RSS
czwartek, 30 maja 2013

 Tak się złożyło, że Zgred stał się mimowolnym świadkiem akcji, w wyniku której pod drzwiami Opery pojawił się wielki, pluszowy miś. Zgred skorzystał naturalnie z okazji, zrobił zdjęcie i zaczepił osobnika, który go tam umieścił.


Zgred: Dzień dobry!

Osobnik: A dzień dobry, dzień dobry!

Zgred: Co tu się dzieje?

Osobnik: Jak to co? To działanie artystyczne. Nigdy pan nie widział działań artystycznych?

Zgred: Pan jest artystą?

Osobnik: Każdy jest. Nawet pan, chociaż pan może o tym nie wiedzieć.

Zgred: Z misiem to już było, u Barei... Ale tamten miś był o wiele większy.

Osobnik: Bo to jest miś na miarę NASZYCH czasów. Czasy nam skarlały, to i miś mniejszy.


Zgred: Mówi pan, jakby pan tamte czasy pamiętał.

Osobnik: Znam z przekazów.

Zgred: A co ten miś znaczy?

Osobnik: Na rozważania semiotyczne mnie pan nie namówi, od interpretacji jest publiczność. Znaczy, co znaczy.

Zgred: Czy chodzi o zwrócenie uwagi na problem podrzucania niechcianych dzieci? Wie pan, Opera to świątynia sztuki, kiedyś dzieci porzucało się pod drzwiami świątyń…

Osobnik: Może.

Zgred: A może chodzi o zagrożenia dla zachodniej cywilizacji? Ten miś jest ŻÓŁTY…


Osobnik: Może.

Zgred: A może…

Osobnik: Może.

Po czym oddalił się w nieznanym kierunku.

 

Tagi: miś opera
08:42, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 maja 2013

W recenzji „POLITYKI” z ostatniego filmu reżysera Almodóvara Zgred, ku swojemu zdumieniu, wyczytał co następuje: Almodóvara najzwyczajniej zawodzi gust, w rezultacie oglądamy serię marnych dowcipów, z niemogącą dziwić u tego reżysera przewagą wątków homoseksualnych. Zaś w końcówce dużej recenzji w „GW”: (…) gdzieś między wierszami bohaterowie pytają nie tylko siebie, ale też widzów: „No jak to, to wy nie jesteście biseksualistami? Niemożliwe. To przecież takie fajne i głęboko ludzkie”. Ten pomysł na kino już chyba utracił dawną świeżość.

 

reżyser Almodóvar

Panowie Krytycy, uważajcie, na Boga! Od lat przekonywaliście wszystkich, że Almodóvar wielkim reżyserem jest, trzymajcie więc fason, nie mieszajcie w głowach cmokierom!

Tak, cmokierom. Zgred postanowił oto odświeżyć to słowo, powszechnie używane w okresie międzywojennym, a potem, przez przerwanie ciągłości polskiego życia kulturalnego, zapomniane.

Kim jest cmokier? Cmokier to ktoś, kto odczuwa silną potrzebę obcowania ze sztuką, ale, nie potrafiąc wyrobić sobie o niej własnego sądu, kieruje się głosami tzw. „czynników opiniotwórczych”, czyli głównie Was, Panowie Krytycy. Przy czym cmokier może być sam krytykiem, ale raczej, jak mówią Ruscy, второво сорта.

Niezależność sądów jest towarem niezmiernie rzadkim, więc praktycznie nikt z nas nie jest od cmokierstwa do końca wolny. Zgred zdał sobie sprawę jak rozpowszechniona jest to przypadłość, kiedy będąc w Luwrze zobaczył tłum wgapiający się niemo z odległości wyznaczonej przez ochronną barierkę w umieszczony za pancerną szybką obrazek pani, której tajemniczego uśmiechu, z powodu jego rozmiaru i wspomnianej odległości, i tak nie dało się zobaczyć. Mniej więcej 15 m dalej na bocznej ścianie wisiały 3 inne obrazy Leonarda; nie było przed nimi nikogo. A przynajmniej na Damę z fochem (kuzynkę Damy z łasiczką) mogliby zwrócić uwagę!

 

Da Vinci, Leonardo: Dama z fochem, Luwr

Cmokierom w zaawansowanym stadium przypadłości (która każe im także o sztuce się wypowiadać) nie można mieszać w głowach. Przypominają wtedy wycieczkę odzianych w odblaskowe kamizeleczki przedszkolaków, których panie przedszkolanki nagle porzuciły, przenosząc się na drugą stronę ruchliwej ulicy.

porzucone przedszkolaki

To bardzo brutalne, Panowie Krytycy. Nie idźcie tą drogą! Bo dojdzie do tego, że znienacka odmówicie wielkości modnemu  reżyserowi, który odkrył, że CAŁA światowa literatura, a w szczególności dramaturgia, podszyta jest wątkami homoerotycznymi, i które teraz triumfalnie wydobywa i obnaża na scenach nie tylko w Polszcze, ale także innych europejskich krajach.

          

nowe odczytanie Szekspira

Reżyser: „…oczywiście punktem wyjścia jestem ja, moje lęki, strachy i kryzysy”

Gotowi jesteście i o nim napisać, że chyba utracił dawną świeżość

Panowie Krytycy, bo jak nabierzecie rozpędu, to się jeszcze okaże, że urocze kaleczenie polszczyzny przez pewnego pół-polskiego celebrytę estradowego nie czyni z niego wybitnego artysty…


A jak się rozbestwicie i wyjdziecie poza Polskę, to pewna autystyczna piosenkarka z odległej europejskiej wyspy okaże się tylko przyrodniczą ciekawostką, niczym więcej!

