamieszcza dziś naprawdę smaczny kąsek: wynurzenia księcia Alessandro Ruspoliego, który pracą się nie hańbiąc (jeśli nie liczyć małych rólek filmowych), czerpał z życia pełnymi garściami w zamierzchłych latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych.

młody Alessandro w portrecie Paulo Ghiglii 

Gdyby ktoś miał wątpliwości co do błękitnej krwi rzeczonego, niech się dowie, że Alessandro to jednocześnie dziewiąty książę Cerveteri, dziewiąty markiz Riano i czternasty hrabia Vignanello, a rodzinę można łatwo prześledzić do XIII-wiecznej Florencji. Książę Ruspoli, znany wśród przyjaciół jako „Dado”, to jednak z krwi i kości rzymianin, który jakoby swego czasu zainspirował Felliniego do nakręcenia La Dolce Vita. Tak czy owak, Ruspoli znał wszystkich, którzy w tamtej epoce liczyli się w świecie artystycznym: Jeana Cocteau, Salvadora Dali, Balthusa, Trumana Capote, Orsona Wellesa, Rogera Vadima, Brigitte Bardot, Jane Fondę, Romana Polańskiego.

Odnalazł go w Palazzo Ruspoli w Wiecznym Mieście Clive James (którego nie chcę obrazić, nazywając dziennikarzem), Australijczyk bardziej brytyjski niż Brytyjczycy, przy okazji arcyzabawnego programu z serii Postcard from…i przedstawił tak oto:

Dado is among the last of a vanishing species. He is an Italian nobleman elegantly going broke, because he cares more about living gracefully than hustling for a buck.

A oto nostalgiczne wynurzenia Dado Ruspolego na temat dzisiejszych czasów, dekadencji, barbarzyńców i współczesnej młodzieży.

 

A Caffè Greco w Rzymie (na via Condotti, rzut beretem od Schodów Hiszpańskich) Zgred serdecznie poleca mimo w/w młodzieży, bo to miejsce zachowuje styl, z uporem trwając w swojej eleganckiej staroświeckości*. Gdyby nie to, książę Dado by tam pewnie nie bywał... 

Ruspoli zmarł w 2005 roku w wielu lat 81. Brytyjski Telegraph uznał go za na tyle ważną osobowość europejskiej kultury, że poświęcił mu duży nekrolog. Jest w nim mowa o jego ekscentryczności, uzależnieniu od opium, upodobaniu do poezji. Czytamy tam też między innymi

He funded ballet and musical companies, and gave to charitable causes with a generosity that was, as in all things, almost boundless. Perhaps too boundless, for by the time he reached pensionable age he began to feel the pinch. In 1990, the Palazzo Ruspoli was sold to a financier and is now a museum.

"Haven't you ever worked?" he was once asked. "No," came the riposte, "I've never had time."( ...) He could have made a fortune from his contacts when younger, but he took more pleasure in enhancing the lives of others, and was at his happiest when in good company.

jedno z ostatnich zdjęć księcia Dado. Porównajcie z portretem. Ku refleksji...

 

Caffè Greco ma w Polsce ubogą kuzynkę: to krakowska Jama Michalika.

piątek, 28 czerwca 2013

Tym razem Zgred odstąpi od swojego zwyczajowego krytykanctwa i podzieli się z PT Publicznością tym, co mu się ostatnio SPODOBAŁO.

Otóż spodobał mu się artykuł Klausa Bachmanna (umieszczony w GW wyd. wrocławskie), dotyczący komercjalizacji karkonoskiego schroniska PTTK znanego jako „Samotnia”. Jest bowiem obawa, że schronisko, trafiwszy w nowe ręce, zatraci swój dotychczasowy charakter. Bachmann znalazł się wśród ludzi, którzy napisali w tej sprawie listy protestacyjne.

Samotnia

Zgred pochwali się, też ma na koncie podobny list; dotyczył on lansowanej swego czasu propozycji zrobienia z Bieszczad narciarskiego raju, pełnego wyciągów i oświetlonych tras.

