RSS
niedziela, 11 lutego 2018

Niniejszy wpis powstał na zamówienie przyjaciela Zgreda, Tomasza M., którego znudziły elukubracje niniejszego autora na temat dziwności użycia słowa „półtora” przez ludność kraju. Zgred długie lata wierzył, że jest to odmieniający się przez rodzaje liczebnik, stąd „półtora roku/miesiąca” (bo ten rok/miesiąc), ale „półtorej doby” (bo ta doba). Powszechne jednak w ludzie polskim traktowanie słowa „półtora” jako rzeczownika i używanie go w zaskakującym połączeniu z innym rzeczownikiem, np. „półtorej miesiąca/roku” skłoniło Zgreda do rewizji swojego spojrzenia na gramatykę naszego języka. Zgred ma bowiem wielką wiarę w zasadę „skoro wszyscy ci mówią, że jesteś pijany i nie powinieneś prowadzić samochodu, to oddaj kluczyki i idź spać”*. Tak więc Zgred przyjął do wiadomości, że uczeni w piśmie się mylą i „ta półtora” to jednak rzeczownik, a nie liczebnik i postanowił sobie tę półtorę wyobrazić. Zgred ma w tym niejaką wprawę, bo odkrył już kiedyś każuala (wpis „Chrońmy każuale!” z 19 marca 2013). Zgred wyobraża sobie, że tu może też chodzi o jakieś zwierzę, które roboczo można nazwać np. unumetdimidialis zgredilis. Półtora mogłaby na przykład wyglądać jak ta oto półtora nieszczęścia:

 

Inne wersje półtorej są oczywiście dopuszczalne i Zgred ogłasza niniejszym konkurs na jej wizerunek. Najlepsze półtory będą nagradzane.

-------------------------------------------------------------------

*Oczywiście z wyjątkiem sytuacji, kiedy ci „wszyscy” zmówili się, żeby cię odrzeć z godności i podmiotowości, bo chcą, żebyś został na kolanach; wtedy walcz i upieraj się, że jesteś trzeźwy, nie trać nadziei, że może znajdziesz kogoś, kto cię w tym utwierdzi – śmiało siadaj za kierownicę i udowodnij tej bandzie.

10:54, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 lutego 2018

Tak się jakoś składa, że nikt z cenionych przez Zgreda i chętnie przez niego czytywanych ludzi pióra nie tryska entuzjazmem do aktualnej wersji Polski. Zgred wielokrotnie się zastanawiał, dlaczego tak jest i jakoś nie potrafi znaleźć sensownej odpowiedzi. Może oni wszyscy mają jakiś feler, jakąś skazę, która każe im kwestionować, krytykować, podważać i ogólnie nie pozwalać się ponieść fali entuzjazmu z powodu, że Kraj Przywiślański wreszcie odzyskał podmiotowość i jest w świecie traktowany z coraz większym respektem? Może dokucza im wszystkim śledziona, albo inny jakiś organ, w związku z czym nie potrafią cieszyć się życiem w wolnym, demokratycznym, praworządnym i coraz sprawiedliwszym kraju, w którym trwa długo wyczekiwany proces wymiany elit z gorszych, tylko polskojęzycznych, na lepsze, nasze?

Na przykład taka A. Bielik-Robson, już kiedyś przez Zgreda przywoływana przy okazji napomknięć o fenomenie Big Brothera i Warsaw Shore (wpisy z 3 listopada i 14 grudnia 2013) marudzi w wywiadzie w taki oto sposób:

Polska jest w stosunku do Zachodu kompletnie zaburzona czasowo. Oświecenie miało rządzić kierunkiem historii, decydować o tym, czym jest postęp, nakreślić mapę dziejów powszechnych. A polskie społeczeństwo jakoś z tych kolein wypadło, tkwi w osobliwej achronii, ahistorycznym bezczasie. […] Oczekiwanie, że nagle Polska nadrobi 500 lat trwałego zapóźnienia, jest naiwnością. […] Nie wystarczyło otworzyć kolejnego wydziału europeistyki i zagonić tam studentów w oczekiwaniu, że po kilku latach wyjdą z nich gotowe kadry modernizacyjne. Jak mówią specjaliści od historii intelektualnej, pewne idee muszą się głęboko zakorzenić, muszą uzyskać tzw. długie trwanie.

