RSS
niedziela, 10 lutego 2013

Zgred łamie złożoną wczoraj obietnicę i pisze o czymś innym, a to z powodu silnego wzburzenia. Usłyszał oto w radiowych wiadomościach o dwóch młodych Niemcach, którzy gdzieś w Pabianicach włamali się do restauracji, ukradli butelkę alkoholu, potem ciągnik i udali się nim do miejsca czasowego zamieszkania, zostawiając ślady szerokich opon na polu, przez które uciekali. Pani lektorka z satysfakcją oświadczyła, że grozi im za to do 10 lat więzienia. Słysząc to Zgred natychmiast pobiegł do komputera, odpalił go i w jednym z portali znalazł mrożący krew w żyłach opis policyjnego pościgu za zbrodniarzami. Okazało się, że „kierujący traktorem miał 0,5 promila alkoholu we krwi”, co sugeruje, że owa zrabowana butelka była butelką piwa. Grożące im 10 lat więzienia było wspomniane 3-krotnie, w tym raz tłustym drukiem, w podtytule.


To wszystko wzburzyło Zgreda niepomiernie. Proponuje, żeby w tej sytuacji zmienić kodeks karny i wsadzić paskudnych Szwabów na 20 lat. Żeby dać przykład. Nie będą nam te wredne Szkopy kraść naszych polskich traktorów! Na zgniłym Zachodzie od dawna mają kategorię wykroczenia znanego jako joyriding, ale od dawna wiemy, że bezkrytyczne przejmowanie zachodnich wzorców prowadzi co najwyżej do cywilizacji śmierci, rozpadu rodziny i wszelkiego niedowiarstwa. Dajmy temu odpór, zaostrzmy nasz kodeks karny, wsadźmy sukinsynów chociaż na 15 lat, niech posmakują naszego więzienia. Przynajmniej nauczą się polskiego i będą mówić jak ludzie.

Zaraz, zaraz, a może ta sprawa ma podwójne dno? Może ci młodzi ludzie chcieli pojechać tym traktorem do siebie, do Niemiec? Może ten traktor został zakupiony gdzieś w byłym NRD (kupowanie mało używanych maszyn rolniczych np. z Brandenburgii jest w Polsce dość popularne), a młodzieńcy, wiedzeni patriotyzmem, postanowili zawieźć go z powrotem do ojczyzny? Byłaby to okoliczność łagodząca, zmniejszająca im karę do 9 lat.

A może kradzież zainspirowana została przez jakieś polskie biuro podróży, które jako tzw. target ma polskich rolników i chciało mieć podstawy, by użyć sloganu ROLNIKU, ODWIEDŹ NIEMCY. TWÓJ TRAKTOR JUŻ TAM JEST? 

Tagi: joyriding
12:43, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 lutego 2013

Ponieważ do nieodłącznych cech każdego prawdziwego zgreda należy narzekactwo na zepsucie obyczajów i schodzenie wszystkiego na psy, Zgred pozwoli sobie dziś wypełnić ten swój zgredzi obowiązek. Najpierw atoli przytoczy kilka próbek języka szeroko pojętej publicystyki z ostatnich tygodni:

Oto fragment wywiadu udzielonego wpływowemu dziennikowi przez celebrytę, który zawodowo zajmuje się tuszowaniem mankamentów* damskiej urody:  - Zbyt wiele dziewczyn nazywa się modelkami. To w ogóle nie są modelki, tylko tak zwane a la modelki. Kurwy, które udają modelki, a to już inna sprawa. To boczny tor mody poza główną ligą, dziewczyny gotowe na wszystko. Myślą: "taka jestem ładna, to dopóki cycki mi nie zwisną i tyłek nie siądzie, zrobię z tego użytek". W high fashion tego nie ma, to są za poważne sprawy. Zresztą te modelki, które pracują w high fashion są tak dziwne, że trzeba naprawdę amatora, żeby to wypierdolić.