A oto, co pisze Bachmann:

Lubię bronić przegranych spraw. To takie romantyczne. Co do tego, że to przegrana sprawa, nie mam wątpliwości. W Zakopanem Tatrzański Park Narodowy latami bronił się przed modernizacją infrastruktury narciarskiej i w końcu się poddał. Przestałem tam jeździć, kiedy dyrektor TPN mi tłumaczył, że trzeba będzie wprowadzić ruch jednokierunkowy na szlakach, aby nie było korków. Tu Karkonoski Park ma wyraźną przewagę nad TPN - żółty szlak jest tak szeroki, że wytrzyma jeszcze parę lat bez takiej regulacji. Potem zaczną się rajdy quadów, motocross, a KPN i PTTK zaczną stawiać przenośne szalety, aby zapobiec zakwaszeniu ziemi. Będą naciski, aby obsługa w schroniskach była rosyjsko-, ukraińsko-, niemiecko- i anglojęzyczna i oferowała obok pierogów też hamburgery i pizze, aby przy jeziorku otworzyć wypożyczalnię łódek i pontonów, a na końcu ze Śnieżki rzucać się będą paralotniarze.

Ale kiedy przy zgliszczach Domu Śląskiego, obok nowo powstałego hotelu ze spa z krytym basenem, powstanie pierwsze lądowisko helikopterów do obsługi pierwszego dolnośląskiego Światowego Forum Ekonomicznego (Krynica się kłania), jakiś beznadziejnie nienowoczesny historyk amator, piszący e-book o odzyskaniu ziem dla turystyki, znajdzie w archiwum te listy protestacyjne przeciwko komercjalizacji Samotni. Wtedy natknie się na mój list i dowie się, że ja też byłem przeciw.

Bachmann to prawdziwy dżentelmen. Bo dżentelmeni mają to do siebie, że bronią (tylko) przegranych spraw.



niedziela, 16 czerwca 2013

W popularnym dodatku do popularnej gazety  ukazał się wczoraj artykuł o inwestowaniu w dzieci; wypowiada się tam niejaki Maciek, w którego rodzice mądrze inwestowali, a który teraz został liderem, bo skończył dobrą zagraniczną szkołę, a na polskiej Politechnice nie miałby szans.

Ów Maciek uważa, że nie można od razu postawić na samodzielność dziecka, ale trzeba namawiać je i zachęcać do nauki. Ciągle robić encouraging rodzicielski. (…) podkreśla, że ważne jest to, żeby lider nie zapomniał o tym, iż ktoś kiedyś mu pomógł, i zrobił swój giving back to the society. (…) – Nie dostałem się od razu na Imperial [College] – podaje przykład – ale ja nigdy nie biorę „nie” za odpowiedź, więc gdy mi odmówili, wysłałem im maile, żeby zrobili reconsideration. Gdy się nie odzywali, napisałem list, że jestem bardzo zainteresowany i nie odpuszczę. I to ich ruszyło, zaprosili mnie na interview… mówi.

Zgred przeczytał wynurzenia Maćka z nabożnym skupieniem i zachwytem. Sam będąc wybitnie oldskulowy, wykształcony w polskiej uczelni i mający problemy z asertywnością, z zainteresowaniem (pomieszanym z zazdrością, nie bójmy się tego słowa) bada ów nowy gatunek polskiego młodego człowieka, który tak swobodnie posługuje się językiem obcym, ba, bez niego już nie potrafi się obejść, bo angielski wszak o tyleż zgrabniej pewne rzeczy ujmuje.

Zgred nie dość, że bierze „nie” za odpowiedź, to jeszcze dorastał w czasach, kiedy językami obcymi mało kto władał (bo kontakt z innymi krajami był, jak to mówią statystycy, zaniedbywalnie mały), więc i on nie włada. Kiedy dziś słucha w radiu takich swobodnie cyrkulujących po Europie Maćków i różnej maści młodych polskich celebrytów, osobliwie ze sfer zbliżonych do artystycznych, którzy dając interview ze swadą mieszają język polski z angielskim, trwa w niemym podziwie, bo sam by tak nie potrafił… I żadne encouraging by tu nic nie dało.

Osoba bliska Zgredowi przytomnie zauważyła, że pokazujący się niekiedy w TV obywatele izraelscy, którzy nie byli w naszym kraju od r. 1968 lub jeszcze dłużej, posługują się czystą, nudną literacką polszczyzną, siermiężną wręcz, bo zupełnie nieozdobioną obcymi naleciałościami. Biedacy, oni też tacy nienowocześni, kultywują tę suchą polszczyznę, która na dokładkę do niczego im się nie przydaje! Powinni zrobić reconsideration.

