RSS
środa, 23 października 2013

Nie dalej jak tydzień temu Zgred, przebywając na kampusie stołecznego uniwersytetu pewnego północnego kraju i translokując się około południa z biblioteki, gdzie był coś pilnie badał, do stołówki, gdzie miał nadzieję się posilić,  usłyszał niezwykłe dźwięki, które spowodowały, że przystanął, zasłuchał się i przez czas pewien zapomniał o strawie*.

Dźwięki wydawał niezwykły blaszany instrument w kształcie UFO, trzymany na kolanach przez chłopaczka, który uderzając weń palcami i dłonią od niechcenia coś sobie na nim wygrywał. Uśmiechał się przy tym anielsko do przebiegających mimo ludzi, jakby miał do dyspozycji wszystkie poranki świata**.  Wspomnienie tej muzyki nie dawało Zgredowi spokoju, aż zasiadł do komputera i jął w nim kopać a drążyć. I znalazł: instrument nazywa się hang, powstał w r. 2000 (naszej ery) w Szwajcarii jako dzieło niejakiego Felixa Rohnera i Sabiny Schärer***. Dziś ma setki użytkowników, a brzmi tak:

 

Niestety, szperanie w nieocenionym YouTube nie pomogło, i TAKIEJ muzyki, jak owego późnego poranka w północnej stolicy znaleźć się Zgredowi nie udało. Być może chodziło tu o nastawienie grajka, który grał sobie, muzom i przechodzącym ludziom, bo go coś miłego tego ranka (a może poprzedniej nocy) spotkało? A może o północny jesienny wiatr, który niósł te dźwięki?

A skoro mowa o pięknej muzyce granej przechodzącym ludziom, to teraz będzie o KORZE. Nie, nie o niegdysiejszej artystce, obecnie celebrytce, a o instrumencie szarpanym o dziwnie pięknym dźwięku, który Zgred kilka miesięcy temu usłyszał na Ponte Fabricio, moście wiodącym na Isola Tiberina w Wiecznym Mieście.

I znów szperactwo sieciowe dało efekt; instrument pochodzi mianowicie z Afryki Zachodniej, bodaj z Mali, i brzmi tak:

 

Ów Jali (czyli „bard”) nazywa się Toumani Diabate. Prawda, że pięknie przędzie? I ta opowiastka jako bonus…

______________________________

* Zdanie wielokrotnie złożone, ale przecie zrozumiałe? Taką przynajmniej Zgred ma nadzieję…

** Taka sobie literacka aluzja, a co, nie wolno?

*** A Zgred lata całe twierdził, że jedyne, co Szwajcarzy dali światu, to zegar z kukułką…

Tagi: hang kora
08:59, tobiasz2013
Link Komentarze (4) »
środa, 16 października 2013

Zgred właśnie (rychło w czas) zauważył, że w tym roku minęła 5 rocznica śmierci Gustawa Holoubka. Gdyby żył, miałby 90 lat. Jeden z ostatnich z wielkich...



Był bohaterem wielu anegdot. Zgreda ulubiona to ta, w której

do warszawskiego SPATIF-u* wpada pijany Jan Himilsbach** i od progu krzyczy:

- Inteligencja, wyp…ać!

Na co wstaje Holoubek, rozgląda się po sali, i mówi:

- Nie wiem jak państwo, ale ja wyp…am.



Był też niezrównanym ponoć opowiadaczem anegdot. Zanotowano taką, dotyczącą ponoć Kaliny Jędrusik***.

Słynąca z niewyparzonego języka aktorka, zapaliła na scenie papierosa podczas próby. Podszedł do niej strażak i powiedział:

- Tu nie wolno palić.

Jędrusik odparła ze spokojem:

- Odp...l się, strażaku.

Ten się zasępił i poszedł przemyśleć sprawę za kulisy. Po chwili wrócił na scenę, ale tam już nie było Jędrusik, tylko Barbara Rylska****. On był jednak tak wściekły, że tego nie zauważył. Krzyknął do Rylskiej:

- Ja też potrafię przeklinać, ty k... stara!.

Zszokowana aktorka pobiegła do reżysera Edwarda Dziewońskiego***** i opowiedziała mu o wszystkim. Wściekły reżyser poszedł do strażaka i powiedział:

- A pan jest ch...!

Przy czym to był już inny strażak.

 

Przy tym nie ma znaczenia, że nie udało się znaleźć Kaliny Jędrusik w obsadzie żadnej sztuki w reżyserii Dziewońskiego; anegdota ładna i tyle.

Mówili o nim, że to godny następca Franza Fischera******. Dla Zgreda jednak będzie to zawsze genialny aktor, z tych nieserialowych, który zawsze co prawda grał siebie, ale za to jak! Zgred nigdy go nie zapomni jako Wolanda w telewizyjnej adaptacji „Mistrza i Małgorzaty”…

 

______________________________________________________

 Dla czytającej młodzieży:

 *legendarny niegdyś lokal Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu

**Z zawodu kamieniarz, pisarz i aktor-naturszczyk, barwna postać tamtych lat. Zagrał w kilkudziesięciu filmach, m.in. w słynnym „Rejsie” Piwowskiego. Na motywach jednego z jego znakomitych opowiadań powstał równie znakomity film „Fucha” – nie mylić z późniejszym słabym filmem Skolimowskiego pod tym samym tytułem, z Jeremym Ironsem w roli głównej (ang. tytuł Mooonlighting).