Oto wynurzenia skoczka narciarskiego na jego oficjalnej stronie Facebooka: po Harrachovie  w końcu idzie normalnie dojechać do progu:-))), ale za to Pieter pizda, bo nie umie normalnie skoczyć :-P. Na quali starczyło, jutro walczymy znowu:-)))

Oto fragment wywiadu-rzeki, przeprowadzonego z wpływową profesor filozofii przez wpływowego dziennikarza i opublikowanego w formie książkowej, a przytoczonego ostatnio przez wpływowego felietonistę opiniotwórczego tygodnika: Dziennikarz: […] takie na przykład napierdalanie się ze sobą dwóch grup, z dwóch różnych dzielnic, których interes zbiorowy tak naprawdę nie jest sprzeczny… Filozofka: Ech, pierdolisz!

Jak P.T.** Czytelnicy zauważyli, we wszystkich próbkach występuje nad wyraz swobodne użycie słów, swego czasu uznawanych na zbyt wulgarne, by ich istnienie oficjalnie poświadczyć na piśmie. Jeszcze niedawno użyto by ich w druku wyłącznie w stanie wyższej konieczności, ale z pewnością częściowo by je wykropkowano.

O ile Skoczek używa zapewne tego języka naturalnie, o tyle z Celebrytą,  Filozofką i Dziennikarzem rzecz ma się chyba nieco inaczej. Jest to użycie świadome, u Celebryty wynikające z wystudiowanej (jak wszystko u niego) arogancji, u Filozofki i Dziennikarza zaś rzucające wyzwanie, podkreślające swobodę i zademonstrowanie przynależności do mainstreamu (jakby zapewne powiedział Celebryta).


Nasi przodkowie mieli na to zjawisko dobre określenie: KNAJACTWO. Słowo to, o dziwo, przetrwało wojnę; samo zjawisko zaś swego czasu na warszawskie salony wprowadził swoją twórczością literat Nowakowski.

W ostatnich latach usiłował je odkurzyć pewien oświecony publicysta, komentując pierwszą polską edycję Big Brothera, ale ponieważ nikt nie zrozumiał, o co mu chodzi, rychło dał sobie spokój. Staropolszczyzny mu się zachciało... Kolejną próbę podjął lat temu parę pewien wpływowy inteligent żoliborski; używszy (średnio trafnie) tego słowa w przemówieniu (a może wywiadzie), wprawił nim w popłoch swoich akolitów***, którzy potem na wyprzódki sprawdzali jego znaczenie.

Ogólnie jednak skazane jest na wymarcie, bo żyjemy w czasach tabloidyzacji i glajchszaltowania**** kultury, która gwałtownie równa w dół i wkrótce w naturalny sposób unicestwi jego desygnat*****.

Tyle na dzisiaj, następny wpis będzie o pięknie i nieodzowności wulgaryzmów w życiu codziennym.

______________________________________________________________

Słowniczek dla młodzieży akademickiej:

* braków

** łaciński skrót od pleno titulo, pozwalający uniknąć cytowania należnych tym osobnikom tytułów

*** przenośnie: popleczników

**** od niem. gleichschalten negatywnie: ujednolicać, likwidować różnice

***** niech młodzież akademicka sama sobie sprawdzi i nie zawraca d..y.

czwartek, 31 stycznia 2013

 A oto, co Zgred wyczytał wczoraj w sieci:

 PIESI NA CELOWNIKU DROGÓWKI: „BĘDĄ WIĘKSZE REPRESJE ZA PRZEJŚCIE NA CZERWONYM”

[…] Józef Klimczewski, naczelnik poznańskiej drogówki, podkreślił, że aż 11 zabitych stanowili piesi. - W porównaniu z poprzednim rokiem poprawa jest niewielka, bo wtedy zginęło 13 pieszych - mówił Klimczewski. I komentował: - Musimy wyciągnąć z tego wnioski. Piesi nagminnie przechodzą na czerwonym świetle, wychodzą na jezdnię zza samochodów. Musimy więc zwiększyć represje wobec pieszych.

