RSS
środa, 27 grudnia 2017

Zgred właśnie się dowiedział, że w Anglii znaleziono fragment utworu z tzw. cyklu arturiańskiego. Rzecz najprawdopodobniej w którymś wydaniu stanowiła część nieznanego dotychczas rozdziału dzieła sir Thomasa Malory’ego funkcjonującego pod tytułem Le Morte d’Arthur*, Znaleziony utwór traktuje o przyjęciu w poczet rycerzy Okrągłego Stołu przybysza z dalekiej krainy. Utwór natychmiast przerobiono na zrozumiałą dla współczesnego czytelnika prozę, a Zgred wykonał dla Państwa niedoskonały przekład owej opowieści, a właściwie jej znalezionego fragmentu:

 

...I rzekł król [Artur]:

– Zasiądź więc z nami, szlachetny przybyszu z dalekich stron, wesel się i korzystaj z rozkoszy obcowania z tym świetnym towarzystwem, a i z tego, czym nasz skromny stół na wszystkie ościenne krainy słynie!

I zasiadł ów mąż, którego zwali Bogoomill, a który skądś z dalekiego wschodu na dwór w Kamelocie przybył, i jął wraz z innymi ucztować. Milczkiem jadł, bo językiem tutejszym, ani żadnym innym obcym, nie władał. Spozierali na niego dostojni panowie, dziwując się jego obyczajom, bo ów nos w rękaw wycierał, jedząc nieprzystojnie mlaskał, pijąc zaś wino głośno przy tym siorbał. Uznali wszelako, że takie widać obyczaje na wschodzie panują, grzeczność więc nakazywała im udawać, że tego nie widzą.

Nagle w powietrzu uniósł się  nieprzystojny fetor, którego gość najwyraźniej był źródłem, bo pan Galahad i pan Tristan, co najbliżej niego siedzieli, pierwsi swe zydle od niego dyskretnie odsunęli. Co widząc rycerz Bogoomill, wzruszywszy ramionami, jeno głośno beknął. Pan Parsifal wstał i okna pootwierał, mówiąc przy tym:

 Duchota jakowaś dziś tu panuje.

Fetor zelżał, a po chwili sczezł zupełnie, więc kompania wróciła do rozmów i spożywania darów Pańskich. Nie minęły wszelako dwie zdrowaśki, kiedy fetor znów w powietrze się wzniósł. Tym razem rycerze zydle z hałasem odsunęli i jak jeden mąż oblicza zwrócili w stronę króla, a pani Ginewra, która na zydelku nieopodal Stołu skromnie siedziała, zasłoniła zasromane oblicze muślinową chustką. Tylko rycerz Bogoomill, znów ramionami wzruszywszy, spożywał dalej, za nic mając zamieszanie, którego był sprawcą. Artur zasię rzekł, co następuje, nie krępując się wcale tym, że przybysz temu jest przytomny, albowiem i tak słowa z tego pojąć wszak nie mógł:


 Zaiste, dziwne ów rycerz ma obyczaje, ale cóż my wiemy o tej wschodniej krainie, z której przybył? Opowiadał mi Merlin, że jej mieszkańców smok jakowyś więził, co z jeszcze dalszego wschodu przybył. I że dzielny ów lud smoka pokonał. Rycerze zaś tamtejsi prawią, że smok ów piekielny chciał jakoby i nas tu zniewolić, i gdyby nie oni, już byśmy pod jego łapą jęczeli. Wdzięczność zatem dozgonną im winniśmy, prawią, a każdemu ich wysłannikowi cześć okazać nam wypada.

Przysunęli rycerze zydle na powrót do Bogoomilla, ale apetyt z kretesem utracili. Nie zdarzyło się albowiem, żeby ktoś, kto obyczaje powszechnie przyjęte lekce sobie ważył, upomnianym nie został.

Więc kiedy fetor po raz kolejny z rycerza Bogoomilla emanował, tym razem przy akompaniamencie dźwięku jakby ktoś w trombitę zadął, a sprawca hardym wzrokiem po wszystkich zgromadzonych potoczył, spojrzeli na pana Lancelota z Jeziora, który był wzorem wszelkich cnót rycerskich, a któremu więcej wypadało, niż królowi.