***aktorka, PRL-owski symbol seksu. Ostatnio Wajda, ponoć na prośbę jakiegoś biskupa wyciął ze swojej wersji „Ziemi obiecanej” scenę, sugerującą fellatio w wykonaniu rzeczonej na Danielu Olbrychskim.



****Jeszcze jedna PRL-owska aktorka, związana z warszawskim Teatrem Kwadrat.

*****Zwany ”Dudkiem”. Dyrektor teatru, kabaretu, reżyser i aktor kabaretowy („Jeżeli nie Kuba, to moje nazwisko pana nic nie powie” – wtajemniczeni będą wiedzieli, o co chodzi).

******Tych przypisów robi się za dużo. Sam(a) sobie sprawdź, złotko.

Tagi: Holoubek
01:11, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
środa, 09 października 2013

Dzisiaj życie dopisało glossę do poprzedniego wpisu Zgreda:

Afera na Politechnice Wrocławskiej. Profesor aresztowany

"Legnicki sąd na trzymiesiące aresztował w środę prof. Adama J. z Politechniki Wrocławskiej. Ten światowej sławy specjalista w dziedzinie elektroniki i automatyki, członek Polskiej Akademii Nauk, jest podejrzany o to, że wraz z kilkoma pracownikami uczelni wyłudził prawie 1,8 mln zł grantów. (…)
- Proceder polegał na pozyskiwaniu z uczelni oraz z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego środków na prace badawcze z zakresu informatyki, które w rzeczywistości nie były wykonane - tłumaczy Liliana Łukasiewicz z Prokuratury Okręgowej w Legnicy. - Wszyscy oskarżeni zawierali umowy-zlecenia na wykonanie prac cząstkowych z doktorantami, studentami oraz przypadkowymi osobami, niemającymi żadnych kwalifikacji do wykonania prac objętych umowami. Później, mimo iż wiedzieli, że prace nie zostały wykonane lub wykonano je nierzetelnie, rozliczali przyznane środki w stanowiących podstawę do wypłaty raportach końcowych. Wprowadzili tym w błąd Politechnikę Wrocławską, a także Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, bo pieniądze za rozliczanie prac pobierali nienależnie.

Nieoficjalnie wiadomo, że wśród osób, którym zatrzymani mieli podzlecać niektóre zadania, byli najczęściej członkowie ich rodzin i znajomi. Wśród nich byli m.in. katechetka i człowiek zajmujący się wydawaniem książek telefonicznych."



Dlaczego Zgreda to nie dziwi? Profesor, ponoć światowej sławy specjalista, być może jest Bogu ducha winny. Chociaż nie, winę tak czy owak ponosi - za dobranie sobie takiej ekipy. Ale cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że profesorom nie powinno się powierzać zarządzania czymkolwiek. Wiedzą o tym doskonale Amerykanie, gdzie np. od zarządzania uniwersytetem jest kanclerz, a profesor jest od zasiadania i badania



...na przykład Manuskryptu Voynicha

Tagi: granty
18:59, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 października 2013

Zgred natknął się onegdaj na stronę internetową dotyczącą pewnego historyka i dziennikarza, żyjącego od lat w Australii i tam dłubiącego w dziejach polskiego podróżowania, uchodźstwa, emigracji etc., czyli szeroko pojętego polskiego szwendania się po świecie*. Zgred znał był** do tego czasu jeden tekst rzeczonego historycznego żurnalisty, dotyczący bytności Polaków na pewnej niewielkiej wyspie. Tekst kilkunastostronnicowy, solidny, z emanującym z niego dogłębnym znawstwem przedmiotu. Onegdaj zaś Zgred odkrył, że ów polski Australijczyk w taki sam sposób, w osobnych artykułach, opisał bytności Polaków w Monachium, Maroku, Dreźnie, Albanii, Islandii, Lichtensteinie, Monako, Wenezueli, Irlandii, Afganistanie, krajach bałtyckich, na Islandii, Malcie, Madagaskarze i wielu innych miejscach dalszych lub bliższych. Będąc pod wrażeniem, Zgred zadumał się nad pracowitością owego człowieka i pomyślał z szacunkiem o tych wszystkich znanych mu z przeszłości książkowych molach, zasuszonych bywalcach bibliotek, pracowicie niżących słowa na przewodnią jakąś nić, i wydających swoje dzieło za równowartość dwóch pensji w jakimś obskurnym uniwersyteckim wydawnictwie...

Bo dziś robi się naukę inaczej. Nowocześnie. Dziś zdobywa się GRANT. Na przykład na dzieło pt. "Wiersz litanijny w kulturze współczesnej Europy".

http://www.wiersz.uw.edu.pl/

Zapłaci za to Narodowe Centrum Nauki. Poszerzenie wiedzy na temat wiersza litanijnego musi kosztować. W tym przypadku 1.500.000 zł. Nie, to nie jest żart.

Tak oto rozwinęła się nauka polska! Nie musimy już liczyć na owych zasuszonych, staromodnych uczonych, samojednie i za grosze drążących tematy takie jak ten. Dziś powoła się zespół, ileś tam osób przy tym się wyżywi. Dzieło o wierszu litanijnym, na które czekają tabuny stęsknionych miłośników literatury, niechybnie powstanie. Ku chwale nauki polskiej!

Że co, że ilustracja nie na temat? No to co, jest jesień, a to taki ładny jesienny obrazek

___________________________________________

* gość nazywa się Marian Kałuski, nawiasem mówiąc. 

** ten czas, dziś już nieznany, nazywa się "zaprzeszły", czyli Plusquamperfectum, nawiasem mówiąc. Dobrze, że zniknął, bo po cholerę komu taki czas?

Tagi