Zaiste miał rację Financial Times sugerując niedawno, że Polska dalej znajduje się w Europie Wschodniej, i powyższa wiadomość jest na to kolejnym dowodem. Bo oto, by uzyskać lepszą statystykę (aktualna jest dla Polski hańbą), sięga się po sprawdzony środek: REPRESYJNOŚĆ. I to w stosunku do kogo? Do potencjalnych ofiar! Teraz jeszcze częściej przy przejściach dla pieszych będą stać gliniarze, i to bynajmniej nie dlatego, by wlepiać punkty karne kierowcom nie pozwalającym pieszym wejść na pasy, a co gorsza wyprzedzającym samochody zatrzymujące się dla ich przepuszczenia (to wtedy właśnie giną piesi), ale by terroryzować ludzi, którzy nie chcą tracić czasu na czekanie na zielone światło tam, gdzie z powodu robót drogowych ruch zmniejszył się prawie do zera, a świateł nie wyłączono.

Tak, władza będzie REPRESJONOWAĆ dorosłych ludzi, którzy mają swój rozum i są przecież w stanie ocenić sytuację na drodze  jako dla siebie bezpieczną lub potencjalnie niebezpieczną. Samobójców znowu nie ma tak dużo. Traktowanie obywateli ludzi jak dzieci w przedszkolu ma w tym kraju długą, ponad półwieczną tradycję. Drugą stroną tego medalu jest traktowanie państwa jako „onych”, z definicji wrogich zwykłemu człowiekowi.

„Piesi nagminnie […] wychodzą na jezdnie zza samochodów”. Czy ktoś z Szanownych Czytelników kiedyś widział, żeby wypisywano mandat kierowcom, parkującym tuż przed przejściem dla pieszych i zasłaniającym swoim samochodem (często dostawczym) wejście na pasy? Zaręczam, że jeśli przy przejściu dla pieszych stoi glina, to nie po to, by zrobić kuku powodującemu zagrożenie dla pieszego kierowcy, ale właśnie pieszemu. Żeby go REPRESJONOWAĆ.

 

Wszystko to wiąże się z pewną filozofią patrzenia na ruch drogowy. W krajach bardziej cywilizowanych niż nasz (czyli na zachód i na północ od nas) istnieje pojęcie „miękkiego” i „twardego” uczestnika ruchu. Tam „twardy” z samej natury swojego opancerzenia odpowiedzialny jest za bezpieczeństwo bezbronnego „miękkiego”. Nie osiąga się tego bynajmniej przez represjonowanie pieszych, czy niezliczone znaki ograniczenia prędkości, ale np. przez rezygnację z podporządkowania. Odwrócony trójkąt jest tam równie rzadki jak w Polsce uprzejmy kierowca autobusu, czy motorniczy. „Zasada prawej strony” wymusza od kierowcy wolniejszą jazdę, bo w każdej chwili z owej strony może mu ktoś wyjechać. Do tego, oczywiście, dochodzi typowa dla krajów protestanckich większa odpowiedzialność za siebie i innych, ale tego, obawiam się, nie zmienimy.

*

Problemy z ruchem drogowym w naszym nieszczęśliwym kraju zaczynają się z tego, że polskie ośrodki szkolące prowadzących pojazdy wyuczają ludzi na KIERWOCÓW, nie kierowców  co widać na załączonym obrazku.

 

Kierwoc traktuje pieszych jak niegdyś dziedzic swoich chłopków. Jak nie rozjechał swoją bryczką* lub wierzchowcem** tych, co nie dość chyżo uskakiwali mu z drogi, to przynajmniej ciął batem lub szpicrutą*** po pysku tych, co nie dość szybko ściągnęli z głowy czapkę. A nie od dzisiaj wiadomo, że nasze chłopskie z pochodzenia społeczeństwo przyznaje się wyłącznie do tradycji szlachecko-ziemiańskiej. Jak siadam za kierownicą, jestem panisko i tyle.