I dalej:

[…] Wszyscy wiedzieli, że w polskim społeczeństwie tkwi pokusa regresu. Przecież w 1989 r. jedynie aktywna mniejszość chciała liberalno-demokratycznych przemian. Milcząca większość podeszła do tego projektu bez entuzjazmu, niewykluczone, że dalej wolałaby tkwić w PRL, takim „fajnym, jak za Gierka”.

 

[…] Duża część społeczeństwa, która najpierw nie bardzo chciała zmian, a ostatecznie nie skorzystała na nich dostatecznie, dorwała się w końcu do głosu i zaciągnęła hamulec. Wybrana przez nią partia rządzi, tanecznym krokiem wracając do PRL, ale pod auspicjami antykomunizmu. Jarosław Kaczyński znakomicie rozgrywa wszystkie nostalgie związane z ideą państwa jako przedszkola, w którym nikt nie musi stawać się dorosły, nikt nie musi się o nic troszczyć, bo zrobi to pani wychowawczyni.


Ci bardziej wyrywni to wówczas tylko zdradzieckie łże-elity, które jak wiadomo, kradną i żerują na prostym ludzie. Transformacja to krwiożerczo-złodziejski akt kolonizacyjny. Historia III RP natomiast to historia uzurpacji, zamachu stanu, jakiejś obcej normy narzuconej z zewnątrz, tym razem przez Brukselę. W PiS jest dużo inteligencji, która postanowiła wypowiedzieć posłuszeństwo transformatorom. Jako narodowi inteligenci pełnymi garściami korzystają z języka postkolonialnego, traktując sytuację ostatnich 30 lat jak klasyczny najazd konkwistadorów z Zachodu, któremu musi się przeciwstawić to, co autentycznie polskie. […] Tutaj najważniejszy jest resentyment wobec wszystkiego, co jakoś obce, podsycany przez religię monolityczną, czyli dla wszystkich bez wyjątku. Ideałem, do którego ten regres odrzucający transformację zmierza, to Polska będąca syntezą różnych okresów PRL. Władysława Gomułki, żeby ciągle gonić te paskudne elity i zapewniać masom to miłe poczucie egalitaryzmu.

 

Kardynała Wyszyńskiego, żeby dać im religię w postaci zamkniętego w sobie ludowego katolicyzmu, dla którego nie ma żadnej alternatywy. I Edwarda Gierka, który dosypuje kolejne 500 plus, a więc daje poczucie ekonomicznego zadowolenia. To jest oferta, która jeśli się nie sypnie gospodarczo, jest nie do przebicia.

[...] [Wyborca] zawsze wybierze PiS, bo ta partia oferuje mu pakiet doskonały. Co można sobie lepszego wymarzyć, syntezę różnych okresów PRL plus telewizję, która mówi od rana do wieczora, że jesteś solą ziemi i prawdziwą elitą, oraz księdza, który mówi to samo? Nikt tego nie przebije.


piątek, 19 stycznia 2018

A trochę z boku kracze Chris Niedenthal. Jakby ktoś nie skojarzył, chodzi o gościa, który w Warszawie w stanie wojennym pstryknął to zdjęcie, setki razy reprodukowane:

 

A kracze trochę z boku, bo on nie do końca nasz.  To trochę jednak Angol. Ktoś powie, że Niedenthal has gone native, jak mówią w dyplomacji, uzasadniając konieczność odesłania dyplomaty do domu. Ale Zgred nie wierzy, że ten gość jest całkiem Polakiem, mimo rodziców, obywatelstwa i Polonia Restituta. Bo zdążył nasiąknąć tamtą kulturą, chociaż się od niej odżegnuje. Dla Zgreda kryterium jest sposób picia herbaty, którą Niedenthal jeszcze czas pewien po przeprowadzce do Polski sporządzał w obrzydliwej, angielskiej wersji, u nas, nie wiedzieć czemu, zwanej „bawarką”. Więc daleko mu do 100% polskości, z naszym cienkim czajem, niekiedy wciąż zaparzanym z „esencji”, a nawet z użytej już raz torebki, jak w Poznaniu i Krakowie… Więc jednak patrzy na Polskę trochę z boku, nie ma siły. Ale też jest na nią chory, jak Celiński. Rzecze ów Niedenthal:

[…] Wydaje mi się, że przez ostatnie 27 lat Polacy nie zdążyli polubić własnego państwa, dlatego trochę im nie zależy, że właśnie jest niszczone. Urodziłem się w Londynie, ale w Polsce przeżyłem najlepsze chwile swojego życia i smutno mi, że kraj, który pokochałem, tak brzydko się zmienia.

