RSS
sobota, 12 sierpnia 2017

Swego czasu polskie siostry zakonne zajmowały się opieką nad słabującymi, niedołężnymi i sierotami, zmienianiem zwiędniętego kwiecia na ołtarzach na świeże i usługiwaniem notorycznie przepracowanym funkcjonariuszom w sutannach. Generalnie trzymały niski profil i nie rzucały się w oczy, raczej przemykając się pod ścianami domów, niż dumnie krocząc środkiem ulicy. W ramach licznych swoich obowiązków prowadziły też tu i tam kuchnie, i najwyraźniej niektórym z nich dobry Pan Bóg dał kulinarny talent, na co dowodem są stoiska z książkami, pełne fachowej zakonnej literatury.

Jak się wydaje, u początków tego boomu leżała zdrowa, kapitalistyczna konkurencja. Licytację rozpoczęła skromnie Siostra Maria:

 

I tu po raz pierwszy objawiła się Siostra Anastazja, przebijając ją czystą liczbą przepisów:

 

Siostra Maria spróbowała z innej beczki:

 

I natychmiast skontrowała ją Siostra Anastazja, stosując sprawdzony chwyt epatowania liczbą przepisów.

 

Kolejna próba Siostry Marii

 

zakończyła się błyskawiczną ripostą ze strony Siostry Anastazji, która dorzuciła do licytacji potrawy jarskie i znów zaepatowała* publiczność magią cyfr:

 

Tymczasem, znęcona tą jarskością, na rynku, zupełnie z boku, pojawiła się niejaka Siostra Aniela, sprawdzając, czy nie znajdzie tu dla siebie niszy.


Szybko też zauważyła, że na tym rynku działa magia cyfr, przelicytowała więc liczbowo uczestniczki gry rynkowej, jako wisienkę na torcie dokładając też grę słów, której nie powstydziłby się żaden 20-letni copywriter, as każdej warszawskiej firmy reklamowej:

 

Tymczasem Siostra Maria przeanalizowała ofertę konkurencji i doszła do wniosku, że trzeba ją przelicytować liczbą przepisów:

 

Strategia dała efekt tak znakomity, że potrzebne okazało się drugie wydanie:

 

Siostra Anastazja oparła się o liny, ale wyprowadziła naprawdę silny cios:

 

Siostra Maria długo nie mogła dojść do siebie, po czym bez przekonania wykonała wrzutkę z zupełnie innej kulinarnej dziedziny:

 

Czujnie obserwująca rynek Siostra Aniela z boku dołożyła swoje trzy grosze,

 

a z drugiego boku zaś objawiły się Siostry Sercanki, szukające dla siebie przestrzeni na rynku węglowodanów.

 

Na reakcję Siostry Anastazji nie trzeba było długo czekać. Najpierw uderzyła prostym, stosując sprawdzoną strategię liczbową,

 

a następnie sierpowym, pokazując, że dorobiła się własnej szkoły kulinarnej:

 

Siostra Maria mocno się zachwiała, a ponieważ zbliżało się Boże Narodzenie, rzuciła na rynek rzecz okolicznościową, niczym dynię na Halloween:

 

Siostra Anastazja natychmiast odpowiedziała na wyzwanie,

 

żeby zaś przypieczętować swój prymat, dołożyła coś naprawdę z grubej rury, by raz na zawsze wybić Siostrze Marii z głowy konkurowanie na obszarze węglowodanów:

 

Siostra Maria przez dłuższy czas nie rzucała do księgarń nic nowego; przeprowadziła za to dogłębne studia rynku kulinarnego i doszła do wniosku, że musi całkowicie zmienić strategię. Najpierw poszła w obszary bardziej niszowe, dotychczas zarezerwowane dla zakonów męskich,

 

a następnie ugruntowała swoją pozycję na rynku nisz kulinarnych udowadniając, że potrafi odczytać duszę Polaka i ducha czasów:

 

Tymczasem celebrytka Siostra Anastazja znalazła sobie pupilkę w postaci Siostry Salomei. Najpierw wypróbowała ją w kulinarnych składnikach,

 

a następnie dała arywistce szansę na swoim koronnym rynku:

 

Usatysfakcjonowana, przekazała Siostrze Salomei symbolicznie wałek i chochlę i udała się na zasłużony odpoczynek.