Kierwoc nie myśli o innych użytkownikach drogi, choćby innych „twardych”. Parkując nie dba, czy zostawia dość miejsca dla kolejnego samochodu. „Miękkimi” gardzi, i parkując często zostawia im na chodniku miejsce tylko na przeciśnięcie się miedzy zderzakiem a płotem. Czy ktoś z Szanownych Czytelników kiedykolwiek widział glinę, który wlepia mandat za zostawienie pieszym na chodniku mniej miejsca niż przepisowe półtora metra? Nie, glina nie po to tam stoi. On jest tam po to, żeby REPRESJONOWAĆ pieszych. A kierwocowi nie pomieściłoby się w głowie, że są kraje, gdzie na chodniku w ogóle nie wolno parkować, bo służy do przemieszczania się „miękkich”.

Kierwoc w ogóle niewiele myśli. Nie przyjdzie mu np. do głowy, że włączenie kierunkowskazu podczas skręcania jest bez sensu. W zasadzie instruktorzy powinni zadbać o to, by kursanci kierunkowskazem sygnalizowali ZAMIAR skrętu, ale instruktorom to nie przyjdzie do głowy, bo oni całe życie sami włączali kierunkowskaz skręcając. Chyba, że byli wcześniej taksówkarzami, to nie używają go w ogóle. W konsekwencji kierwoc a) naciska pedał hamulca b) zaczyna skręcać c) włącza migacz. Za to otrzymując prawo jazdy jeszcze przez długi czas pamięta przepisową długość holu sztywnego.

Kierwoc trzyma sztamę z innymi kierwocami skierowaną przeciwko drogówce (reprezentującą "onych", patrz drugi akapit), stąd też pracowicie ostrzega innych kierwoców przed  glinami z radarem. I tu zaznacza się zasadnicza różnica mentalności między kierwocami a kierowcami w kraju cywilizowanym. Np. w takiej Szwecji kierowca popiera akcję z radarem, bo rozumuje tak: jeżeli ktoś jedzie za szybko, niech go dorwą, bo jest nieodpowiedzialny (Polak?) i może zabić moje dziecko.

Kierwoc utrzymuje, że wypadki w Polsce spowodowane są przez zbyt wąskie drogi. Kiedy Zgred to słyszy, rośnie mu ciśnienie, bo wie, że poszerzenie ich doprowadziłoby do wyprzedzania „na czwartego” zamiast „na trzeciego”. Żeby zmniejszyć szybkość pojazdom kierowców, drogi trzeba ZWĘŻAĆ. Choćby tak:

 

Zgred mógłby jeszcze o kierwocach długo, ale mu się już nie chce.

Jeżeli PT Publiczność myśli, że Zgred nie posiada prawa jazdy (a kto wie, może nawet karty do bankomatu), spieszę wyjaśnić, że zaczynał swoją karierę kierowcy jeszcze w czasach trabantów, ład i zapalanych na szczotkę-zmiotkę fiatów 126p. I że sporo jeździł po różnych krajach cywilizowanej Europy.

I że mimo całego swojego pesymizmu jednak ma nadzieję na to, że Polska kiedyś znajdzie się w Europie Środkowej.

 

____________________________________________________________

Objaśnienia dla czytającej (być może) młodzieży:

* lekki pojazd konny, używany niegdyś na wsi do celów komunikacyjnych

** koń, na którym się jeździ

*** krótki, elastyczny pręt, służący do poganiania konia

piątek, 25 stycznia 2013

Od pewnego czasu w Lewiatanie, który połknął już księgarnie, sklepy z płytami, sklepy papiernicze, kioski i nie wiadomo co jeszcze połknie, zanim się nie udławi, oczy Zgreda atakują tzw. audiobooki z serii „Mistrzowie Słowa”. Owymi mistrzami słowa są zapewne reklamowani na okładce wielkim portretem (i takąż czcionką) aktorzy, którzy coś tam z płyty czytają. Żeby się dowiedzieć co, trzeba podejść bardzo blisko, a najlepiej wziąć wydawnictwo do ręki. W pewnych przypadkach i to może nie pomóc, wtedy należy założyć na nos okulary. Okazuje się wtedy, że jest to literatura piękna, czasem bardziej, czasem mniej; czasem pierwszorzędna (jak Ferdydurke, Idiota, Mistrz i Małgorzata), czasem drugorzędna, a nawet trzeciorzędna (jak Świat według Garpa). Jest tych płyt sporo, 2 serie, pewnie w sumie z pół setki.