[…] W głowie mi się nie mieści, jak w mieście, w którym powstanie warszawskie otaczane jest takim kultem, można było dopuścić do przemarszu faszystów. […] Czuć było, że czują się pewnie. Mają ciche przyzwolenie ze strony władz. Nie muszą się już kryć ze swoimi poglądami. Jak mogło dojść do tego, że ksiądz błogosławi oenerowców przed marszem? Dzwonią do mnie znajomi z zagranicy i pytają, co się dzieje. Polska w oczach Europy staje się krajem niezrozumiałym, obcym.

[…] Jak się spojrzy szerzej na to, co się dzieje na świecie, to rzeczywiście widać jakiś zły trend. Działania Putina na Ukrainie, wybór antydemokratycznego prezydenta w USA, tak jakby ludzie zmęczyli się tym długim okresem bez wojny i podświadomie do niej parli. Pozornie to brzmi bez sensu, ale jest w nas jakiś gen samozagłady i obym się mylił, ale chyba właśnie się uaktywnia. Zapomnieliśmy już, czym jest wojna, i zaczynamy niebezpiecznie flirtować z myślą, że może nie byłoby takie złe podpalić świat jeszcze raz.

(z wywiadu w Polityce)


fot. Michał Buddabar

[…] Nieocenioną rolę w praniu mózgów pełnią tak zwane narodowe media. Zadziwiająco dużo osób nadal je ogląda, słucha tej propagandy rodem z PRL-u. Przecież ten styl konstruowania przekazów informacyjnych, styl mówienia, myślenia i tłumaczenia jest wypisz wymaluj z czasów komuny. I wciąż to działa na ludzi.

[…] Jest mi przykro, że PiS przytrafił się nam właśnie w momencie, gdy ciężka, mozolna praca Polaków w stronę integracji z Zachodem zaczęła przynosić efekty. Mieliśmy jakąś pozycję w Europie, wbrew temu, co mówi władza. Nie byliśmy na kolanach przed Unią Europejską. Za to teraz jesteśmy, bo nikt nas nie słucha, straciliśmy wiarygodność. Za chwilę nikt nie będzie chciał z nami rozmawiać. Putin zaciera ręce, bo od dawna chce zdestabilizować Unię Europejską, a teraz może to robić również naszymi rękami.

[…] Anglia też już nie jest w tej chwili normalnym krajem. Mam pecha, że należę do dwóch krajów, gdzie jeden zupełnie zwariował, a drugi wprawdzie jest w silniejszej pozycji, ale też coś mu odbiło. Przez wiele lat byłem szczęśliwy mając do dyspozycji paszport brytyjski i polski. Teraz nie jest już różowo.

(z wywiadu w WeMen)

20:15, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
piątek, 12 stycznia 2018

Zwolenników poglądu, że Polska lezie w szkodę, można z grubsza podzielić na dwie kategorie:

OPTYMISTÓW, którzy mówią np.: „Wierzę w to, że jeżeli Polacy dali sobie radę z 'dobrą zmianą' Bieruta i Gomułki, to dadzą sobie też radę z dobrą zmianą Kaczyńskiego”.

 

I PESYMISTÓW, którzy tracą, lub już stracili nadzieję, że utrzymamy się w zachodnim kręgu cywilizacyjnym.

Wśród nich jest Andrzej Celiński. Ktoś powie: śledziennik, mantyka*, kto mu dał to prawo?  Być może śledziennik i mantyka, ale bystry obserwator i autentyczny inteligent, z tych „chorych na Polskę”.