23:34, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
czwartek, 30 maja 2013

 Tak się złożyło, że Zgred stał się mimowolnym świadkiem akcji, w wyniku której pod drzwiami Opery pojawił się wielki, pluszowy miś. Zgred skorzystał naturalnie z okazji, zrobił zdjęcie i zaczepił osobnika, który go tam umieścił.


Zgred: Dzień dobry!

Osobnik: A dzień dobry, dzień dobry!

Zgred: Co tu się dzieje?

Osobnik: Jak to co? To działanie artystyczne. Nigdy pan nie widział działań artystycznych?

Zgred: Pan jest artystą?

Osobnik: Każdy jest. Nawet pan, chociaż pan może o tym nie wiedzieć.

Zgred: Z misiem to już było, u Barei... Ale tamten miś był o wiele większy.

Osobnik: Bo to jest miś na miarę NASZYCH czasów. Czasy nam skarlały, to i miś mniejszy.


Zgred: Mówi pan, jakby pan tamte czasy pamiętał.

Osobnik: Znam z przekazów.

Zgred: A co ten miś znaczy?

Osobnik: Na rozważania semiotyczne mnie pan nie namówi, od interpretacji jest publiczność. Znaczy, co znaczy.

Zgred: Czy chodzi o zwrócenie uwagi na problem podrzucania niechcianych dzieci? Wie pan, Opera to świątynia sztuki, kiedyś dzieci porzucało się pod drzwiami świątyń…

Osobnik: Może.

Zgred: A może chodzi o zagrożenia dla zachodniej cywilizacji? Ten miś jest ŻÓŁTY…


Osobnik: Może.

Zgred: A może…

Osobnik: Może.

Po czym oddalił się w nieznanym kierunku.

 

Tagi: miś opera
08:42, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 maja 2013

W recenzji „POLITYKI” z ostatniego filmu reżysera Almodóvara Zgred, ku swojemu zdumieniu, wyczytał co następuje: Almodóvara najzwyczajniej zawodzi gust, w rezultacie oglądamy serię marnych dowcipów, z niemogącą dziwić u tego reżysera przewagą wątków homoseksualnych. Zaś w końcówce dużej recenzji w „GW”: (…) gdzieś między wierszami bohaterowie pytają nie tylko siebie, ale też widzów: „No jak to, to wy nie jesteście biseksualistami? Niemożliwe. To przecież takie fajne i głęboko ludzkie”. Ten pomysł na kino już chyba utracił dawną świeżość.

 

reżyser Almodóvar

Panowie Krytycy, uważajcie, na Boga! Od lat przekonywaliście wszystkich, że Almodóvar wielkim reżyserem jest, trzymajcie więc fason, nie mieszajcie w głowach cmokierom!

Tak, cmokierom. Zgred postanowił oto odświeżyć to słowo, powszechnie używane w okresie międzywojennym, a potem, przez przerwanie ciągłości polskiego życia kulturalnego, zapomniane.

Kim jest cmokier? Cmokier to ktoś, kto odczuwa silną potrzebę obcowania ze sztuką, ale, nie potrafiąc wyrobić sobie o niej własnego sądu, kieruje się głosami tzw. „czynników opiniotwórczych”, czyli głównie Was, Panowie Krytycy. Przy czym cmokier może być sam krytykiem, ale raczej, jak mówią Ruscy, второво сорта.

Niezależność sądów jest towarem niezmiernie rzadkim, więc praktycznie nikt z nas nie jest od cmokierstwa do końca wolny. Zgred zdał sobie sprawę jak rozpowszechniona jest to przypadłość, kiedy będąc w Luwrze zobaczył tłum wgapiający się niemo z odległości wyznaczonej przez ochronną barierkę w umieszczony za pancerną szybką obrazek pani, której tajemniczego uśmiechu, z powodu jego rozmiaru i wspomnianej odległości, i tak nie dało się zobaczyć. Mniej więcej 15 m dalej na bocznej ścianie wisiały 3 inne obrazy Leonarda; nie było przed nimi nikogo. A przynajmniej na Damę z fochem (kuzynkę Damy z łasiczką) mogliby zwrócić uwagę!