I właśnie to zakładanie okularów Zgreda niepokoi. Z natury konserwatywny, Zgred z trudnością godzi się z tym nowym medium, uważając, że literatura jest do czytania, a nie słuchania; rozumie jednak, że istnieją odbiorcy niedowidzący, lub spędzający wiele jałowych godzin za kierownicą. Niepokoi go tylko takie zredukowanie tytułu i autora tego, co Mistrz Słowa publiczności odczytuje.

Być może chodzi o ten kaganek pod strzechy*? Nie łudźmy się, aktorzy czytający te teksty nie są raczej znani publiczności ze swoich dokonań teatralnych, ale z filmów, w których ich widziała. Niektórzy z nich, dzięki występowaniu w przeszarżowanych komediach albo operach mydlanych osiągnęli niewątpliwie status celebrytów i jako tacy są magnesem zdolnym zwabić nawet przypadkowego odbiorcę. Ale czy istotnie chodzi tu o promowanie literatury? Czy to ona jest tu ważna? Wygląd serii i dobór prezentowanych treści sprawia, że z natury podejrzliwy Zgred nie może się pozbyć wątpliwości.

Swego czasu Gustave Flaubert w swojej przenikliwości próbował ostrzec czytelnika przed spustoszeniem, jakie w umyśle poczynić może bezrefleksyjnie konsumowana popkultura - w jego przypadku XIX-wieczna. No i doigrał się, ledwo go widać. Dobrze mu tak, malkontentowi.


* pomijamy tu aspekt ppoż.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Jedna z naszych rodzimych prawicowych partii, która tkwi

a) w przekonaniu, że operuje w połączeniu Kraju Przywiślańskiego z Generalgouvernement,

b) w absurdalnym klinczu z inną prawicową partią,

postanowiła dokopać tej drugiej, porównując jej adherentów* do lemingów. Niby, że jak bezrozumne stado owych zwierzątek idą na zatracenie. Lemingi mają bowiem w popularnej kulturze sławę stworzeń okresowo popełniających stadne samobójstwo poprzez rzucanie się ze stromych skał do morza.

Dużą zasługę w utrwaleniu tego obrazu lemingów ma studio filmowe Disneya, które w popularnym, nagrodzonym Oskarem filmie White Wilderness  z 1958 roku taką właśnie scenę pokazało. Mało kto wie jednak, że z powodu niemożności znalezienia takiego motywu w naturze, aby nakręcić tę scenę ludzie Disneya musieli zakupić (po 25 centów od sztuki) pewną ilość lemingów od dorabiających sobie ich chwytaniem dzieci z Manitoby, a następnie w sposób niewidoczny dla widza pospychali je ze stromego klifu do morza. Na pewną śmierć. Scenę tę, która rzekomo miała miejsce po dotarciu stada lemingów do Oceanu Arktycznego, faktycznie nakręcono w Calgary, a użyty w niej gatunek leminga z zasady nie migruje**. (Ktoś kiedyś położy na jednej szali zasługi firmy Disneya dla popularyzacji świata zwierzęcego, a na drugiej wszystkie jej wobec tego świata winy, i sprawiedliwie zważy. Póki co ta amerykańska świętość jest jedynie podgryzana, ale nikt przy zdrowych zmysłach jej poważnie nie zakwestionuje: byłoby to równoznaczne z rzuceniem się ze stromego klifu do morza. Na pewną śmierć.)


Nie, żeby z naszego punktu widzenia lemingi nie zachowywały się dziwnie. Są lata, kiedy ich biocenoza*** zostaje na tyle zakłócona, że wykazują pewną dezorientację. Wmawianie im instynktów samobójczych to jednak czyste pomawianie.

