RSS
sobota, 14 grudnia 2013

Osoba bliska Zgredowi stwierdziła, że najwyższy czas na nowy wpis w blogu, a że Zgred jest karny, zaraz się do tego zabrał. Z wydarzeń, które ostatnio go zainteresowały:

I

Pewien Błyskotliwy Podróżnik w Hawajskiej Koszuli wyraził się następująco o papieżu Franciszku:

- Jak widzę go w niechlujnych butach, w szatach liturgicznych, kiedy sprawuje liturgię, jest namiestnikiem Jezusa Chrystusa na Ziemi, Króla Królów, to oczekiwałbym, żeby nie miał tych okropnych buciorów!

Bardzo to ciekawe. Nie sądzę, żeby Podróżnik sugerował Papieżowi pozbycie się butów w ogóle, na podobieństwo swoje:

 

Tu chodzi o pewne rozdarcie między występującą często u rasowych inteligentów potrzebą kwestionowania autorytetów, a pewną atawistyczną potrzebą potwierdzania swojej wiary (a Podróżnik z wyzywającą dumą mówi o sobie „katol”) poprzez doświadczanie swojej własnej małości wobec przejawów jej przewagi i potęgi. Nie różni się w tym od chłopa pańszczyźnianego, któremu potrzebna była łacina, złoty przepych wiejskiego kościoła i haftowany ornat księdza do tego, by rozdziawił gębusię i zadumał się nad własną nicością wobec Wiary… Może Podróżnik ma to w genach? Jak tłumaczy:

…chciałbym, aby Jezus był uszanowany gestem, słowem, czynem, butami, strojem i tutaj Benedykt był jeszcze lepszy od Jana Pawła II.

 

Co on ma z tymi butami?

Swoją drogą, czyż dająca się zauważyć w pewnych inteligenckich kręgach tęsknota do tradycji przedsoborowych, np. uczestniczenie w mszach trydenckich nie wydaje się mieć podobnego podłoża?

II

Zgred wyczytał, że w Polsce awans społeczny polegający na tym, że dzieci rodziców mających wykształcenie podstawowe same osiągają co najmniej średnie, jest udziałem 7% młodych ludzi i pod tym względem jesteśmy na ostatnim miejscu w Europie.

Jeszcze niedawno zachłystywaliśmy się rosnącym tzw. współczynnikiem skolaryzacji w szkolnictwie wyższym, który w ostatnich 20 latach wzrósł czterokrotnie. I nie przejmowaliśmy się tym, że ilość nigdy nie przechodzi w jakość, i że ten wzrost osiągnięty został lawinowym przyrostem liczby komercyjnych Wyższych Szkół Czegoś i Czegoś o bardzo zróżnicowanym poziomie.

 

Co znaczy owe 7%? Ano, że bieda nad Wisłą stała się mniej lub bardziej dziedziczna. Bo choć liczba zdolnych dzieci rodzących się np. w popegeerowskich czworakach wcale nie jest niższa niż gdzie indziej, w zasadzie nie mają one szans na rozwinięcie swoich zdolności.

Ten sam współczynnik dla najbardziej, jak się wydaje, klasowo zafiksowanego społeczeństwa w Europie, czyli brytyjskiego wynosi 30%.

Pomyślcie sobie o tym przez chwilę, p.t. Czytelniczki i Czytelnicy. No cóż, postawiliśmy 20 lat temu na określony model rozwoju, to go mamy.

III

Zamieszanie wokół telewizyjnego show, w którym starannie wyselekcjonowaną grupę młodych ludzi wozi się z imprezy na imprezę, skrzętnie filmuje zarówno tam, jak i w wynajętym domu, dobrze nagłośnionym, żeby widz niczego nie uronił z ich odkrywczych dialogów, ani innych odgłosów, stale rośnie*. Przeróżni mądrale próbują wytłumaczyć popularność programu,

 

"zdrowe, wesołe zwierzęta" (ABR)

a ceniona przez Zgreda ABR, już przez niego w tej kwestii cytowana (wpis z 3.11), powiada:

zazdrośćmy im, że żyją sobie tak miło z dnia na dzień, nieobarczeni obowiązkami, planami i rodziną. Podziwiajmy ich – tak jak Nietzsche, któremu też tęskno było do animalnej prostoty, zachwycał się krową na łące, pogrążoną w błogim samozapomnieniu.