A pan Lancelot mocarną pięścią w stół grzmotnął, na równe nogi się zerwał, do dźwierzy skoczył i jednym szarpnięciem oba dębowe skrzydła rozwarł.

Tu urywa się znaleziony fragment utworu, a uczeni aktualnie spekulują, jaki owa opowieść miała koniec.

---------------------------------------------------------------------------------------------

*choć sam autor zatytułował swój poemat The hoole book of kyng Arthur & of his noble knyghtes of the round table.

18:16, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 04 grudnia 2017

Trwa poważna debata nad rozebraniem Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Nareszcie! Rozpirzyć to badziewie!


Damy radę. W latach 1924-1926 rozpirzyliśmy po byku cerkiew (prawie nówkę) na Placu Saskim,


to i Pałac rozpirzymy, chociaż nieco większy.

A ówczesny komentarz prasowy do tego ujęcia


NARESZCIE BĘDZIE ZBURZONY… Nasze zdjęcie przedstawia obecny stan prac nad zburzeniem  Soboru na pl. Saskim. Ten pomnik obcej tyranii niknie w oczach i jest uzasadniona nadzieja, że do dnia święta narodowego 3-go maja, nie pozostanie ani śladu z tego symbolu niewoli i ucisku.

po małej modyfikacji da się wykorzystać, będzie oszczędność.

Co prawda nasi dziadowie i pradziadowie nie byli wystarczająco konsekwentni i nie splantowali np. cmentarza prawosławnego na Woli, co może u niektórych prowadzić do dysonansu poznawczego.


No bo pójdą tam i nie będą mogli pojąć, co tam robią np. rosyjscy generałowie z rodzinami. Jak wiadomo, po nieszczęsnym Stasiu, ostatnim królu Polski (choć są rewizjoniści, którzy twierdzą, że koronowali się jeszcze po nim jakiś Aleksander i jakiś Mikołaj), zaraz przyszedł Piłsudski i posprzątał.


A wypirzyć tych ruskich!

Z wrażymi hitlerowskimi cmentarzami na terenie jednej czwartej Najjaśniejszej po wojnie sobie poradziliśmy, nawet największymi, jak na przykład Parkiem Tysiąclecia w Zielonej Górze,


to z ruskimi sobie nie poradzimy?

A poznaniakom ten ich zamek, co go jeszcze dla Wilusia pobudowali, też rozpirzyć. 


Cwaniaczki, kawałek wieży ścięli i udają, że to nie ten sam pomnik pruskiej buty:


Wszystko z tej ich praktyczności i oszczędności. Tfu. Rozpirzyć im go i już! Zwłaszcza, że sobie niedawno zupełnie nowy, elegancki zamek pobudowali.

Więc Pałac Kultury niech sczeźnie! To symbol nieprzyjemnego okresu w dziejach Polski, o którym chcemy jak najszybciej zapomnieć. Chociaż, z drugiej strony, przecież kolaborantów nie było, i cały naród stawiał tym komuchom opór? Nie, lepiej zapomnieć. Była wojna, a po wojnie przyszli dwaj tacy, co Najjaśniejszą odbudowali.

Są co prawda narody, którym własna przeszłość, nawet wstydliwa, nie wadzi. Na przykład tacy Norwegowie. Nie wysadzili w powietrze budowanego dla szwedzkiego króla pałacu,


ba, zostawili przed nim pomnik ciemiężcy! Jaj nie mają, i tyle.

Albo Włosi. Ględzą o tym, że dziedzictwo, że Rzym, że się nawarstwia, że Mussolini też był kawałkiem ich historii, srutu-tutu, więc stadion, co go im zbudował, zamiast rozpirzyć, zostawili.


 

Nawet mozaiki nie skuli, niczego nie ruszyli:


Pewnie skrycie marzą, żeby taki Duce im się znów pojawił. No ale czego się spodziewać po makaroniarzach?

Albo Francuzi. Nie rozpirzyli żadnego  z Łuków Triumfalnych, które zostały po uzurpatorze, królobójcy, samozwańczym pożal się Boże "cesarzu".


No, ale czego się spodziewać po narodzie, który to my dopiero niedawno nauczyliśmy jeść widelcem?

Tagi