 

A jako zasłużony opozycjonista ma prawo porównywać Polskę taką, jaka jest, z tą, którą sobie kiedyś wymarzył. Rzecze oto Celiński:

[…] Polacy żyją w jakiejś fatalnej dla wolnego narodu mitologii. Spadek po 123 latach braku państwowości. Wtedy "naród" to byli ziemianie, inteligencja, w wielkich miastach kupcy. Wieś to był inny świat. W naszej mitologii większość narodu polskiego to bohaterowie, buntownicy. Tymczasem w najlepszym razie większość się nie wychylała, a w gorszym kolaborowała. Potem chłopi przejęli ten mit. Przez prawie cały dwudziesty wiek aż do dziś żyjemy mitem Polaków jako narodu wszechobecnego bohaterstwa i oporu. Karmimy się mitologią nadzwyczajności i konieczności dania odporu światu, który chce nas stłamsić. I odpychamy od siebie najgorszą z możliwych prawd […] że ciężką pracą wielu pokoleń, głupotą, zdradą, egoizmem jednostek i egoizmem klas uprzywilejowanych zasłużyliśmy na to, co mamy. Kto uwłaszczył polskiego chłopa? Kiedy? Trzeba było ruskiego cara i powstania styczniowego, by dać chłopu polskiemu to, co w Europie było standardem.

[…] Ja uważam, że sprawa, polska sprawa, jest przegrana. […] Przez Donalda Tuska. […] Najpierw głupawy, prymitywny neoliberalizm, potem zbliżanie się do anachronicznej, sprzedajnej, hurrakatolickiej prawicy, potem rezygnacja z jakiejkolwiek wielkiej idei. […] Musiał wiedzieć, że taka polityka i takie działania, jakie prowadzi, sprawią, że po porażce jego formacji nie będzie alternatywy - poza Kaczyńskim.

[…] Polacy zorientują się, co nabroili, dokładnie w okolicach 2020-2021. [Po pierwsze, zacznie się kończyć kasa z Unii.] Po drugie, przyjdzie rachunek za emerytury i skrócony wiek emerytalny. Po trzecie, koniunktura gospodarcza Europy, która teraz rośnie, prawem cyklu będzie spadać. Ten spadek trafi nas szczególnie boleśnie. I po czwarte - przyjdzie zmęczenie dobrą zmianą. Ile można wytrzymać tę nawałnicę kłamstwa pomieszanego z głupstwem? Dwa miliony urodzonych w Polsce żyje poza jej granicami. Część z nich widzi różnicę między tu a tam.

[…] widzi pan tych narodowców w tle? Hołubionych przez część mediów, głaskanych po łysych główkach przez kolejną część mediów, dobrze wyglądających na narodowych mszach w Kościele katolickim? Ja widzę. Dziś jeszcze nie jest ich czas. Są lekceważeni. Ale oni się przygotowują. A Kaczyński przysposabia prawo, według którego będą rządzić.

[…] jest Kaczyński wybitnym, najwybitniejszym w moich oczach, analitykiem polskiej polityki. […] Wnioski, do których dochodzi, traktuje ze śmiertelną powagą. Inni się oszukują, pomijają to, co niewygodne, a on potrafi być okrutny także dla siebie. Tu jest wielki. […] Nieszczęściem jest, że tworzy politykę w czasie, gdy splot okoliczności pozwala Polakom uzyskać pozycję lepszą, niż to by wynikało z naszych atrybutów. W efekcie on, człowiek nierozumiejący współczesnego świata, Europy, mechanizmów budowania pozycji państwa, przygnieciony jakimiś kompleksami, odebrał Polakom historyczną szansę znalezienia się, w sensie politycznym i cywilizacyjnym, w centrum Europy.

------------------------------------------------------------------------------------

* staropolszczyzny się Zgredowi zachciało... Tak oto, w czasach raptownego ubożenia języka polskiego, Zgred toczy swoją walkę z wiatrakami.