Zgred im NIE zazdrości, bo sam co prawda chętnie pogrążyłby się na łące w błogim samozapomnieniu (tak jak osobnik na pierwszej ilustracji w tym wpisie), ale już na taką ciężką orkę, zarówno w godzinach pracy – tzn. w dyskotekach – jak i po godzinach, i to wszystko na kacu, nikt by go nie namówił…

_____________________________________________________

* takie niemieckie zdanie mi wyszło, nie wiem skąd

środa, 27 listopada 2013

Ludzie, hodujcie indyki, bo to tylko kwestia czasu.

Jak ktoś dziesięć lat temu zainwestował w wielkie czerwone pluszowe serca, dla których nikomu jeszcze nie udało się znaleźć zastosowania, zbędne kubki w ohydne czerwone serduszka, czerwone gatki ze stosownymi, jakże słodkimi inskrypcjami i tym podobne akcesoria, otoczenie pukało się w głowę. A teraz co? Ci najbardziej łebscy jeszcze nie wrócili z wakacji na Malediwach.


Jak niektórzy włościanie poszli w dynie, stateczni ich sąsiedzi pukali się w głowę. Dynie? W pszenno-buraczannej ojczyźnie naszej? Mądrale nie słuchali, i tego roku dynie w Polsce obrodziły jak nigdy. I co? Wszystkie ZESZŁY.


Niedawno delegacja dyrektorów największych supermarketów załatwiła sobie audiencję u nuncjusza. Delikatnie sondowali możliwość przesunięcia Wszystkich Świętych (i tego tam za dusze) na okolice 1 września, bo święta te trochę przeszkadzają w skutecznym handlowaniu, start kampanii bożonarodzeniowej niepotrzebnie opóźniają. Nuncjusz życzliwie wysłuchał, ale powiedział, że musi zasięgnąć opinii Centrali. A wszyscy przecie widzą, że ludność już nie może się doczekać. Dzieci przyuczone, już widzą, że Santa Claus (kiedyś nazywał się św. Mikołaj, ale to trochę wiochą trąci) wykrzykuje „Ho, ho!”, i że ma renifera, co nie wiedzieć czemu ma Rudolf na imię, że ten Rudolf ma jakąś przypadłość, która skutkuje czerwonym nosem, i że skarpetę trzeba wystawiać…

Złośliwe języki wygadują, że czerwone ubranko Santa Clausa wzięło się z reklamy Coli (nie tych bakterii, tylko takiego płynu do odrdzewiania), bo złośliwi zawsze się znajdą, co prawdziwej tradycji uszanować nie potrafią.

Ale postępu nie zatrzymają.

Hodujcie więc indyki, za rok o tej porze będą jak znalazł!


21:13, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
sobota, 23 listopada 2013

Zgred jakoś nie zauważył, żeby ktokolwiek podjął temat daleko- i szerokosiężnych skutków istnienia Żelaznej Kurtyny, a są one nad wyraz interesujące. Zgred nie przepada za historią alternatywną, fikcją historyczną, czy historią fikcjonalną – jak go zwał, tak go zwał, rozważania na temat „co by było, gdyby” wydają mu się jałowe i nudnawe. Jest jednak pewien fragment najnowszej historii który doświadczył go na tyle boleśnie, że często sobie o niej na różne sposoby duma.