 

Da Vinci, Leonardo: Dama z fochem, Luwr

Cmokierom w zaawansowanym stadium przypadłości (która każe im także o sztuce się wypowiadać) nie można mieszać w głowach. Przypominają wtedy wycieczkę odzianych w odblaskowe kamizeleczki przedszkolaków, których panie przedszkolanki nagle porzuciły, przenosząc się na drugą stronę ruchliwej ulicy.

porzucone przedszkolaki

To bardzo brutalne, Panowie Krytycy. Nie idźcie tą drogą! Bo dojdzie do tego, że znienacka odmówicie wielkości modnemu  reżyserowi, który odkrył, że CAŁA światowa literatura, a w szczególności dramaturgia, podszyta jest wątkami homoerotycznymi, i które teraz triumfalnie wydobywa i obnaża na scenach nie tylko w Polszcze, ale także innych europejskich krajach.

          

nowe odczytanie Szekspira

Reżyser: „…oczywiście punktem wyjścia jestem ja, moje lęki, strachy i kryzysy”

Gotowi jesteście i o nim napisać, że chyba utracił dawną świeżość

Panowie Krytycy, bo jak nabierzecie rozpędu, to się jeszcze okaże, że urocze kaleczenie polszczyzny przez pewnego pół-polskiego celebrytę estradowego nie czyni z niego wybitnego artysty…


A jak się rozbestwicie i wyjdziecie poza Polskę, to pewna autystyczna piosenkarka z odległej europejskiej wyspy okaże się tylko przyrodniczą ciekawostką, niczym więcej!

I co wtedy zrobią ci wszyscy biedni cmokierzy?

czwartek, 16 maja 2013

W Muzeum Wiktorii & Alberta w Londynie wciąż trwa wystawa poświęcona Dawidowi Bowie pt. David Bowie is. Jest to hołd żywej ikonie popkultury, artyście, który zrewolucjonizował światowy rynek muzyki popularnej. Nie dzięki swojemu głosowi czy muzycznemu talentowi, bo pierwszego nigdy nie posiadał, a drugiego też niezbyt wiele, ale dzięki zrozumieniu siły i możliwości mediów. Nie, żeby nie miał udanych piosenek – w Space Oddity, czy w Starman zrobił ze swojego wątłego głosu znakomity użytek; w większości jego utworów jednak słychać nieustanną, wręcz niekiedy bolesną dla niektórych słuchaczy walkę z jego naturalnym ograniczeniem. Wielkość Bowiego polegała na genialnym wyczuciu, czego publiczność naprawdę pragnie. Zrozumiał, że brak głosu czy talentu zrekompensować można atrakcyjną autokreacją i rozgrywaniem mediów.

Ktoś mógłby powiedzieć: też mi coś, to uprawia każdy, nawet powiatowy celebryta! Tak, ale Bowie  był pierwszy, i to od razu na światową skalę… Jego niezwykły, androgyniczny* wygląd był mu ogromnym sprzymierzeńcem, bo przyciągał prasowych fotografów.

 

Bowie

Dzięki niemu zapewne trafił do filmu; rolami w Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence, czy w Zagadce Nieśmiertelności pokazał, że talentu aktorskiego ma chyba jednak więcej, niż muzycznego.

Bez Bowiego w Wielkiej Brytanii nie byłoby pewnie w USA sukcesu tzw. Madonny, absolutnej mistrzyni autokreacji na tamtym, konkurencyjnym rynku. Zgred nie wierzy w jej muzyczne uzdolnienia; zaiste, jego zdaniem trzeba mieć talent à rebours*,  by wyprać z całego emocjonalno-sentymentalnego ładunku taki hit jak Don’t cry for me Argentina, czy całkowicie wyprać z poezji American Pie

 

Madonna

Bez Madonny nie byłoby Lady Gagi, czy u nas pani Dody; wie o nich nawet Zgred, nie uczestniczący przecie jako czytelnik w tym nurcie kultury. Nigdy chyba jednak nie słyszał żadnego utworu w ich wykonaniu, bo, jak się zdaje, nie o to im w zasadzie chodzi.

Słysząc za to nieustannie w radio Bowiego (ukazała się po latach jego nowa płyta), Zgred z nostalgią wspomina lata 60-te i początek 70-tych, gdzie zasada była prosta: miałeś głos i talent, to cię znaleźli i wypromowali. Głos nie musiał być wielki, ale wystarczyło, jeżeli potrafiłeś go dobrze zestroić z innym głosem. Vide Abba,  duet Lennon-McCartney, czy z rodzimego podwórka – Kossela-Klenczon. Muzyczny talent i oryginalność były jednak niezbędne. To nie przypadek, że tyle tej muzyki wciąż żyje, i że coraz to nowe pokolenia jej słuchają. Nie dziwota, skoro większość tego, czym aktualnie pasą nas stacje radiowe, to zupełnie nie ta klasa.