 

Tak oto ukształtował się zakonny rynek kulinarny, który Zgred z nudów przestudiował, stojąc w kolejce na poczcie w swoim miasteczku i przyglądając się stojakowi z wystawioną tam literaturą.

A przy okazji znalazł odpowiedź na pytanie, dlaczego Poczta Polska ma coraz mniej czasu na dystrybucję czegoś tak nieuduchowionego i beznadziejnie świeckiego jak listy i paczki.

------------------------------------------------------------------------

*Zgred wie, że takiego słowa nie ma, ale nic sobie z tego nie robi.

wtorek, 01 sierpnia 2017

Wśród lamentów nad losem Rzeczpospolitej pojawiają się coraz to nowe, trzeźwe  analizy tego, co się właściwie stało.

 

Tak na przykład tłumaczą to Joanna Podgórska i Łukasz Wójcik:

[…] PiS niewątpliwie artykułuje rzeczywiste emocje dużej części polskiego społeczeństwa. Emocje, których od dawna nikt nie opowiadał. Przez dekady były zasłaniane zachwytem nad tym, co niedostępne, i w obawie przez oskarżeniem o prowincjonalizm. Dla tych „nieopowiadanych” Polaków transformacja po 1989 najpierw była szokiem, a potem stała się głupawą i pustą imitacją. Trudno zaprzeczyć, że nie mając własnych wzorów, przyjmowaliśmy z Zachodu wszystko jak leci: gejów, poprawność polityczną, ochronę środowiska, prawa zwierząt (i sprzątanie kup po nich). To okazało się cywilizacyjnie nie do przełknięcia dla wielu, szczególnie słabiej wykształconych i starszego pokolenia. Dlatego pakiet został w końcu odrzucony. PiS dał sygnał, że nie ma obowiązku już być Europejczykiem: dbać o rządy prawa, niezależne sądy i sprzątanie kup po swoich psach.

 

[…] Teraz przyszła władza, która mówi wschodniej Polsce: jest tak, jak się państwu zdaje. Chłop to chłop, a baba to baba. Murzyn to Murzyn, Arabowie to dzicz. I nie ma powodu podejmować wysiłków, by zrozumieć coś więcej. Zachód powie: ciemnogród? Ale nasz, uświęcony, polski. I nie ma do czego aspirować, bo bycie białym, heteroseksualnym Polakiem katolikiem to wystarczający powód do dumy.

A tak rzecze Paweł Potorocznyn:

Lęk i niewiedzę eksploatuje się szczególnie łatwo. Zarządzanie nimi jest znacznie prostsze niż zarządzanie nadzieją, czy optymizmem. Poza tym niech się każdy przyzwoity polski inteligent uderzy w piersi. Pogardzaliśmy tymi ludźmi, szydziliśmy z nich. No to się odwinęli.

Z grubej rury wali Stefan Chwin, pisarz:

[…] my, zwolennicy demokratyczno-liberalnego państwa prawa stanowimy w dzisiejszej Polsce, a raczej w tej części polskiego elektoratu, która czynnie uczestniczy w wyborach, mniejszość. I to jest istota sytuacji, w jakiej się znajdujemy: stanowimy nie tylko mniejszość polityczną, ale też mniejszość kulturową, co – jak myślę – jest dużo poważniejsze. Bo Polska dzisiejsza rozdwoiła się na – pozwólmy sobie na grube, acz malownicze uproszczenie, w którym kryje się ziarno prawdy – słabnącą cywilizację Wojciecha Młynarskiego i rosnącą w siłę cywilizację Zenka Martyniuka.

 

(wszystkie cytaty wydłubane z kolejnych numerów POLITYKI)

Zgred chciałby odpowiedzieć pisarzowi Chwinowi, że "cywilizacja" Młynarskiego, w której uczestniczył (tak jak i niżej podpisany) zawsze była słaba i ograniczała się do marginesu, grupki inteligencji, która opanowała w swoim czasie media. "Cywilizacja" Zenka Martyniuka istniała pokątnie zawsze w postaci potężnego, podskórnego nurtu, ale dopiero teraz, na drodze demokratycznych przemian i z pomocą mediów doszła w pełni do głosu.

Tagi