Uncle Joe (siedzi pierwszy od prawej) doskonale się bawi

O skutkach istnienia Żelaznej Kurtyny sporo się już pisało – wiadomo, tu, w tym naszym środkowoeuropejskim grajdołku i dalej na wschód, to jej właśnie zawdzięczamy choćby zapóźnienie ekonomiczne i co za tym idzie, polityczno-kulturowe. Wszystko, oczywiście, w zgodzie z niemodną teorią: zapóźnienie bazy i w konsekwencji nadbudowy. Dość nędzny byt wykształcił dość nędzną świadomość, z którą do dziś się borykamy… To oczywiście żart (więc niech mi marksiści nie wytykają, żem ich filozofię uprościł i zwulgaryzował), ale tylko do pewnego stopnia.


Tak czy owak, kiedy się popatrzy na współczesną Europę, dają się zauważyć pewne interesujące skutki istnienia Żelaznej Kurtyny także po jej stronie zachodniej. Są histerycy, którzy widząc w swoim kraju coraz to nowe meczety wieszczą rychły koniec świata chrześcijańskiego, trzeszczącego pod naporem Islamu. Dla sprawiedliwości należy dodać, że są lub były wśród nich wielkie nazwiska, takie jak Fallaci. Tę łagodną na razie paranoję (?) umiejętnie podsycają populistyczni politycy, których głos brzmi w Europie coraz donośniej.

A teraz wyobraźmy sobie, co by było, gdyby po II wojnie światowej Wuj Józef wspomagany przez kolegów w innych częściach świata nie spuścił z hukiem owej żelaznej zasłony   jak przeciwpożarowej kurtyny oddzielającej scenę, na której trwało już powojenne przedstawienie od widowni, która tylko z odgłosów stamtąd dobiegających mogła się orientować, dokąd zmierza cywilizowany świat…


No cóż, skrzętnym i pracowitym Niemcom podnieść na nogi ich zrujnowany kraj pomogliby zapewne wschodni Europejczycy, nie Turcy. Może nie Polacy (przynajmniej nie w pierwszym pokoleniu), ale Bułgarzy, Węgrzy, Rumuni… Kogo zaimportowaliby Brytyjczycy? Pewnie nie Pakistańczyków, ale np. nas, Polaków, w imię odwiecznej przyjaźni. Kogo wreszcie sprowadziliby do pracy inni pracowici protestanci (pozdrowienia dla Maxa W.) z Północy, jak myślisz, Czytelniczko, jak myślisz Czytelniku?

Zgred nie jest na tyle naiwny (bo ma na tyle wiedzy historycznej) by wierzyć, że zahamowałoby to parcie biednego Południa ku bogatej Północy – wędrówki ludów nikt jeszcze w historii nie zatrzymał  ale niektórych złych snów, które trapią dzisiejszą Europę udałoby się uniknąć. Przynajmniej na jakiś czas. Na kilka pokoleń. Przynajmniej bylibyśmy spokojniejsi o nasze dzieci i wnuki, bo któż wybiega dalej w przyszłość?

"Nie wszystek umrę..."

poniedziałek, 11 listopada 2013

Wszyscy wiemy, że Matejko Jan wielkim malarzem był. I najpolskim z polskich. Niektórzy mówią, że to pół Czech, pół Niemiec, ale to głupi jacyś ludzie są! Pepik by malował największe wydarzenia z dziejów Ojczyzny naszej? Albo Helmut? Nasz ci on, prawdziwy Polak. I jaki aktualny! Ojczyzna w niebezpieczeństwie, suwerenność już utraciła, albo lada dzień utraci, a Matejko nam przypomina, jacyśmy wielcy byli. I ostrzega. Jak na tym obrazie, gdzie Skarga Piotr kazanie wygłasza! A taki pozytywny gość ten Skarga był. I SKOK pierwszy założył, i lombard otworzył, i celibatu przed środowiskami liberalnymi bronił...