Odkrycie, że do wypromowania gwiazdy nie jest potrzebny talent, miało przełomowe znaczenie i jest radośnie wykorzystywane do dzisiaj. Z punktu widzenia dzisiejszych specjalistów od promocji na rynku muzycznym, wylansowanie kogoś  jest wyłącznie funkcją plastyczności ludzkiego materiału i włożonych w niego pieniędzy; cechy takie jak talent nie są istotne, a często wręcz, ze względu na chimeryczność i nieprzewidywalność obdarzonego nim osobnika, mogą być groźne i niepożądane.

W Polsce pierwszym, w dużej mierze udanym eksperymentem wyhodowania artysty na podłożu wyłącznie medialno-finansowym, było bodaj wypromowanie na początku lat 80-tych niejakiej Trojanowskiej Izabeli.

 

rzeczona

Wszystkie te cienko śpiewające dziś w radio młode damy, które brzmią, jakby w odosobnieniu walczyły z konstypacją*, wszystkie te wydmuszki, przemijające jak owe jętki jednodniówki zostawiają w spragnionym ciekawej muzyki słuchaczu niedosyt i tęsknotę za prawdziwym talentem.

Czy talent z głosem dziś się nie przebije? Jeśli jest wielki, taki jak Adele, czy u nas Górniak (Zgred nie jest jej fanem, ale talentu jej odmówić nie sposób), to się przebije. Może ma trudniej, niż kiedyś, ale się przebije.

 

Adele przebrana za Amerykankę

 

*ze względu na protesty czytającej młodzieży Zgred nie będzie już tłumaczył trudniejszych słów.

 

PS. Zgred naprawdę chciałby się częściej dzielić z P.T. Publicznością swoim starczym sarkazmem, ale cóż, nie z tego on żyje, ino z prac różnych. Które zabierają mu coraz więcej czasu…

 

sobota, 13 kwietnia 2013

To, że do samookreślenia się ludzkość zawsze potrzebowała Tych Innych, to stwierdzenie banalne. Zawsze byli jacyś Oni. Ich istnienie (i ewentualne zagrożenie z ich strony) dawało jaskiniowej społeczności poczucie wspólnoty losu i niezbędne poczucie bezpieczeństwa.

Wojny plemienne są stare jak świat. To, że się niedawno naparzali w Ruandzie nie wynikało z tego, że tamtejsi przywódcy polityczni konkurowali ze sobą na zasadzie „ja po Oksfordzie, a ty, mój czarny bracie, po Cambridge” (chociaż tak przypuszczalnie było), ale z tego, że należeli do różnych plemion. Aktualnie ćwiczy się to w Kenii, jutro będzie to jeszcze inny kraj. My tu w Europie znamy umiar, a i dostęp do broni palnej trudniejszy, więc ofiar wśród piłkarskich kibiców za wiele nie ma.

 

(rys. Krynicki)

Nie znaczy to jednak, że w sprzyjających warunkach nie potrafimy dać nieźle czadu. Ulubionym wyróżnikiem dla Obcego była zawsze religia; w imię stosunkowo niewielkich doktrynalnych różnic europejscy chrześcijanie wyrzynali się już tysiącami. Oświecenie nas nieco utemperowało, ale mimo postępu gotowość do religijnej jatki w nas tkwi i wciąż potrafi dojść do głosu – jak np. w Północnej Irlandii, czy całkiem niedawno, w nieco bardziej zakamuflowanej* formie w Chorwacji, lub mniej zakamuflowanej w Bośni.

Nie trzeba chyba dodawać, że najbardziej przechlapane  zawsze miał Obcy, który nie chciał się zasymilować**, jak Żyd, czy Cygan. Tak, Cygan, bo Zgred nie widzi w tym słowie niczego uwłaczającego i w tej kwestii nie podda się terrorowi politycznej poprawności.