W Norwegii, gdzie w odróżnieniu od Polski lemingów jest dużo, postrzega się je inaczej. Odnotowuje się ich zadziorność i waleczność: w odróżnieniu od innych małych gryzoni, leming zawsze staje do walki z większym od siebie przeciwnikiem. Opowiada się też o ich uporze i konsekwencji: ponoć gdy na drodze ich stanie im dom, nie omijają go, a przegryzają jedną ścianę (w Norwegii jest ona z drewna), przechodzą przez salon, przegryzają drugą i znalazłszy się na zewnątrz, kontynuują swoją wędrówkę. Z tej to zapewne przyczyny wielkonakładowy dziennik norweski Dagbladet używał w latach 80-tych jako logo wizerunku leminga (autorstwa Påla Hansena) by podkreślić swoją zadziorność, waleczność i upór w dochodzeniu do prawdy.

 

_______________________________________________________________

Wyjaśnienia trudnych słów na wypadek, gdyby na ten blog przypadkiem natknęła się młodzież, i, nie daj Boże, to przeczytała:

*zwolenników

**przemieszcza się

***organizmy roślinne, zwierzęce i mikroorganizmy danego środowiska

Tagi: lemingi
20:17, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 stycznia 2013

Tempora mutantur,  et nos mutamur in illis, mawiali starożytni. Nie przewidzieli jednak niesamowitego przyspieszenia, które funduje czasom szeroko rozumiany liberalizm w połączeniu z rewolucją informatyczną. Nos mutamur in illis? Nie wszyscy.

W słusznie minionym PRL-u tzw. decydenci żywili naiwną wiarę, że społeczeństwo w swojej masie da się dźwignąć na wyższy poziom kultury, maltretowali je zatem Teatrem Telewizji, Pegazem, przysłowiowym już Kabaretem Starszych Panów, czy Festiwalem Piosenki w Opolu, w którym – jak widać z perspektywy czasu, sporo było propozycji na bardzo przyzwoitym poziomie artystycznym.

W latach 90-tych okazało się, że społeczeństwo, o dziwo, w znacznej części życzy sobie czegoś zupełnie innego. Do głosu doszła kultura dyskotek w remizach strażackich, proponujących zupełnie nowy sound, czyli muzykę znaną jako „disco polo”. Zachodnie koncerny weszły na rynek z propozycją zupełnie innej prasy niż dotychczasowa, siermiężna prasa partyjna. Przećwiczywszy u siebie dużo wcześniej tabloidy, na pewniaka wdarły się z nimi do naszych kiosków, nie przejmując się, że jakaś Katarzyna B. może wskutek którejś ich publikacji utracić cześć.

Ludzie, jak to się dziś elegancko mówi, o „niewielkim kapitale kulturowym”, w komunizmie wbrew oficjalnym hasłom zahukani i marginalizowani, nareszcie dostali też swoją telewizję, nie brzydzącą się owego disco polo, pokazującą to, co najprzedniejsze, a więc amerykańskie filmy i seriale (a także wybrane polskie, jak ten o czterech dzielnych mieszkańcach czołgu i ich sympatycznym sierściuchu), co więcej, dającą im możliwość oglądania tam samych siebie! Big Brother uzmysłowił im oto, że każdy z nich może się pojawić w szklanym okienku, każdy może mieć swoje warholowskie pięć minut sławy. Owi widzowie pchają się więc do TV na wyprzódki, gotowi pojednać się tam na wizji z wyrzuconą niegdyś z domu córką, lub opowiedzieć wszystkim  o swoich skłonnościach, niegdyś uznawanych za wstydliwe.

Wspomniany Big Brother dokonał jeszcze jednego: skutecznie zakwestionował ogólnie przyjęte dotąd  w ludzkich umysłach połączenie „praca-wynagrodzenie”. Oto okazało się, że ciężkie pieniądze można dostać za samo bycie, ewentualnie za wysłanie w stosownym momencie na stosowny numer stosownego SMS-a. Ale to odrębny temat.

