RSS
niedziela, 17 września 2017

Zgreda, jak wszystkich zjadaczy chleba pędzących żywot banalny i monotonny, fascynują osobnicy, którzy wyrastają ponad przeciętność, nie dają się nieść nurtowi i sami sterują swoim życiem – niekiedy w zaskakujących kierunkach. Owe indywidua, które dziś zostałyby zapewne zdiagnozowane jako ewidentnie odchylone od zdrowej normy (ADHD, Asperger, diabli wiedzą, co jeszcze), wzbogacają i ubarwiają świat dookoła nas, często wnoszą coś do kultury (a zwłaszcza sztuki), niekiedy zaś tylko stają się bohaterami czytanych z wypiekami na twarzy opowieści.

Bywa, że Zgred swoje fascynacje przelewa na papier, a właściwie ekran monitora w tymże blogu – vide wpis o Cartonie de Wiart, czy ostatnio Janie Potockim.

Wyobraźmy sobie teraz gościa, syna chłopki i zubożałego szlachcica, który po raz pierwszy trafia do więzienia jako nastolatek (za rozróbę w szkole), ucieka z niego, jest świadkiem rewolucji, trafia do świata przestępczego, zaciąga się do armii, walczy w wojnie, zdemobilizowany i pozbawiony środków do życia zostaje szulerem, bierze ponoć udział w produkcji pornografii. Potem trafia do wywiadu i odnosi sukcesy w zwalczaniu obcej agentury w strefie przygranicznej. Płacą mu kiepsko, więc dorabia sobie przemytem, między innymi narkotyków, zostaje kokainistą, fałszuje czeki, znów trafia do więzienia, wywalają go z wywiadu, nie mając z czego żyć wraz z kumplem - również byłym agentem - dokonuje napadów z bronią w ręku, w ten sposób zbierając pieniądze na wyprawę mającą na celu odzyskanie  ukrytych brylantów. Zakapowany przez kochankę kumpla zostaje aresztowany, na rozprawie kryje wspólnika, biorąc winę na siebie, dostaje „czapę”, ale dawne zasługi wywiadowcze ratują mu skórę (…odznaczał się brawurową odwagą. Służbę wywiadowczą pełnił z zamiłowaniem. Powierzone zadania wypełniał, nie szczędząc życia ani zdrowia – piszą dawni przełożeni do prezydenta kraju); skazują go na 15 lat, trafia do najcięższego więzienia w państwie.

 

Odsiadując wyrok zaczyna czytać i stwierdza, że trochę w życiu przeżył i właściwie miałby o czym pisać… Pisze więc, i to na tyle dobrze, że interesują się nim najwięksi literaci w kraju, a jedna z jego więziennych powieści, traktująca o przestępczym życiu na pograniczu staje się jednym z największych bestsellerów swoich czasów. Z pierdla wychodzi już jako uznany pisarz przed czasem, ułaskawiony przez prezydenta.

Część z czytelników już dawno wie, o kogo chodzi.


Tak, to Sergiusz Piasecki, autor „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”.

Z rzezimieszka i pensjonariusza więzienia na Świętym Krzyżu

zostaje wziętym pisarzem, protegowanym samego Wańkowicza… Portretowanym przez samego Witkacego.

 

Na licznych tłumaczeniach „Kochanka…” nie zarabia, bo prawa oddał wydawnictwu za pensję.

 

Swoje łotrzykowskie życie opisał Piasecki w swoich powieściach, ale mało komu znane są jego wojenne i powojenne losy. Niewiele osób wie, że w czasie wojny kierował komórką AK wykonującą wyroki (uratował wtedy niesłusznie skazanego na śmierć Józefa Mackiewicza), że po wojnie uciekł z kraju, w końcu trafił do Anglii, gdzie m.in. na różne sposoby występował przeciwko Czesławowi Miłoszowi. Niektórzy twierdzą, że Piasecki miał w tym motyw osobisty – poślubiona przez niego w czasie wojny piękna Jadwiga Waszkiewicz

 

była mianowicie w latach 30-tych kochanką przyszłego noblisty, którą ów ponoć brzydko potraktował...

Piasecki zmarł w Anglii na raka płuc w 1964. I ma tam nagrobek z niezwykłym, jak na pisarza, motywem zdobniczym:


14:22, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
Tagi