Teraz to by się w grobie przewrócił! Gendery i inne takie Ojczyznę naszą do zguby prowadzą. I prześmiewców tylu. Ot, co z Matejkowego Skargi zrobili, tfu! 


niedziela, 03 listopada 2013

We Frankfurcie nad Menem, niedaleko pewnego skwerku, stoi wielka przezroczysta klatka, a w niej stoi staromodne krzesło przy staromodnym biurku, na którym stoi staromodna lampa  i staromodny metronom, wszystko z lat dwudziestych, czy trzydziestych. No i leży jakaś książka. I jakieś papiery. Wpadlibyście na to, żeby komuś wystawić taki pomnik?  I to używając jego własnych mebli? A Niemcy wpadli.


Pomnik ten wystawili człowiekowi, który już w roku 1936, przyglądając się zjawisku muzyki jazzowej, opisał je z punktu widzenia socjologa w artykule pt. Über Jazz, i opublikował w przyciężkawym piśmie Zeitschrift für Sozialkunde. W jazzie zobaczył produkt przemysłu rozrywkowego, będącego dla niego systemem, poprzez który kontroluje się społeczeństwo…

Tak, tak... Ciekawe co by przenikliwy Teodor powiedział dzisiaj, kiedy ekspansja rzeczonego przemysłu zglobalizowała już cały świat, w coraz większym stopniu pozbawiając poszczególne kraje, regiony, ba, kontynenty, dawnych indywidualnych cech? Pewnie nic. Pokiwałby tylko głową.

Chociaż… Gdyby obejrzał w TV kolejne mutacje Big Brothera, w których gdzieś się zamyka, czy posyła grupę rozrywkowych i gotowych na wszystko młodych osób rekrutowanych „z ludu”, i co z tego dla międzynarodowego widza wynika, mógłby być w szoku.

Może zobaczyłby w nim, tak jak jego apologetka  ABR, rozrywkę dla klasy średniej – ludzkie safari dla mieszczuchów, którzy w ten sposób mogą sobie wirtualnie pomarzyć o prostym życiu bez zobowiązań, spędzanym na beztroskiej zabawie i orgii. [W której uczestnicy] występują w roli zdrowych i wesołych zwierząt, co stanowi ostatnie wcielenie mitu ludowej prostoty.

Ciekawe, czy by się pod tym podpisał?

Taaaak… Przenikliwy Teodor doszedł do swoich konstatacji siedząc na staromodnym krześle, przy swoim staromodnym biurku, i przelał je na papier oświetlony staromodną lampą, być może słuchając przy tym miarowego tykania swojego metronomu. Nie aplikował (jak się dziś to pięknie po polsku nazywa) o żaden grant na badania rozwoju ludzkich społeczności, bo takowego wtedy nie było. A jakby był, to i tak nikt by mu go nie dał.

A mimo to ma zapewne największą liczbę cytowań w socjologicznym piśmiennictwie poświęconym kulturze, i tak już zostanie.

No i ma ten swój pomnik.

15:00, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 października 2013

Nie dalej jak tydzień temu Zgred, przebywając na kampusie stołecznego uniwersytetu pewnego północnego kraju i translokując się około południa z biblioteki, gdzie był coś pilnie badał, do stołówki, gdzie miał nadzieję się posilić,  usłyszał niezwykłe dźwięki, które spowodowały, że przystanął, zasłuchał się i przez czas pewien zapomniał o strawie*.

Dźwięki wydawał niezwykły blaszany instrument w kształcie UFO, trzymany na kolanach przez chłopaczka, który uderzając weń palcami i dłonią od niechcenia coś sobie na nim wygrywał. Uśmiechał się przy tym anielsko do przebiegających mimo ludzi, jakby miał do dyspozycji wszystkie poranki świata**.  Wspomnienie tej muzyki nie dawało Zgredowi spokoju, aż zasiadł do komputera i jął w nim kopać a drążyć. I znalazł: instrument nazywa się hang, powstał w r. 2000 (naszej ery) w Szwajcarii jako dzieło niejakiego Felixa Rohnera i Sabiny Schärer***. Dziś ma setki użytkowników, a brzmi tak:

 

Niestety, szperanie w nieocenionym YouTube nie pomogło, i TAKIEJ muzyki, jak owego późnego poranka w północnej stolicy znaleźć się Zgredowi nie udało. Być może chodziło tu o nastawienie grajka, który grał sobie, muzom i przechodzącym ludziom, bo go coś miłego tego ranka (a może poprzedniej nocy) spotkało? A może o północny jesienny wiatr, który niósł te dźwięki?