16:26, tobiasz2013
Link Komentarze (2) »
środa, 27 grudnia 2017

Zgred właśnie się dowiedział, że w Anglii znaleziono fragment utworu z tzw. cyklu arturiańskiego. Rzecz najprawdopodobniej w którymś wydaniu stanowiła część nieznanego dotychczas rozdziału dzieła sir Thomasa Malory’ego funkcjonującego pod tytułem Le Morte d’Arthur*, Znaleziony utwór traktuje o przyjęciu w poczet rycerzy Okrągłego Stołu przybysza z dalekiej krainy. Utwór natychmiast przerobiono na zrozumiałą dla współczesnego czytelnika prozę, a Zgred wykonał dla Państwa niedoskonały przekład owej opowieści, a właściwie jej znalezionego fragmentu:

 

...I rzekł król [Artur]:

– Zasiądź więc z nami, szlachetny przybyszu z dalekich stron, wesel się i korzystaj z rozkoszy obcowania z tym świetnym towarzystwem, a i z tego, czym nasz skromny stół na wszystkie ościenne krainy słynie!

I zasiadł ów mąż, którego zwali Bogoomill, a który skądś z dalekiego wschodu na dwór w Kamelocie przybył, i jął wraz z innymi ucztować. Milczkiem jadł, bo językiem tutejszym, ani żadnym innym obcym, nie władał. Spozierali na niego dostojni panowie, dziwując się jego obyczajom, bo ów nos w rękaw wycierał, jedząc nieprzystojnie mlaskał, pijąc zaś wino głośno przy tym siorbał. Uznali wszelako, że takie widać obyczaje na wschodzie panują, grzeczność więc nakazywała im udawać, że tego nie widzą.

Nagle w powietrzu uniósł się  nieprzystojny fetor, którego gość najwyraźniej był źródłem, bo pan Galahad i pan Tristan, co najbliżej niego siedzieli, pierwsi swe zydle od niego dyskretnie odsunęli. Co widząc rycerz Bogoomill, wzruszywszy ramionami, jeno głośno beknął. Pan Parsifal wstał i okna pootwierał, mówiąc przy tym:

 Duchota jakowaś dziś tu panuje.

Fetor zelżał, a po chwili sczezł zupełnie, więc kompania wróciła do rozmów i spożywania darów Pańskich. Nie minęły wszelako dwie zdrowaśki, kiedy fetor znów w powietrze się wzniósł. Tym razem rycerze zydle z hałasem odsunęli i jak jeden mąż oblicza zwrócili w stronę króla, a pani Ginewra, która na zydelku nieopodal Stołu skromnie siedziała, zasłoniła zasromane oblicze muślinową chustką. Tylko rycerz Bogoomill, znów ramionami wzruszywszy, spożywał dalej, za nic mając zamieszanie, którego był sprawcą. Artur zasię rzekł, co następuje, nie krępując się wcale tym, że przybysz temu jest przytomny, albowiem i tak słowa z tego pojąć wszak nie mógł:


 Zaiste, dziwne ów rycerz ma obyczaje, ale cóż my wiemy o tej wschodniej krainie, z której przybył? Opowiadał mi Merlin, że jej mieszkańców smok jakowyś więził, co z jeszcze dalszego wschodu przybył. I że dzielny ów lud smoka pokonał. Rycerze zaś tamtejsi prawią, że smok ów piekielny chciał jakoby i nas tu zniewolić, i gdyby nie oni, już byśmy pod jego łapą jęczeli. Wdzięczność zatem dozgonną im winniśmy, prawią, a każdemu ich wysłannikowi cześć okazać nam wypada.

Przysunęli rycerze zydle na powrót do Bogoomilla, ale apetyt z kretesem utracili. Nie zdarzyło się albowiem, żeby ktoś, kto obyczaje powszechnie przyjęte lekce sobie ważył, upomnianym nie został.

Więc kiedy fetor po raz kolejny z rycerza Bogoomilla emanował, tym razem przy akompaniamencie dźwięku jakby ktoś w trombitę zadął, a sprawca hardym wzrokiem po wszystkich zgromadzonych potoczył, spojrzeli na pana Lancelota z Jeziora, który był wzorem wszelkich cnót rycerskich, a któremu więcej wypadało, niż królowi.

A pan Lancelot mocarną pięścią w stół grzmotnął, na równe nogi się zerwał, do dźwierzy skoczył i jednym szarpnięciem oba dębowe skrzydła rozwarł.

Tu urywa się znaleziony fragment utworu, a uczeni aktualnie spekulują, jaki owa opowieść miała koniec.

---------------------------------------------------------------------------------------------

*choć sam autor zatytułował swój poemat The hoole book of kyng Arthur & of his noble knyghtes of the round table.

