RSS
wtorek, 16 czerwca 2015

Czy Andrzej Stasiuk przejdzie do historii literatury polskiej? Zgred wie, że „Nike” itd., ale fakt, że znaczna część nazwisk na liście laureatów literackiego Nobla nic nikomu dziś nie powie, kwestionuje jakąkolwiek literacką nagrodę jako kryterium przyszłej pamięci o pisarzu. Jeżeli o Stasiuku będzie się pamiętać, to nie ze względu na oryginalność stylu, bo ten zdradza oczywiste inspiracje (choćby Brunonem S), ale ze względu na tematykę. Z wrodzonej, jak podejrzewa Zgred, przekory patrzy Stasiuk na Wschód, podczas gdy reszta Polski, z zapałem ten Wschód w sobie tłumiąc, zapatrzona jest na Zachód. Stasiuka inspiruje wyłącznie „rozkoszny pierdolnik Wschodu”, a kiedy raz usiłował opisać swój pobyt w higienicznych Niemczech, z totalnego braku inspiracji wysechł na wiór i musiał nieustannie zwilżać organizm „Jimem Beamem”. Stasiuk naprawdę mocny jest tylko wtedy, gdy uprawia tę swoją koproliteraturę, i wtedy, gdy udziela wywiadów. Zgred nie rozumie, dlaczego nie daje się nagród za mądre wypowiedzi, skoro nieustannie biadoli się o deficycie autorytetów – czytaj ludzi, którzy potrafią swój mądry ogląd rzeczywistości przekazać innym i dać im do myślenia. Zgred nałogowo czyta wywiady i ich słucha, a zaprawdę powiada Wam, PT Czytelnicy, że Stasiuk mówi wyjątkowo smacznie i wśród „wywiadowanych” jest specjalistą jednym z największych. Refleksje nad początkiem, śmiercią i tym, co pomiędzy przychodzą mu zupełnie naturalnie.

Pisarz zadumany

Prawdziwą gratką dla takich jak Zgred jest wywiad-rzeka ze Pisarzem autorstwa Doroty Wodeckiej pt. „Życie to jednak strata jest”. Zgred ma tam swoje ulubione cytaty i nie zawaha się ich użyć: 

Możemy nie dać rady Państwu Islamskiemu, jeśli nie zbudujemy równie mocnych jak ono podstaw konstrukcji społecznej. I być może nie damy mu rady, bo nieco nam się wymknęły nasze fundamenty i osadzamy je na śmiesznych wartościach. […] Tu o najzwyklejszy egoizm idzie. […]. O „Daj mi zarabiać i kupować i odpierdol się ode mnie”. Oczywiście bardzo trywializuję, ale wspierając się jedynie na kulcie dobrobytu i świętego spokoju, nie zatrzymamy fundamentalistycznego islamu. Każdy chce mieć nowego iPhone’a, ale nikt nie pójdzie za iPhone’a umierać. To jest sprzeczność: chcemy mieć to, co chcemy, ale nie damy się za to zabić, bo to w istocie jest gówno warte.[…] Podejrzewam, że jesteśmy bezbronni. Irak, Afganistan, klęska za klęską. Mamy porządne samoloty i czołgi, ale nie mamy idei. W starciach z ideami przegrywamy. Być może nasze idee są niewiele warte dla innych. Biorą od nas technologie, broń, ale nie idee. Mają swoje, które bojowo lepiej ich wyposażają. […] Demokracja jest fajna, pod warunkiem, że wszyscy ją akceptują. Bo jak nie, to co? Na bagnetach ją zaniesiemy? Demokracja skazuje nas na defensywę. A defensywa nie dodaje sił. Przecież Europa, Zachód spełniały się w ekspansji. Wtedy były żywotne. A tu oburzenie społeczne się wzmaga, gdy drożeją iPhone’y i kredyty, albo państwo gmera przy swobodach internetowych. Tymczasem zanosi się na prawdziwą wojnę. […] Tylko ich wojna będzie religijna. A nasza? O przetrwanie? O zachowanie tego, co mamy? A co my mamy poza pragnieniem wygodnego życia i wzrostem PKB?

To na początek. Ciąg dalszy tego optymizmu nastąpi.