A skoro mowa o pięknej muzyce granej przechodzącym ludziom, to teraz będzie o KORZE. Nie, nie o niegdysiejszej artystce, obecnie celebrytce, a o instrumencie szarpanym o dziwnie pięknym dźwięku, który Zgred kilka miesięcy temu usłyszał na Ponte Fabricio, moście wiodącym na Isola Tiberina w Wiecznym Mieście.

I znów szperactwo sieciowe dało efekt; instrument pochodzi mianowicie z Afryki Zachodniej, bodaj z Mali, i brzmi tak:

 

Ów Jali (czyli „bard”) nazywa się Toumani Diabate. Prawda, że pięknie przędzie? I ta opowiastka jako bonus…

______________________________

* Zdanie wielokrotnie złożone, ale przecie zrozumiałe? Taką przynajmniej Zgred ma nadzieję…

** Taka sobie literacka aluzja, a co, nie wolno?

*** A Zgred lata całe twierdził, że jedyne, co Szwajcarzy dali światu, to zegar z kukułką…

Tagi: hang kora
08:59, tobiasz2013
Link Komentarze (4) »
środa, 16 października 2013

Zgred właśnie (rychło w czas) zauważył, że w tym roku minęła 5 rocznica śmierci Gustawa Holoubka. Gdyby żył, miałby 90 lat. Jeden z ostatnich z wielkich...



Był bohaterem wielu anegdot. Zgreda ulubiona to ta, w której

do warszawskiego SPATIF-u* wpada pijany Jan Himilsbach** i od progu krzyczy:

- Inteligencja, wyp…ać!

Na co wstaje Holoubek, rozgląda się po sali, i mówi:

- Nie wiem jak państwo, ale ja wyp…am.



Był też niezrównanym ponoć opowiadaczem anegdot. Zanotowano taką, dotyczącą ponoć Kaliny Jędrusik***.

Słynąca z niewyparzonego języka aktorka, zapaliła na scenie papierosa podczas próby. Podszedł do niej strażak i powiedział:

- Tu nie wolno palić.

Jędrusik odparła ze spokojem:

- Odp...l się, strażaku.

Ten się zasępił i poszedł przemyśleć sprawę za kulisy. Po chwili wrócił na scenę, ale tam już nie było Jędrusik, tylko Barbara Rylska****. On był jednak tak wściekły, że tego nie zauważył. Krzyknął do Rylskiej:

- Ja też potrafię przeklinać, ty k... stara!.

Zszokowana aktorka pobiegła do reżysera Edwarda Dziewońskiego***** i opowiedziała mu o wszystkim. Wściekły reżyser poszedł do strażaka i powiedział:

- A pan jest ch...!

Przy czym to był już inny strażak.

 

Przy tym nie ma znaczenia, że nie udało się znaleźć Kaliny Jędrusik w obsadzie żadnej sztuki w reżyserii Dziewońskiego; anegdota ładna i tyle.

Mówili o nim, że to godny następca Franza Fischera******. Dla Zgreda jednak będzie to zawsze genialny aktor, z tych nieserialowych, który zawsze co prawda grał siebie, ale za to jak! Zgred nigdy go nie zapomni jako Wolanda w telewizyjnej adaptacji „Mistrza i Małgorzaty”…

 

______________________________________________________

 Dla czytającej młodzieży:

 *legendarny niegdyś lokal Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu

**Z zawodu kamieniarz, pisarz i aktor-naturszczyk, barwna postać tamtych lat. Zagrał w kilkudziesięciu filmach, m.in. w słynnym „Rejsie” Piwowskiego. Na motywach jednego z jego znakomitych opowiadań powstał równie znakomity film „Fucha” – nie mylić z późniejszym słabym filmem Skolimowskiego pod tym samym tytułem, z Jeremym Ironsem w roli głównej (ang. tytuł Mooonlighting).

