RSS
piątek, 28 czerwca 2013

Tym razem Zgred odstąpi od swojego zwyczajowego krytykanctwa i podzieli się z PT Publicznością tym, co mu się ostatnio SPODOBAŁO.

Otóż spodobał mu się artykuł Klausa Bachmanna (umieszczony w GW wyd. wrocławskie), dotyczący komercjalizacji karkonoskiego schroniska PTTK znanego jako „Samotnia”. Jest bowiem obawa, że schronisko, trafiwszy w nowe ręce, zatraci swój dotychczasowy charakter. Bachmann znalazł się wśród ludzi, którzy napisali w tej sprawie listy protestacyjne.

Samotnia

Zgred pochwali się, też ma na koncie podobny list; dotyczył on lansowanej swego czasu propozycji zrobienia z Bieszczad narciarskiego raju, pełnego wyciągów i oświetlonych tras.

A oto, co pisze Bachmann:

Lubię bronić przegranych spraw. To takie romantyczne. Co do tego, że to przegrana sprawa, nie mam wątpliwości. W Zakopanem Tatrzański Park Narodowy latami bronił się przed modernizacją infrastruktury narciarskiej i w końcu się poddał. Przestałem tam jeździć, kiedy dyrektor TPN mi tłumaczył, że trzeba będzie wprowadzić ruch jednokierunkowy na szlakach, aby nie było korków. Tu Karkonoski Park ma wyraźną przewagę nad TPN - żółty szlak jest tak szeroki, że wytrzyma jeszcze parę lat bez takiej regulacji. Potem zaczną się rajdy quadów, motocross, a KPN i PTTK zaczną stawiać przenośne szalety, aby zapobiec zakwaszeniu ziemi. Będą naciski, aby obsługa w schroniskach była rosyjsko-, ukraińsko-, niemiecko- i anglojęzyczna i oferowała obok pierogów też hamburgery i pizze, aby przy jeziorku otworzyć wypożyczalnię łódek i pontonów, a na końcu ze Śnieżki rzucać się będą paralotniarze.

Ale kiedy przy zgliszczach Domu Śląskiego, obok nowo powstałego hotelu ze spa z krytym basenem, powstanie pierwsze lądowisko helikopterów do obsługi pierwszego dolnośląskiego Światowego Forum Ekonomicznego (Krynica się kłania), jakiś beznadziejnie nienowoczesny historyk amator, piszący e-book o odzyskaniu ziem dla turystyki, znajdzie w archiwum te listy protestacyjne przeciwko komercjalizacji Samotni. Wtedy natknie się na mój list i dowie się, że ja też byłem przeciw.

Bachmann to prawdziwy dżentelmen. Bo dżentelmeni mają to do siebie, że bronią (tylko) przegranych spraw.



niedziela, 16 czerwca 2013

W popularnym dodatku do popularnej gazety  ukazał się wczoraj artykuł o inwestowaniu w dzieci; wypowiada się tam niejaki Maciek, w którego rodzice mądrze inwestowali, a który teraz został liderem, bo skończył dobrą zagraniczną szkołę, a na polskiej Politechnice nie miałby szans.

Ów Maciek uważa, że nie można od razu postawić na samodzielność dziecka, ale trzeba namawiać je i zachęcać do nauki. Ciągle robić encouraging rodzicielski. (…) podkreśla, że ważne jest to, żeby lider nie zapomniał o tym, iż ktoś kiedyś mu pomógł, i zrobił swój giving back to the society. (…) – Nie dostałem się od razu na Imperial [College] – podaje przykład – ale ja nigdy nie biorę „nie” za odpowiedź, więc gdy mi odmówili, wysłałem im maile, żeby zrobili reconsideration. Gdy się nie odzywali, napisałem list, że jestem bardzo zainteresowany i nie odpuszczę. I to ich ruszyło, zaprosili mnie na interview… mówi.

Zgred przeczytał wynurzenia Maćka z nabożnym skupieniem i zachwytem. Sam będąc wybitnie oldskulowy, wykształcony w polskiej uczelni i mający problemy z asertywnością, z zainteresowaniem (pomieszanym z zazdrością, nie bójmy się tego słowa) bada ów nowy gatunek polskiego młodego człowieka, który tak swobodnie posługuje się językiem obcym, ba, bez niego już nie potrafi się obejść, bo angielski wszak o tyleż zgrabniej pewne rzeczy ujmuje.

Zgred nie dość, że bierze „nie” za odpowiedź, to jeszcze dorastał w czasach, kiedy językami obcymi mało kto władał (bo kontakt z innymi krajami był, jak to mówią statystycy, zaniedbywalnie mały), więc i on nie włada. Kiedy dziś słucha w radiu takich swobodnie cyrkulujących po Europie Maćków i różnej maści młodych polskich celebrytów, osobliwie ze sfer zbliżonych do artystycznych, którzy dając interview ze swadą mieszają język polski z angielskim, trwa w niemym podziwie, bo sam by tak nie potrafił… I żadne encouraging by tu nic nie dało.

Osoba bliska Zgredowi przytomnie zauważyła, że pokazujący się niekiedy w TV obywatele izraelscy, którzy nie byli w naszym kraju od r. 1968 lub jeszcze dłużej, posługują się czystą, nudną literacką polszczyzną, siermiężną wręcz, bo zupełnie nieozdobioną obcymi naleciałościami. Biedacy, oni też tacy nienowocześni, kultywują tę suchą polszczyznę, która na dokładkę do niczego im się nie przydaje! Powinni zrobić reconsideration.

23:34, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
Tagi