Polacy w swojej masie przystosowali się do nowej rzeczywistości zdumiewająco szybko. Za zmieniającymi się czasami nie nadążył, co już nieraz odnotowano, tylko polski inteligent. W poprzednim, niesłusznym systemie nie było mu najgorzej; musiał co prawda knuć przeciwko komunie i trochę biedował, ale jego wysoka pozycja społeczna nie była specjalnie kwestionowana. Szczycił się znajomością trudno dostępnych pozycji literackich, bywał tam, gdzie wypadało bywać i gdzie spotykał równych sobie. Oglądał kino moralnego niepokoju. Tzw. społeczno-kulturalna prasa kwitła i wyćwiczony w pojmowaniu aluzji mędrek zawsze znalazł w niej coś smacznego dla siebie.

Ostanie 20 lat to zmierzch tradycyjnego polskiego inteligenta. Przygięty do ziemi natłokiem informacji, której nie potrafi przesortować, przytłoczony dostępnością wszystkich możliwych pozycji literackich i filmowych, zmuszany do obcowania z nowinkami technicznymi on, który niegdyś szczycił się byciem „humanistą” i kontestował współczesne gadżety, sam się, jak to się obecnie mówi, wykluczył. Jest w głębokim odwrocie. Nie znający języków obcych, ale za to pielęgnujący piękną polszczyznę, słysząc dookoła „tą książkę” zamiast „tę książkę”, „oboje” zamiast „obaj”, czy zestawienia typu „półtorej miesiąca”, zasłaniając uszy wycofał się do swojej wieży z kości słoniowej w bloku, pełnej zakurzonych książek i analogowych płyt z operowymi ariami, skąd z przerażeniem śledzi ów nowy, coraz mniej zrozumiały dla niego świat nowych technologii i nowych ludzi.

W tym nowego typu inteligentów, dla których sugerowałbym nazwę „inteligenci hybrydowi”.

Inteligent hybrydowy, bo czerpie swój napęd zarówno z kultury tzw. „wysokiej”, jak i „niskiej”. Ma wyższe wykształcenie (choć niekoniecznie uniwersyteckie), śledzi w TV swoje dwa ulubione seriale (w tym „Doktora House’a”), ale też chadza do kina – i to nie tylko na najbardziej kasowe pozycje, od prasy tabloidowej trzyma się z dala, czasem przeczyta jakąś głośną książkę, chociaż preferuje formy krótsze, jak blog. Nie rozstaje się ze swoim laptopem. E-mailu nie używa do pisania listów, tylko wiadomości. Zdarza mu się trafić na koncert muzyki poważnej, mówi mu coś nazwisko Polański, ale nieco lepiej orientuje się kim jest, jak to się niekiedy elegancko określa, „pani Doda”. Czytuje wybraną prasę tygodniową. Snobując się, wzorem dawnych inteligentów, na wspomnianych ludzi o „niewielkim kapitale kulturowym” (jak to swego czasu czynił literat M.N.) mówi takim samym jak oni, mocno uproszczonym, za to bardzo wyrazistym  językiem, ale za to – w odróżnieniu od nich  rozumie w 90 % język wiadomości TV i gadających tam głów. Ze swadą mówi po angielsku. Zżyma się na „puszczane przez polityków ogniste bąki”, jak to zręcznie określił Andrzej Stasiuk, ale w odróżnieniu od gardzących polityką pięknoduchów z dawnych czasów, pasjonuje się nią, i nie przebierając w słowach daje temu wyraz w internetowych komentarzach. Słowem, w nowych czasach czuje się jak ryba w wodzie.

Z dawnego typu inteligentem, linearnie postrzegającej świat sierocie po Gutenbergu, on, wychowany na kulturze obrazkowej, nie czuje wielkiego powinowactwa.

Do „rządu dusz” nie pretenduje.

1 ... 11
 
Tagi