***aktorka, PRL-owski symbol seksu. Ostatnio Wajda, ponoć na prośbę jakiegoś biskupa wyciął ze swojej wersji „Ziemi obiecanej” scenę, sugerującą fellatio w wykonaniu rzeczonej na Danielu Olbrychskim.



****Jeszcze jedna PRL-owska aktorka, związana z warszawskim Teatrem Kwadrat.

*****Zwany ”Dudkiem”. Dyrektor teatru, kabaretu, reżyser i aktor kabaretowy („Jeżeli nie Kuba, to moje nazwisko pana nic nie powie” – wtajemniczeni będą wiedzieli, o co chodzi).

******Tych przypisów robi się za dużo. Sam(a) sobie sprawdź, złotko.

Tagi: Holoubek
01:11, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
środa, 09 października 2013

Dzisiaj życie dopisało glossę do poprzedniego wpisu Zgreda:

Afera na Politechnice Wrocławskiej. Profesor aresztowany

"Legnicki sąd na trzymiesiące aresztował w środę prof. Adama J. z Politechniki Wrocławskiej. Ten światowej sławy specjalista w dziedzinie elektroniki i automatyki, członek Polskiej Akademii Nauk, jest podejrzany o to, że wraz z kilkoma pracownikami uczelni wyłudził prawie 1,8 mln zł grantów. (…)
- Proceder polegał na pozyskiwaniu z uczelni oraz z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego środków na prace badawcze z zakresu informatyki, które w rzeczywistości nie były wykonane - tłumaczy Liliana Łukasiewicz z Prokuratury Okręgowej w Legnicy. - Wszyscy oskarżeni zawierali umowy-zlecenia na wykonanie prac cząstkowych z doktorantami, studentami oraz przypadkowymi osobami, niemającymi żadnych kwalifikacji do wykonania prac objętych umowami. Później, mimo iż wiedzieli, że prace nie zostały wykonane lub wykonano je nierzetelnie, rozliczali przyznane środki w stanowiących podstawę do wypłaty raportach końcowych. Wprowadzili tym w błąd Politechnikę Wrocławską, a także Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, bo pieniądze za rozliczanie prac pobierali nienależnie.

Nieoficjalnie wiadomo, że wśród osób, którym zatrzymani mieli podzlecać niektóre zadania, byli najczęściej członkowie ich rodzin i znajomi. Wśród nich byli m.in. katechetka i człowiek zajmujący się wydawaniem książek telefonicznych."



Dlaczego Zgreda to nie dziwi? Profesor, ponoć światowej sławy specjalista, być może jest Bogu ducha winny. Chociaż nie, winę tak czy owak ponosi - za dobranie sobie takiej ekipy. Ale cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że profesorom nie powinno się powierzać zarządzania czymkolwiek. Wiedzą o tym doskonale Amerykanie, gdzie np. od zarządzania uniwersytetem jest kanclerz, a profesor jest od zasiadania i badania



...na przykład Manuskryptu Voynicha

Tagi: granty
18:59, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 października 2013