18:16, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 04 grudnia 2017

Trwa poważna debata nad rozebraniem Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Nareszcie! Rozpirzyć to badziewie!


Damy radę. W latach 1924-1926 rozpirzyliśmy po byku cerkiew (prawie nówkę) na Placu Saskim,


to i Pałac rozpirzymy, chociaż nieco większy.

A ówczesny komentarz prasowy do tego ujęcia


NARESZCIE BĘDZIE ZBURZONY… Nasze zdjęcie przedstawia obecny stan prac nad zburzeniem  Soboru na pl. Saskim. Ten pomnik obcej tyranii niknie w oczach i jest uzasadniona nadzieja, że do dnia święta narodowego 3-go maja, nie pozostanie ani śladu z tego symbolu niewoli i ucisku.

po małej modyfikacji da się wykorzystać, będzie oszczędność.

Co prawda nasi dziadowie i pradziadowie nie byli wystarczająco konsekwentni i nie splantowali np. cmentarza prawosławnego na Woli, co może u niektórych prowadzić do dysonansu poznawczego.


No bo pójdą tam i nie będą mogli pojąć, co tam robią np. rosyjscy generałowie z rodzinami. Jak wiadomo, po nieszczęsnym Stasiu, ostatnim królu Polski (choć są rewizjoniści, którzy twierdzą, że koronowali się jeszcze po nim jakiś Aleksander i jakiś Mikołaj), zaraz przyszedł Piłsudski i posprzątał.


A wypirzyć tych ruskich!

Z wrażymi hitlerowskimi cmentarzami na terenie jednej czwartej Najjaśniejszej po wojnie sobie poradziliśmy, nawet największymi, jak na przykład Parkiem Tysiąclecia w Zielonej Górze,


to z ruskimi sobie nie poradzimy?

A poznaniakom ten ich zamek, co go jeszcze dla Wilusia pobudowali, też rozpirzyć. 


Cwaniaczki, kawałek wieży ścięli i udają, że to nie ten sam pomnik pruskiej buty:


Wszystko z tej ich praktyczności i oszczędności. Tfu. Rozpirzyć im go i już! Zwłaszcza, że sobie niedawno zupełnie nowy, elegancki zamek pobudowali.

Więc Pałac Kultury niech sczeźnie! To symbol nieprzyjemnego okresu w dziejach Polski, o którym chcemy jak najszybciej zapomnieć. Chociaż, z drugiej strony, przecież kolaborantów nie było, i cały naród stawiał tym komuchom opór? Nie, lepiej zapomnieć. Była wojna, a po wojnie przyszli dwaj tacy, co Najjaśniejszą odbudowali.

Są co prawda narody, którym własna przeszłość, nawet wstydliwa, nie wadzi. Na przykład tacy Norwegowie. Nie wysadzili w powietrze budowanego dla szwedzkiego króla pałacu,


ba, zostawili przed nim pomnik ciemiężcy! Jaj nie mają, i tyle.

Albo Włosi. Ględzą o tym, że dziedzictwo, że Rzym, że się nawarstwia, że Mussolini też był kawałkiem ich historii, srutu-tutu, więc stadion, co go im zbudował, zamiast rozpirzyć, zostawili.


 

Nawet mozaiki nie skuli, niczego nie ruszyli:


Pewnie skrycie marzą, żeby taki Duce im się znów pojawił. No ale czego się spodziewać po makaroniarzach?

Albo Francuzi. Nie rozpirzyli żadnego  z Łuków Triumfalnych, które zostały po uzurpatorze, królobójcy, samozwańczym pożal się Boże "cesarzu".


No, ale czego się spodziewać po narodzie, który to my dopiero niedawno nauczyliśmy jeść widelcem?

niedziela, 26 listopada 2017

W ostatni piątek wpadł Zgredowi w ręce piękny album, przywieziony z Białorusi. Rzecz jest o nieistniejącej już radziwiłłowskiej zbrojowni w Nieświeżu.

