RSS
sobota, 28 maja 2016

Zgred i Mlle należą do tych szczęśliwców, którym jakoś udaje się w maju bywać w Rzymie. Taka mini Grand Tour. Ponieważ są zwiedzaczami zaprawionymi w bojach, podczas poprzednich pobytów umiejętnie dozowali sobie wrażenia i udało im się w miarę bezboleśnie zobaczyć, co w Rzymie było do zobaczenia (tak przynajmniej im się wydawało). W tym roku, tradycyjnie wypiwszy najdroższe w Europie cappuccino  w „Caffe Greco” na Via Condotti (vide wpis z tym tagiem obok), o rzut beretem szwajcarskiego gwardzisty od Piazza di Spagna, postanowili zobaczyć coś bardziej niszowego.

 

I nie mówimy tu o odwiedzeniu (celem pocieszenia) jednej z najbardziej samotnych osób w Rzymie

Postanowili mianowicie zobaczyć takie tam prywatne muzeum rodziny Doria-Pamphili, mieszczące się w zamieszkałym przez ich potomków palazzo. Z minami obrażonymi wskutek kryminalnie wysokiej ceny biletów Zgred i Mlle wkroczyli z impetem na salony, które wszelako od razu nieco zbiły ich z tropu.

 

Mlle podąża raźnym marszowym krokiem przez korytarz palazzo, szkoda, że nie widać jej miny z cyklu „nie w takich miejscach się bywało”.

Niestety, nikt Zgreda i Mlle nie ostrzegł, że rodzina owa z czasem zgromadziła kilkaset płócien miejscowych pacykarzy, które mimo obszernych pomieszczeń trzeba było rozwiesić „piętrowo”, co powodowało nieustanne ruchy głową nie tylko w płaszczyźnie poziomej, do której ten odcinek ludzkiego szkieletu jest przyzwyczajony, ale także w płaszczyźnie pionowej, co nie zdarza się dzisiejszym ludziom aż tak często*.

Chodząc i wgapiając się w obrazy sygnowane przez wszystkie nazwiska z hasła „sztuka włoska” w przeciętnej encyklopedii, Zgred dziwił się, że na trzecim „piętrze” obrazów widzi tabliczki jak „Rembrandt” czy „Rubens”, ale rychło pojął, że dla właścicieli kolekcji liczyli się swoi, lokalsi, jak Rafael, Tintoretto Caravaggio, Guercino, czy Lippi, a wcześniej wymienionych traktowali jak trochę szemranych przybłędów, czy wręcz nie daj Boże eksperymentatorów, gdzieś z nieokreślonej Północy.

 

W kółku jakiś trzeciorzędny i silnie podejrzany Rembrandt

Owszem, przybłędzie z Hiszpanii oddali nawet osobne małe pomieszczenie, ale tylko dlatego, że nad wyraz udatnie oddał członka ich rodziny, Innocentego X.


Innocenty, sądząc po fizjognomii wcale nie taki święty

No i, Czytelniku, bęc! Zgred i Mlle opuścili palazzo oszołomieni, z bólem głowy, lekkimi nudnościami, czyli klasycznym syndromem Stendhala, którego przez ładnych parę lat udawało im się uniknąć…

-----------------------------------------------------------------------------------------

* No bo chyba nie będziesz, Czytelniku, upierał się, że znane Ci są zdobienia kilkupiętrowych kamienic twojego miasta? Sto lat temu ludzie mieli czas na ich podziwianie i częściej zadzierali głowę niż my, poruszający się szybko ze wzrokiem wbitym w ziemię, a co najwyżej w mijane, znajdujące się na poziomie naszych oczu sklepowe wystawy, bo a nuż, kurde, trafi się jaka okazja?

niedziela, 01 maja 2016

Szperając w skarbczyku Sieci Zgred natrafił niedawno na reprodukcję obrazu, który przykuł jego uwagę  najpierw na moment, potem na dłużej. Była w nim dziwna harmonia tonacji i motywu, zwykłego na pozór, ale w dziwny sposób niepokojącego. Ot, stojący, oparty o mur mężczyzna w staroświeckim stroju, zabijający czas paleniem fajki... Le Fumeur. W sztuce dziwnie częsty motyw, jak się okazuje. Takich „Palących”  jest wielu, jakby w prostej czynności palenia fajki krył się jakiś ogromny potencjał; zawsze jednak chodzi o człowieka uchwyconego w chwili zadumy. Ze stosowanego kapelusza bicorne sądząc, to były żołnierz armii Cesarstwa. Ze znoszonego ubioru, bezrobotny. Po wysokich butach i ostrogach zgadując, może kawalerzysta. Po roku 1814 Francja była zapewne pełna takich typów – po latach wojaczki nieznajdujących dla siebie miejsca, nieprzystosowanych do pokojowego życia.

 

Jean Louis Ernest Meissonier uchwycił go w jeszcze innym momencie, jakiś czas wcześniej lub później – przy stoliku przed knajpką, przy filiżance kawy i kieliszku wina, a może koniaku.

Co jednak skłoniło Meissoniera do namalowania byłego żołnierza La Grande Armée, którego, ponad 50 lat później,  nie miał już przecież szans oglądać?

Z tą zagadką, droga Czytelniczko i drogi Czytelniku w to Święto Pracy Cię zostawię.

 

 

Tagi: Meissonier
21:07, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
Tagi