W zjednoczonej Europie ostatnio modne jest z kolei dystansowanie się od Innych geograficznie: pracowitej, protestanckiej Północy od bałaganiarskiego, katolickiego Południa, albo wyrafinowanego Zachodu od dzikiego Wschodu:

 

ławeczka w Napton-on-the-Hill (GB)

Tylko ci nieludzcy Szwajcarzy, osobni i wyzuci z wszelkiej fantazji i wyobraźni na tyle, że jedynym wynalazkiem, który dali ludzkości jest zegar z kukułką, uporczywie nie chcą się nijak dzielić.  Kraj, w którym protestantów jest prawie tylu co katolików, etniczni Niemcy, Francuzi i Włosi rządzą na zmianę, a prezydent jest rotacyjny, uporczywie rozwiązuje swoje problemy na zasadzie consensusu***. Cholerna nuda, przerywana niekiedy dźwięcznym „Kuku! Kuku!”, które niesie się echem po bankowych westybulach.

 

zegar z kukułką

A my tu, w Polszcze? My mamy niezłe osiągnięcia. W tym słynącym z tolerancji kraju dawaliśmy już nieźle popalić innowiercom,  jesteśmy też autorami ostatniego w Europie pogromu. Kiedy jednak  Adolf  H. na spółkę z Józefem W.S. zhomogenizowali**** nam etnicznie kraj,  wydawałoby się, że przynajmniej na tej niwie mamy spokój. Hm...

Za ś.p. nieboszczki Komuny oczywiście istniał podział na  „my” i „oni”, ale wielu z „nas” podejrzewało, że ci „oni” to też w gruncie rzeczy „my”, tylko koniunkturalnie uprawiający ideolobełkot. Gładkie przejście do demokracji zdało się potwierdzić tę tezę.

I oto udaje nam się wnieść coś nowego to starej jak świat dychotomii*****. Tym razem linia podziału jest genetyczna, choć nie etniczna: oto jako pierwszy naród podzieliliśmy się skutecznie na nosicieli genu SCT-2  i całą resztę. 

 

Gen SCT (Susceptibility to Conspiracy Theories Gene) typ2, odkryty został w 2001 r. w Pasadenie. Kiedyś uważano, że jego występowanie koreluje z nie najwyższym potencjałem intelektualnym nosiciela. Ta hipoteza jest ostatnio krytykowana, ze względu na stwierdzone przypadki występowania genu m.in. u profesury uniwersyteckiej. Zgred jednak uważa, że sprawa nie jest przesądzona, ponieważ jego zdaniem, w kwestii potencjału intelektualnego tzw. rozkład normalny****** w zbiorze „profesorowie” nie różni się zasadniczo od takowego w zbiorze „hodowcy królików”, czy w każdym innym.

Gen SCT-2 uważano dotąd za stosunkowo nieszkodliwy Zobaczymy, co spowoduje jeszcze w Polszcze.


Słowniczek dla czytającej młodzieży uniwersyteckiej:

* celowo ukrytej

** upodobnić do społeczności, w której się przebywa

*** powszechnej zgody

**** ujednorodnili

***** dwójpodziału

****** coś, do cholery, możecie sprawdzić sobie sami?

wtorek, 19 marca 2013

Od kilku dni uszy Zgreda atakuje radiowa reklama zawartości magazynu dla tych wszystkich mężczyzn, którzy wiedzą, czego w życiu chcą: chcą mianowicie na bieżąco być informowani co nowego w sklepach, na jakie małe sprytne urządzenia można aktualnie wydać pieniądze, i co się będzie tej wiosny nosiło, żeby nie wyglądać jak wieśniak. Mężczyzn świadomych. Mężczyzn nowoczesnych. Mężczyzn zorientowanych. Więc w owym magazynie, który sam określa się jako „magazyn shoppingowy promujący męskie gadżety*”, przebojem tym razem będą  KAŻUALOWE BUTY NA CO DZIEŃ

Owe „każualowe buty” w końcu zaczęły Zgreda intrygować. Jak można robić buty z każuala? Chyba z każualowej skóry, jak z krokodylej?


 

każual (Casual casual)

Żebyśmy ich nie pomylili z butami odświętnymi, które na wsi wciąż niekiedy określa się jako „kościołówki”, ani butami na specjalne okazje, wciąż zwane tu i ówdzie „trumniakami”, mówi się nam wyraźnie, że owe buty każualowe są NA CO DZIEŃ.

 

 

trumniaki (firmy D&G)

Powstaje zatem pytanie, czy warto ubijać to rzadkie w końcu zwierzę na CODZIENNE buty? Takie np. buty z krokodylowej skóry noszone są w Teksasie raczej od święta, na dyskoteki w remizie:

 

 

buty kowbojskie odświętne

Chociaż aligatorów u nich dostatek.