 

 

Autorzy zebrali w nim starannie obiekty z dawnej zbrojowni nieświeskiej, jednej z wartościowszych na świecie, rozprzedanej przez księcia Albrechta Radziwiłła* w latach 1926-1927

 

i rozproszonej obecnie po kolekcjach na całym globie. Fragmenty jej dawnej zawartości można dziś oglądać w najprzedniejszych muzeach w USA i Wielkiej Brytanii, a także w Wiedniu, Paryżu i Dreźnie. Na przykład taki:

 

Sporo miejsca w albumie poświęcono siedzibie rodu, czyli zamkowi w Nieświeżu, pięknie przez Białorusinów odrestaurowanym i stanowiącym obecnie jedną z największych atrakcji turystycznych kraju.

 

Dlaczego więc wydawnictwo zawiera opisy tylko w języku białoruskim, rosyjskim i angielskim? Dlaczego Białorusini pogardzili rynkiem polskim, na którym z pewnością sprzedaliby przynajmniej kilkanaście tysięcy egzemplarzy? Oczywiście względy ekonomiczne nie odegrały tu żadnej roli, w końcu to nie jest gospodarka rynkowa. Istotne były z pewnością względy polityczne; jakby nie było, należymy do przeciwnych sobie obozów. Zgred podejrzewa jednak, że przeważyły względy emocjonalne: Białorusini en masse po prostu za nami nie przepadają. Tak, jak Ukraińcy. I gdyby przeciętnemu, od lat karmionemu mitami o Kresach Polakowi lepiej znana była prawdziwa historia tamtych ziem, wcale by się temu nie dziwił.

Oni naprawdę nie mają powodów, żeby nas kochać. Nasza buta i arogancja wobec mieszkańców dawnych polskich (nie tylko przecież) ziem jest obecnie bardziej zawoalowana, ale oni ją czują. W stosunkach z Ukrainą kwestionujemy np. to, co mają najświętszego, czyli mit założycielski młodego przecież państwa, odmawiając mu prawa do ich własnych „żołnierzy wyklętych”, głośno domagając się wyparcia się ich i potępienia w czambuł, podczas gdy nasi, kreowani na mit założycielski Nowej Polski, są, jak wiadomo, bohaterami bez skazy. Moralność Kalego w laboratoryjnie czystej postaci.

A Marszałek i Książę z Maisons-Laffitte przewracają się w grobach.

------------------------------------------------------------------------------------------------

*Właściwie Antoniego Albrechta Wilhelma Radziwiłła.

 

Tagi: Nieśwież
14:28, tobiasz2013
Link Komentarze (3) »
wtorek, 21 listopada 2017

Zgred z przykrością i niesmakiem stwierdza, że kraj jest pełen niewdzięcznych prześmiewców i hejterów, którzy nie szanują wybranej - w końcu przez siebie - władzy, i zupełnie nie rozumieją, że robi ona wszystko dla ich dobra. W przypadku zaś Ministra Wojny dla ich bezpieczeństwa. Na przykład poprzez nabycie dla Wojsk Obrony Terytorialnej latającego, supernowoczesnego sprzętu, czyli Amunicji Krążącej WARMATE:

 

Oto próbka wpisów pod artykułem pt.

"MACIEREWICZ POKAZAŁ NOWĄ BROŃ. NIEWYKRYWALNA DLA RADARÓW. ŻOŁNIERZE MOGĄ NOSIĆ JĄ W PLECAKACH":

 

szympansjera

Oceniono 20 razy 20  

Fajnie. Misio-Pysio będzie miał się czym bawić i zaimponuje Dżesikom z wiejskiej dyskoteki w remizie. 

 

jego-wysokosc

Oceniono 18 razy 12  

No właśnie z tym noszeniem plecakach to nie bardzo, całe miejsce jest już zajęte przez onuce szt. 2, modlitewnik szt.1 i kropidło bojowe szt.1.

 

villiers

Oceniono 16 razy10  

Przepraszam, że pytam. To jest nakręcane czy na paluszki?

 

41janina

Oceniono 5 razy  

Chyba ten wariant z różańcami na granicach był bardziej skuteczny i ekonomicznie atrakcyjny. Dlaczego rezygnować z czegoś co już się sprawdziło?

 

lalamido76

Oceniono 3 razy  

Niech zgadnę: kropidło bojowe z konwencjonalną głowicą z wodą święconą?


swientyjacenty

Oceniono 7 razy 

Chińczycy kilka tysięcy lat temu mieli na wyposażeniu latawce.