Zgred natknął się onegdaj na stronę internetową dotyczącą pewnego historyka i dziennikarza, żyjącego od lat w Australii i tam dłubiącego w dziejach polskiego podróżowania, uchodźstwa, emigracji etc., czyli szeroko pojętego polskiego szwendania się po świecie*. Zgred znał był** do tego czasu jeden tekst rzeczonego historycznego żurnalisty, dotyczący bytności Polaków na pewnej niewielkiej wyspie. Tekst kilkunastostronnicowy, solidny, z emanującym z niego dogłębnym znawstwem przedmiotu. Onegdaj zaś Zgred odkrył, że ów polski Australijczyk w taki sam sposób, w osobnych artykułach, opisał bytności Polaków w Monachium, Maroku, Dreźnie, Albanii, Islandii, Lichtensteinie, Monako, Wenezueli, Irlandii, Afganistanie, krajach bałtyckich, na Islandii, Malcie, Madagaskarze i wielu innych miejscach dalszych lub bliższych. Będąc pod wrażeniem, Zgred zadumał się nad pracowitością owego człowieka i pomyślał z szacunkiem o tych wszystkich znanych mu z przeszłości książkowych molach, zasuszonych bywalcach bibliotek, pracowicie niżących słowa na przewodnią jakąś nić, i wydających swoje dzieło za równowartość dwóch pensji w jakimś obskurnym uniwersyteckim wydawnictwie...

Bo dziś robi się naukę inaczej. Nowocześnie. Dziś zdobywa się GRANT. Na przykład na dzieło pt. "Wiersz litanijny w kulturze współczesnej Europy".

http://www.wiersz.uw.edu.pl/

Zapłaci za to Narodowe Centrum Nauki. Poszerzenie wiedzy na temat wiersza litanijnego musi kosztować. W tym przypadku 1.500.000 zł. Nie, to nie jest żart.

Tak oto rozwinęła się nauka polska! Nie musimy już liczyć na owych zasuszonych, staromodnych uczonych, samojednie i za grosze drążących tematy takie jak ten. Dziś powoła się zespół, ileś tam osób przy tym się wyżywi. Dzieło o wierszu litanijnym, na które czekają tabuny stęsknionych miłośników literatury, niechybnie powstanie. Ku chwale nauki polskiej!

Że co, że ilustracja nie na temat? No to co, jest jesień, a to taki ładny jesienny obrazek

___________________________________________

* gość nazywa się Marian Kałuski, nawiasem mówiąc. 

** ten czas, dziś już nieznany, nazywa się "zaprzeszły", czyli Plusquamperfectum, nawiasem mówiąc. Dobrze, że zniknął, bo po cholerę komu taki czas?

czwartek, 12 września 2013

Ponieważ Zgred wierzy w dychotomię wszechrzeczy i konieczność zachowania pewnej ogólnej równowagi, pokazuje dziś jaki wyraz nostalgia znaleźć może tym razem po stronie wschodniej. Oto piękna ballada Bułata Okudżawy o Dziesiątym Batalionie Desantowym, napisana dla filmu „Dworzec białoruski” Andrieja Smirnowa w 1970 r.

 

A jak ballada ta została wykorzystana w w/w filmie, można zobaczyć pod adresem:

http://www.youtube.com/watch?v=Dum2sKxOa8c

 Jeśli ktoś chce zgłębić jej tekst, Zgred usłużnie go przytacza:

 

Десятый наш десантный батальон

Здесь птицы не поют,
Деревья не растут.
И только мы к плечу плечо врастаем в землю тут.
Горит и кружится планета,
ад нашей Родиною дым.
И, значит, нам нужна одна победа,
Одна на всех. Мы за ценой не постоим!
Одна на всех. Мы за ценой не постоим!

Припев: Нас ждет огонь смертельный,
И все ж бессилен он.
Сомненья прочь:
Уходит в ночь отдельный
Десятый наш десантный батальон.
Десятый наш десантный батальон.

Лишь только бой угас,
Звучит другой приказ.
И почтальон сойдет с ума, разыскивая нас.
Взлетает красная ракета,
Бьет пулемет, неутомим.
И, значит, нам нужна одна победа,
Одна на всех. Мы за ценой не постоим!

От Курска и Орла
Война нас довела
До самых вражеских ворот. Такие брат дела...
Когда-нибудь мы вспомним это
И не поверится самим,
А нынче нам нужна одна победа,

Одна на всех. Мы за ценой не постоим!

Одна на всех. Мы за ценой не постоим!

Tagi: Okudżawa
21:34, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
Tagi