Czy ktoś z PT  Czytelników kiedyś każuala widział? Nie. Gdyby było ich dużo, pewnie by widział. Ergo, jest to zwierzę rzadkie i należy je chronić, zanim ubiją ostatniego na buty. Jak wybili w Polsce tura, wymordowanego do cna w XVI-XVII w., bo jego rogi szczególnie nadawały się na rożki do prochu...

 


tur (Bos primigenius)

 

Bądźmy więc mądrzy przed szkodą, chrońmy każuale!


__________________________________________________________________

* Chyba „gadgety”?

 

poniedziałek, 04 marca 2013

My, Polacy, nie lubimy naszej flagi. Uważamy ją za nudną, nie dość wyrazistą, jakąś taką nijaką w porównaniu z wypasionymi flagami innych nacji. Żebyśmy, dajmy na to, mieli na niej gwiazdki, np. równe liczbie województw! Albo chociaż dodatkowy kolor, bo w krajach Europy standard to trzy… Albo coś innego. Bo jakaś taka pustawa ta nasza flaga.

Wytwórcy flag idą nam na rękę, wkomponowując w nią godło narodowe. I od razu lepiej wygląda nasza flaga! Ten nasz orzeł, prawdę powiedziawszy, trochę niewydarzony, na tych swoich karłowatych skrzydełkach nijak by nie uleciał, ale flaga z orłem prezentuje się stanowczo lepiej, niż flaga bez!

 

Upiększamy ją też sami, jak możemy. Najprościej walnąć na niej napis, pokazujący, że nie wstydzimy się naszych korzeni. Urodziliśmy się w Pcimiu, mieszkamy tam, kibicujemy Pcimiance, piszemy PCIM. Na czarno, wielkimi literami, a co tam. Albośmy to jacy-tacy?



Może to oznaczać, że świadomość narodowa u nas słabsza, niż lokalna, że wciąż jesteśmy bardziej „tutejsi” niż polscy („Nie rzucim ziemi pcimskiej, skąd nasz ród”), ale te rozważania zostawmy socjologom.

Czy ktoś z P.T. czytelników widział, żeby np. przy okazji zawodów narciarskich coś smarowano na fladze niemieckiej, norweskiej, czy austriackiej? Obywatele tamtych krajów najwyraźniej bardziej identyfikują się ze swoim państwem, niż ze swoim własnym Pcimem, czyli, jak to się elegancko mówi, "małą ojczyzną".

To, że Polacy mają problem z taką ponadlokalną identyfikacją, doskonale widać w czasie świąt państwowych, kiedy mało kto biało-czerwoną flagę wywiesza. Co innego, jak trzeba wywiesić biało-niebieską, albo biało żółtą (która od dawna chyba nie jest postrzegana jako flaga papieska, ale raczej jako symbol wiary). Ta nieufność w stosunku do państwa ma zapewne głębokie uzasadnienie historyczne, ale te rozważania zostawmy z kolei historykom.

Ci, co znają Zgreda wiedzą, że do nacjonalizmu mu baaaaardzo daleko, nie mówiąc już o szowinizmie. A i patriotyzm pojmuje może na swój własny, zgredzi sposób, widząc dobro dla Polski niekoniecznie tam, gdzie widzą je patrioci profesjonalni. Ale Zgred urodził się tutaj (choć może nie nad Wisłą, a bliżej Odry), i nie ma z tego powodu nijakiej traumy. A spotyka wielu młodych Polaków, na których życiu cieniem od późnego dzieciństwa (a dokładnie od momentu, kiedy zobaczyli w TV pierwszy serial dla nastolatków) kładzie się fakt, że nie urodzili się w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Więc nie jest dla Zgreda traumą, że jest Polakiem, a raczej czymś w rodzaju łagodnego dopustu Bożego, z którym dawno już się oswoił i pogodził. I to uczyniwszy, uznaje nudną Biało-Czerwoną za swoją flagę i nie życzy sobie, żeby przy niej ktoś majstrował. Ani przez smarowanie po niej czarnym flamastrem, ani przez uporczywe dodawanie do niej orzełka. Bo Zgred jest praworządny, a

„Znieważenie, niszczenie, uszkadzanie (…) flagi Polski to występek zagrożony karą grzywny, karą ograniczenia wolności albo karą pozbawienia wolności do roku. Art. 137 § 1 Kodeksu Karnego”.

