RSS
piątek, 25 stycznia 2013

Od pewnego czasu w Lewiatanie, który połknął już księgarnie, sklepy z płytami, sklepy papiernicze, kioski i nie wiadomo co jeszcze połknie, zanim się nie udławi, oczy Zgreda atakują tzw. audiobooki z serii „Mistrzowie Słowa”. Owymi mistrzami słowa są zapewne reklamowani na okładce wielkim portretem (i takąż czcionką) aktorzy, którzy coś tam z płyty czytają. Żeby się dowiedzieć co, trzeba podejść bardzo blisko, a najlepiej wziąć wydawnictwo do ręki. W pewnych przypadkach i to może nie pomóc, wtedy należy założyć na nos okulary. Okazuje się wtedy, że jest to literatura piękna, czasem bardziej, czasem mniej; czasem pierwszorzędna (jak Ferdydurke, Idiota, Mistrz i Małgorzata), czasem drugorzędna, a nawet trzeciorzędna (jak Świat według Garpa). Jest tych płyt sporo, 2 serie, pewnie w sumie z pół setki.

I właśnie to zakładanie okularów Zgreda niepokoi. Z natury konserwatywny, Zgred z trudnością godzi się z tym nowym medium, uważając, że literatura jest do czytania, a nie słuchania; rozumie jednak, że istnieją odbiorcy niedowidzący, lub spędzający wiele jałowych godzin za kierownicą. Niepokoi go tylko takie zredukowanie tytułu i autora tego, co Mistrz Słowa publiczności odczytuje.

Być może chodzi o ten kaganek pod strzechy*? Nie łudźmy się, aktorzy czytający te teksty nie są raczej znani publiczności ze swoich dokonań teatralnych, ale z filmów, w których ich widziała. Niektórzy z nich, dzięki występowaniu w przeszarżowanych komediach albo operach mydlanych osiągnęli niewątpliwie status celebrytów i jako tacy są magnesem zdolnym zwabić nawet przypadkowego odbiorcę. Ale czy istotnie chodzi tu o promowanie literatury? Czy to ona jest tu ważna? Wygląd serii i dobór prezentowanych treści sprawia, że z natury podejrzliwy Zgred nie może się pozbyć wątpliwości.

Swego czasu Gustave Flaubert w swojej przenikliwości próbował ostrzec czytelnika przed spustoszeniem, jakie w umyśle poczynić może bezrefleksyjnie konsumowana popkultura - w jego przypadku XIX-wieczna. No i doigrał się, ledwo go widać. Dobrze mu tak, malkontentowi.


* pomijamy tu aspekt ppoż.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Jedna z naszych rodzimych prawicowych partii, która tkwi

a) w przekonaniu, że operuje w połączeniu Kraju Przywiślańskiego z Generalgouvernement,

b) w absurdalnym klinczu z inną prawicową partią,

postanowiła dokopać tej drugiej, porównując jej adherentów* do lemingów. Niby, że jak bezrozumne stado owych zwierzątek idą na zatracenie. Lemingi mają bowiem w popularnej kulturze sławę stworzeń okresowo popełniających stadne samobójstwo poprzez rzucanie się ze stromych skał do morza.

Dużą zasługę w utrwaleniu tego obrazu lemingów ma studio filmowe Disneya, które w popularnym, nagrodzonym Oskarem filmie White Wilderness  z 1958 roku taką właśnie scenę pokazało. Mało kto wie jednak, że z powodu niemożności znalezienia takiego motywu w naturze, aby nakręcić tę scenę ludzie Disneya musieli zakupić (po 25 centów od sztuki) pewną ilość lemingów od dorabiających sobie ich chwytaniem dzieci z Manitoby, a następnie w sposób niewidoczny dla widza pospychali je ze stromego klifu do morza. Na pewną śmierć. Scenę tę, która rzekomo miała miejsce po dotarciu stada lemingów do Oceanu Arktycznego, faktycznie nakręcono w Calgary, a użyty w niej gatunek leminga z zasady nie migruje**. (Ktoś kiedyś położy na jednej szali zasługi firmy Disneya dla popularyzacji świata zwierzęcego, a na drugiej wszystkie jej wobec tego świata winy, i sprawiedliwie zważy. Póki co ta amerykańska świętość jest jedynie podgryzana, ale nikt przy zdrowych zmysłach jej poważnie nie zakwestionuje: byłoby to równoznaczne z rzuceniem się ze stromego klifu do morza. Na pewną śmierć.)