I co wtedy zrobią ci wszyscy biedni cmokierzy?

czwartek, 16 maja 2013

W Muzeum Wiktorii & Alberta w Londynie wciąż trwa wystawa poświęcona Dawidowi Bowie pt. David Bowie is. Jest to hołd żywej ikonie popkultury, artyście, który zrewolucjonizował światowy rynek muzyki popularnej. Nie dzięki swojemu głosowi czy muzycznemu talentowi, bo pierwszego nigdy nie posiadał, a drugiego też niezbyt wiele, ale dzięki zrozumieniu siły i możliwości mediów. Nie, żeby nie miał udanych piosenek – w Space Oddity, czy w Starman zrobił ze swojego wątłego głosu znakomity użytek; w większości jego utworów jednak słychać nieustanną, wręcz niekiedy bolesną dla niektórych słuchaczy walkę z jego naturalnym ograniczeniem. Wielkość Bowiego polegała na genialnym wyczuciu, czego publiczność naprawdę pragnie. Zrozumiał, że brak głosu czy talentu zrekompensować można atrakcyjną autokreacją i rozgrywaniem mediów.

Ktoś mógłby powiedzieć: też mi coś, to uprawia każdy, nawet powiatowy celebryta! Tak, ale Bowie  był pierwszy, i to od razu na światową skalę… Jego niezwykły, androgyniczny* wygląd był mu ogromnym sprzymierzeńcem, bo przyciągał prasowych fotografów.

 

Bowie

Dzięki niemu zapewne trafił do filmu; rolami w Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence, czy w Zagadce Nieśmiertelności pokazał, że talentu aktorskiego ma chyba jednak więcej, niż muzycznego.

Bez Bowiego w Wielkiej Brytanii nie byłoby pewnie w USA sukcesu tzw. Madonny, absolutnej mistrzyni autokreacji na tamtym, konkurencyjnym rynku. Zgred nie wierzy w jej muzyczne uzdolnienia; zaiste, jego zdaniem trzeba mieć talent à rebours*,  by wyprać z całego emocjonalno-sentymentalnego ładunku taki hit jak Don’t cry for me Argentina, czy całkowicie wyprać z poezji American Pie

 

Madonna

Bez Madonny nie byłoby Lady Gagi, czy u nas pani Dody; wie o nich nawet Zgred, nie uczestniczący przecie jako czytelnik w tym nurcie kultury. Nigdy chyba jednak nie słyszał żadnego utworu w ich wykonaniu, bo, jak się zdaje, nie o to im w zasadzie chodzi.

Słysząc za to nieustannie w radio Bowiego (ukazała się po latach jego nowa płyta), Zgred z nostalgią wspomina lata 60-te i początek 70-tych, gdzie zasada była prosta: miałeś głos i talent, to cię znaleźli i wypromowali. Głos nie musiał być wielki, ale wystarczyło, jeżeli potrafiłeś go dobrze zestroić z innym głosem. Vide Abba,  duet Lennon-McCartney, czy z rodzimego podwórka – Kossela-Klenczon. Muzyczny talent i oryginalność były jednak niezbędne. To nie przypadek, że tyle tej muzyki wciąż żyje, i że coraz to nowe pokolenia jej słuchają. Nie dziwota, skoro większość tego, czym aktualnie pasą nas stacje radiowe, to zupełnie nie ta klasa.

Odkrycie, że do wypromowania gwiazdy nie jest potrzebny talent, miało przełomowe znaczenie i jest radośnie wykorzystywane do dzisiaj. Z punktu widzenia dzisiejszych specjalistów od promocji na rynku muzycznym, wylansowanie kogoś  jest wyłącznie funkcją plastyczności ludzkiego materiału i włożonych w niego pieniędzy; cechy takie jak talent nie są istotne, a często wręcz, ze względu na chimeryczność i nieprzewidywalność obdarzonego nim osobnika, mogą być groźne i niepożądane.

W Polsce pierwszym, w dużej mierze udanym eksperymentem wyhodowania artysty na podłożu wyłącznie medialno-finansowym, było bodaj wypromowanie na początku lat 80-tych niejakiej Trojanowskiej Izabeli.

 

rzeczona

Wszystkie te cienko śpiewające dziś w radio młode damy, które brzmią, jakby w odosobnieniu walczyły z konstypacją*, wszystkie te wydmuszki, przemijające jak owe jętki jednodniówki zostawiają w spragnionym ciekawej muzyki słuchaczu niedosyt i tęsknotę za prawdziwym talentem.

Czy talent z głosem dziś się nie przebije? Jeśli jest wielki, taki jak Adele, czy u nas Górniak (Zgred nie jest jej fanem, ale talentu jej odmówić nie sposób), to się przebije. Może ma trudniej, niż kiedyś, ale się przebije.

 

Adele przebrana za Amerykankę

 

*ze względu na protesty czytającej młodzieży Zgred nie będzie już tłumaczył trudniejszych słów.

 

PS. Zgred naprawdę chciałby się częściej dzielić z P.T. Publicznością swoim starczym sarkazmem, ale cóż, nie z tego on żyje, ino z prac różnych. Które zabierają mu coraz więcej czasu…

 

Tagi