18:20, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 czerwca 2015

Kiedyś sprawa była prosta: lokal uczęszczany przez hipsterów (i serwujący na ogół wymyślne dania z dużą ilością zielonego) rozpoznawało się po obecności skrzynek po jabłkach funkcjonujących jako część umeblowania:


Takie skrzynki to bardzo fajna rzecz, można z nich nawet cały pawilon na EXPO zrobić:


Ale nie o tym chciałem. Niekiedy zamiast skrzynek w lokalach uczęszczanych przez hipsterów (i serwujących na ogół wymyślne dania z dużą ilością zielonego) eksponowane były tzw. europalety.


Niekiedy elementy te łączono zresztą w różnych konfiguracjach.


Wszystko to wydaje się już jednak nieco passé. Skrzynki i europalety powoli znikają, w lokalach uczęszczanych przez hipsterów (a serwujących na ogół wymyślne dania z dużą ilością zielonego) pokutują jeszcze stoliki wykonane z wielkich szpul po grubych kablach,


ale i one powoli odchodzą do historii. Jak więc odróżnić lokal dla hipsterów, serwujący na ogół wymyślne dania z dużą ilością zielonego, od lokali dla nie-hipsterów? Otóż, Czytelniku drogi, po sprzedawanych tam napojach, a właściwie po jednym, który niepodzielnie tam króluje: to tak zwana (przez Zgreda) Frycówka, łatwo rozpoznawalna po wyjątkowo paskudnym logo:


Jest to napój bynajmniej nie nowy, bo podobne produkowano już w okresie międzywojennym; ich powstanie łączy się z szybkim rozwojem przemysłu chemicznego, który po produkcji fosgenu i zwykłego chloru na potrzeby I wojny światowej musiał przestawić się na produkcję pokojową. Recepta owych napojów była prosta i polegała na połączeniu produkowanego w zakładach chemicznych proszku (o niejasnym składzie, ale na pewno jest tam dużo E) z wodą. 

Czytelnicy (i widzowie) Blaszanego bębenka pamiętają zapewne niezwykle erotyczne sceny z udziałem takiego proszku rozpuszczanego w ślinie?


Zgred sam pamięta z dzieciństwa ów niezwykły efekt lemoniadowego czy oranżadowego proszku, musującego w zetknięciu z plwociną, aczkolwiek z czasów znacznie późniejszych. 

Tak więc figurujący na etykiecie bliscy przyjaciele z Hamburga nie wymyślili niczego nowego, poza owym paskudnym znakiem towarowym


i idealnie wpisali się w swój czas. Jeżeli ktoś kiedyś będzie pisał Historię hucpy, może opisze, jak dzielni przyjaciele z Hansastadt Hamburg, wykorzystując silną społeczną potrzebę demonstrowania tolerancji wobec wszelkiej odmienności, a zarazem protestu wobec dobrze znanego produktu pitnego zza Oceanu reklamującego się ostrą czerwienią, wylansowali swój ulepek, zaczynając skromnie,


i dochodząc do niezłych wyników  w dobrym, kapitalistycznym stylu:


Owa para bliskich przyjaciół zaczęła od pojedynczego napoju,


Który, o dziwo, chwycił. Rozszerzyła repertuar,


I znowu chwyciło! Poszli więc szeroko:


Nie jest to bynajmniej pierwsza próba przełamania prymatu owego reklamowanego przez św. Mikołaja napoju zza Oceanu (i jego pozornej konkurentki) - swego czasu lokalni socjologowie ukuli nawet termin "pokolenie Frugo", bo jakoby raczenie się owym dziwnym napitkem o różnych, na ogół niespotykanych w przyrodzie barwach było wyróżnikiem całej generacji - i zapewne próba nie ostatnia.

Więc jeżeli Cię, Czytelniku, dziwi, że opłaca się sprowadzać z Niemiec do Polski Frycówkę, zamiast wykorzystać identyczne i z pewnością tańsze napoje produkowane w Szczebrzeszynie, Trzemesznie, lub Ostrzeszowie, to niczego nie zrozumiałeś. A już na pewno nie pojąłeś ducha czasu.

Tagi