Nie, żeby z naszego punktu widzenia lemingi nie zachowywały się dziwnie. Są lata, kiedy ich biocenoza*** zostaje na tyle zakłócona, że wykazują pewną dezorientację. Wmawianie im instynktów samobójczych to jednak czyste pomawianie.

W Norwegii, gdzie w odróżnieniu od Polski lemingów jest dużo, postrzega się je inaczej. Odnotowuje się ich zadziorność i waleczność: w odróżnieniu od innych małych gryzoni, leming zawsze staje do walki z większym od siebie przeciwnikiem. Opowiada się też o ich uporze i konsekwencji: ponoć gdy na drodze ich stanie im dom, nie omijają go, a przegryzają jedną ścianę (w Norwegii jest ona z drewna), przechodzą przez salon, przegryzają drugą i znalazłszy się na zewnątrz, kontynuują swoją wędrówkę. Z tej to zapewne przyczyny wielkonakładowy dziennik norweski Dagbladet używał w latach 80-tych jako logo wizerunku leminga (autorstwa Påla Hansena) by podkreślić swoją zadziorność, waleczność i upór w dochodzeniu do prawdy.

 

_______________________________________________________________

Wyjaśnienia trudnych słów na wypadek, gdyby na ten blog przypadkiem natknęła się młodzież, i, nie daj Boże, to przeczytała:

*zwolenników

**przemieszcza się

***organizmy roślinne, zwierzęce i mikroorganizmy danego środowiska

Tagi: lemingi
20:17, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 stycznia 2013

Tempora mutantur,  et nos mutamur in illis, mawiali starożytni. Nie przewidzieli jednak niesamowitego przyspieszenia, które funduje czasom szeroko rozumiany liberalizm w połączeniu z rewolucją informatyczną. Nos mutamur in illis? Nie wszyscy.

W słusznie minionym PRL-u tzw. decydenci żywili naiwną wiarę, że społeczeństwo w swojej masie da się dźwignąć na wyższy poziom kultury, maltretowali je zatem Teatrem Telewizji, Pegazem, przysłowiowym już Kabaretem Starszych Panów, czy Festiwalem Piosenki w Opolu, w którym – jak widać z perspektywy czasu, sporo było propozycji na bardzo przyzwoitym poziomie artystycznym.

W latach 90-tych okazało się, że społeczeństwo, o dziwo, w znacznej części życzy sobie czegoś zupełnie innego. Do głosu doszła kultura dyskotek w remizach strażackich, proponujących zupełnie nowy sound, czyli muzykę znaną jako „disco polo”. Zachodnie koncerny weszły na rynek z propozycją zupełnie innej prasy niż dotychczasowa, siermiężna prasa partyjna. Przećwiczywszy u siebie dużo wcześniej tabloidy, na pewniaka wdarły się z nimi do naszych kiosków, nie przejmując się, że jakaś Katarzyna B. może wskutek którejś ich publikacji utracić cześć.

Ludzie, jak to się dziś elegancko mówi, o „niewielkim kapitale kulturowym”, w komunizmie wbrew oficjalnym hasłom zahukani i marginalizowani, nareszcie dostali też swoją telewizję, nie brzydzącą się owego disco polo, pokazującą to, co najprzedniejsze, a więc amerykańskie filmy i seriale (a także wybrane polskie, jak ten o czterech dzielnych mieszkańcach czołgu i ich sympatycznym sierściuchu), co więcej, dającą im możliwość oglądania tam samych siebie! Big Brother uzmysłowił im oto, że każdy z nich może się pojawić w szklanym okienku, każdy może mieć swoje warholowskie pięć minut sławy. Owi widzowie pchają się więc do TV na wyprzódki, gotowi pojednać się tam na wizji z wyrzuconą niegdyś z domu córką, lub opowiedzieć wszystkim  o swoich skłonnościach, niegdyś uznawanych za wstydliwe.