 

Sebastian


Łee myślałem, że to będzie piórnik taktyczny, a do tego zestaw kredek, których nie da się zmazać.

09:14, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 listopada 2017

Przyjrzyjcie się, droga Czytelniczko i Drogi Czytelniku, poniższej mapce. Przedstawia ona linie kolejowe w Polszcze roku 1988.

 

Wyraźnie na niej widać, że na ziemiach, które jęczały pod butem Prusaka i innych, które nam bezprawnie odebrano, a które nie tak dawno odzyskaliśmy, bez pamięci podróżowano koleją. Było to możliwe, bo utuczono się tam na naszej krzywdzie i stać tych Niemców było na rozwój kolejnictwa. Widzimy tu oczywiste różnice, które władza komunistyczna czemuś tolerowała.

W rok później odzyskaliśmy podmiotowość i nowa władza postanowiła te wstydliwe różnice, ciągnące się za nami jak ten smród po zaborach, wreszcie zniwelować. Zabrało to 20 lat.

 

I jak widać, udało się to nad podziw. Koniec z dziedzictwem zaborów!

Ludność z małych miasteczek i wsi z własną stacyjką kolejową (takich jak Zgreda) dalej jednak czemuś pragnęła się przemieszczać, co rozwiązała Czarodziejska Ręka Rynku za pomocą autobusowych firm przewozowych.

No i dobrze. Wszyscy wiedzą, że transport drogowy jest dla człowieka zdrowszy od kolejowego, bo ten sunie po stalowych szynach i nie sposób wyeliminować tego przykrego dla ucha stukotu i tych wstrząsów, powodowanych przez wekslowanie na rozjazdach. No i te katastrofy kolejowe, o których się bez przerwy słyszy…

12:24, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 listopada 2017

Wynurzeń ulubionego autora Zgreda ciąg dalszy. Wygląda na to, że autor raczej nie da się do obecnej władzy przekonać, nie uważacie Państwo? I raczej nie zbuduje on mostu nad głębokim wąwozem, po którego obu stronach wrą gorączkowe prace fortyfikacyjne.

[…] … ci, co dzisiaj rządzą, są siewcami strachu, jego wytwórcami i dystrybutorami. Są słabo rozgarnięci i nie mają innego sposobu, by ludzi mobilizować. Pielęgnują najniższe instynkty. Mówią: trzeba zabrać tym, co mają, i rozdać tym, którzy zawsze będą chcieli więcej. To się nie ma prawa na dłuższą metę udać, bo w żaden sposób nie buduje społeczeństwa, tylko spycha je do pierwotnego stanu walki wszystkich ze wszystkimi. […] Nie da się zbudować społeczeństwa na fundamencie strachu, resentymentu i konfliktu. Owszem, da się je trzymać za mordę jakiś czas. Ale tylko przez jakiś. Kosensus jest podstawą trwania. Zwłaszcza w czasach dość skomplikowanych, jak dzisiejsze. Po prostu nie można mieć samych wrogów. A w powieści aktualnej opcji są sami wrogowie.

[…] Tam nie ma żadnej postaci. Trochę im współczuję. Przecież oni dobrze wiedzą, że są trochę brzydsi, trochę głupsi, trochę mniej utalentowani, trochę słabiej mówią po polsku. Niby są przy tej władzy, ale jakby nie byli. Niby dużo mogą, ale  najważniejszym ich zmartwieniem są podśmiechujki, które czyni sobie z nich elektorat negatywny. Tęsknią do jakiegoś prestiżu, autorytetu, a tu ani chu-chu. Bo autorytetu nie zdobywa się w ledwo, ledwo wygranych wyborach ani z nominacji prezesa. […] Nie mają talentu, zwyczajnie, w żadnej dziedzinie, wszędzie są średni, umiarkowani, albo słabi. […] Mają tego świadomość, dlatego chcą sobie stworzyć alternatywny świat, alternatywną rzeczywistość literacką, artystyczną, bo to jest jedyna szansa, żeby istnieli. Ale mają poczucie, że to jest skłamane, dlatego są agresywni, dlatego kłamią w żywe oczy. 

14:02, tobiasz2013
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Tagi