A do flagi państwowej z godłem Rzeczypospolitej Polskiej mają prawo wyłącznie (art. 8 i art. 9 ustawy):

·       przedstawicielstwa dyplomatyczne, urzędy konsularne oraz inne oficjalne przedstawicielstwa i misje za granicą

·        cywilne lotniska i lądowiska

·        cywilne samoloty komunikacyjne podczas lotów za granicą

·        kapitanaty (bosmanaty) portów 

·        polskie statki morskie jako banderę

 

I nikt więcej.

Zgred myśli sobie, że na straży naszej flagi stać powinien Pan Prezydent. I powinien nakazać szeroko zakrojoną akcję edukacyjną, tłumaczącą narodowi (Zgred nie da się sterroryzować i nie napisze tego słowa przez duże N), o co w tym wszystkim chodzi.

Panie Prezydencie, wyjdź więc z lasu i weź się do dzieła. Broń naszej nudnej flagi. Czas skończyć z tą wiochą*!

 

_______________________________________________________________

* słowo użyte czysto idiomatycznie, Zgred nie ma bowiem nic przeciwko wsi; ba, od lat marzy, żeby na niej zamieszkać!

 

czwartek, 28 lutego 2013

Dwa dni temu tu i ówdzie wiadomością nr 1 było to, że odchodzący papież będzie miał prawo do noszenia białej sutanny. Pisano też i mówiono o przysługującej byłemu papieżowi tytulaturze; wcześniej zaś o przemeblowaniu Kaplicy Sykstyńskiej, zastosowaniu nowych substancji do dymnego ogłoszenia wyników konklawe itp. Wszystko to świadczy o postępującej tabloidyzacji papiestwa, czyli sprowadzenia instytucji do jej nieistotnych, zewnętrznych przejawów. Dla tabloidów bowiem (włączając w to znakomitą większość internetowych portali informacyjnych) zawsze większą gratką będzie opis czy pokazanie tego, co celebryta miał w danej chwili na sobie, albo w jakim widziano go samochodzie czy towarzystwie, a nie, co sobą naprawdę reprezentuje i jakie ma osiągnięcia.

Bo chcemy tego czy nie, papież to jeszcze jeden celebryta. Do tego statusu następcy św. Piotra wydatnie przyczynił się – zapewne niechcący – nasz polski papież-podróżnik, opuszczając przepastne komnaty Watykanu i celowo rezygnując ze starannie  pielęgnowanej przez poprzednich papieży niedostępności i nieprzystępności.

Tylko poważni (a więc niszowi) publicyści odważają się ostatnio podjąć temat znaczenia kroku Benedykta XVI. Kroku w swojej istocie niesłychanego: w taki sposób odchodząc, papież zerwał bowiem stanowiące raison d'être  tej instytucji połączenie między papiestwem a Duchem Świętym, kwestionując samą istotę jego obecności na tym łez padole i wciąż jeszcze posiadanego autorytetu.

Każdy ma zapewne własny pogląd na faktyczną przyczynę tego kroku. Zapewne było ich kilka; być może jedną z nich była świadomość własnego ograniczenia – i to bynajmniej nie fizycznego – w obliczu wyzwania, przed jakim stanął kościół katolicki. Kościół wstrząsany aferami, których w epoce tabloidów nie da się już zamieść pod ozdobny dywan, kościół tracący wiernych na rzecz protestanckich ruchów charyzmatycznych, oferujących strawę duchową znacznie treściwszą niż zhierarchizowany, spetryfikowany, coraz bardziej archaiczny kościół katolicki z całą tą swoją scenografią jak rodem z serialu sci-fi w wersji wysokobudżetowej.

Co się teraz stanie? Czy kardynałowie skończą z eksperymentami i wybiorą kolejnego Włocha, który spróbuje odzyskać Święty Spokój Watykanu hermetycznie go znów zamykając i ignorując zmieniający się (zawsze na gorsze) świat, czy też położą kreskę na przeżartej zgnilizną Europie i wybiorą Afrykanina, stawiając, jak to mówią ekonomiści, na rynek wschodzący? A może pójdą na całość, odrzucając cały ten sztafaż rodem ze średniowiecza, rezygnując z tego, co materialne na rzecz pogłębionej duchowości, i jako kościół ubogi poświęcą się pomocy zagubionemu, współczesnemu człowiekowi?

Możliwe są różne scenariusze, ale z natury pesymistyczny Zgred uznaje ten ostatni za najmniej prawdopodobny.

Tagi