Wspomniany Big Brother dokonał jeszcze jednego: skutecznie zakwestionował ogólnie przyjęte dotąd  w ludzkich umysłach połączenie „praca-wynagrodzenie”. Oto okazało się, że ciężkie pieniądze można dostać za samo bycie, ewentualnie za wysłanie w stosownym momencie na stosowny numer stosownego SMS-a. Ale to odrębny temat.

Polacy w swojej masie przystosowali się do nowej rzeczywistości zdumiewająco szybko. Za zmieniającymi się czasami nie nadążył, co już nieraz odnotowano, tylko polski inteligent. W poprzednim, niesłusznym systemie nie było mu najgorzej; musiał co prawda knuć przeciwko komunie i trochę biedował, ale jego wysoka pozycja społeczna nie była specjalnie kwestionowana. Szczycił się znajomością trudno dostępnych pozycji literackich, bywał tam, gdzie wypadało bywać i gdzie spotykał równych sobie. Oglądał kino moralnego niepokoju. Tzw. społeczno-kulturalna prasa kwitła i wyćwiczony w pojmowaniu aluzji mędrek zawsze znalazł w niej coś smacznego dla siebie.

Ostanie 20 lat to zmierzch tradycyjnego polskiego inteligenta. Przygięty do ziemi natłokiem informacji, której nie potrafi przesortować, przytłoczony dostępnością wszystkich możliwych pozycji literackich i filmowych, zmuszany do obcowania z nowinkami technicznymi on, który niegdyś szczycił się byciem „humanistą” i kontestował współczesne gadżety, sam się, jak to się obecnie mówi, wykluczył. Jest w głębokim odwrocie. Nie znający języków obcych, ale za to pielęgnujący piękną polszczyznę, słysząc dookoła „tą książkę” zamiast „tę książkę”, „oboje” zamiast „obaj”, czy zestawienia typu „półtorej miesiąca”, zasłaniając uszy wycofał się do swojej wieży z kości słoniowej w bloku, pełnej zakurzonych książek i analogowych płyt z operowymi ariami, skąd z przerażeniem śledzi ów nowy, coraz mniej zrozumiały dla niego świat nowych technologii i nowych ludzi.

W tym nowego typu inteligentów, dla których sugerowałbym nazwę „inteligenci hybrydowi”.

Inteligent hybrydowy, bo czerpie swój napęd zarówno z kultury tzw. „wysokiej”, jak i „niskiej”. Ma wyższe wykształcenie (choć niekoniecznie uniwersyteckie), śledzi w TV swoje dwa ulubione seriale (w tym „Doktora House’a”), ale też chadza do kina – i to nie tylko na najbardziej kasowe pozycje, od prasy tabloidowej trzyma się z dala, czasem przeczyta jakąś głośną książkę, chociaż preferuje formy krótsze, jak blog. Nie rozstaje się ze swoim laptopem. E-mailu nie używa do pisania listów, tylko wiadomości. Zdarza mu się trafić na koncert muzyki poważnej, mówi mu coś nazwisko Polański, ale nieco lepiej orientuje się kim jest, jak to się niekiedy elegancko określa, „pani Doda”. Czytuje wybraną prasę tygodniową. Snobując się, wzorem dawnych inteligentów, na wspomnianych ludzi o „niewielkim kapitale kulturowym” (jak to swego czasu czynił literat M.N.) mówi takim samym jak oni, mocno uproszczonym, za to bardzo wyrazistym  językiem, ale za to – w odróżnieniu od nich  rozumie w 90 % język wiadomości TV i gadających tam głów. Ze swadą mówi po angielsku. Zżyma się na „puszczane przez polityków ogniste bąki”, jak to zręcznie określił Andrzej Stasiuk, ale w odróżnieniu od gardzących polityką pięknoduchów z dawnych czasów, pasjonuje się nią, i nie przebierając w słowach daje temu wyraz w internetowych komentarzach. Słowem, w nowych czasach czuje się jak ryba w wodzie.

Z dawnego typu inteligentem, linearnie postrzegającej świat sierocie po Gutenbergu, on, wychowany na kulturze obrazkowej, nie czuje wielkiego powinowactwa.

Do „rządu dusz” nie pretenduje.

1 ... 11
 
Tagi