RSS
sobota, 17 grudnia 2016

Jak wiadomo, żyjemy w czasach postmodernizmu. Czasach, w których nie wylęgnie się już żaden styl – ani malarski, ani architektoniczny, ani rzeźbiarski, ani żaden inny. Nie wylęgnie się, bo indywidualizm się rozbuchał, każdy sobie rzepkę skrobie, mody za szybko się zmieniają, wiodących ośrodków brak, bo elit nikt nie uznaje… itp. itd.


Ostatnio modny jest termin „postprawda”. Sugeruje on, że zwykła prawda już się nie sprawdza, w zasadzie nie jest nikomu potrzebna, każdy ma swoją, pasującą, wszystko jest względne, a prawda to już najbardziej. Eh, gdzie te czasy, kiedy można było się kierować twierdzeniem ks. Tischnera, że prawdy są tylko trzy (świento prawda, tys prawda i gówno prawda)… Dziś jest ich nieskończenie dużo. A może tylko jedna?

 

I żeby nie było za poważnie, trochę prawdy internetowej:

 

Wszystko to jest mały pikuś; Zgred z przerażeniem konstatuje, że oto żyjemy w czasach postoświeceniowych ©. Symptomy końca pewnej epoki widoczne były już dawno. Jak zawsze będący w awangardzie osłabiania władz umysłowych ludzkości entertainment industry zza Wielkiej Wody w latach 90-tych wydalił oto z siebie serial telewizyjny, który Zgreda przeraził swoim przekazem, a właściwie nieprawdopodobną popularnością tego przekazu.


Serial apelował do tego zakamarka naszego światopoglądu, który Oświeceniu skutecznie się oparł; zakamarka, który jest ostoją wszelkiej wiary objawionej. Twórcy serialu raz w tygodniu potwierdzali w nim nosicielom genu wiary w spisek (swego czasu Zgred o nim pisał - vide post z 13. kwietnia 2013 pt. "Ci nieludzcy Szwajcarzy", tag "wojny_plemienne"), że jacyś ONI stale przeciwko nam knują, a silniej nawiedzonym, że rzeczywistość nie jest taka, jak się nam wydaje, a zjawiska nadprzyrodzone istnieją i są wokół nas rzeczą powszednią, wręcz banalną.


Zgromadzona przed telewizorami ludzkość, uczona przecie w szkole fizyki, chemii, astronomii i czego tam jeszcze trzeba chłonęła ten produkt z wypiekami na twarzy, regularnie nawożąc ów wspomniany wcześniej zakamarek.


I oto zbieramy owoce owego zmęczenia racjonalnością, logicznym myśleniem, nauką, a nawet zdrowym rozsądkiem. Wiara w cuda jest powszechna i nie mówimy tu tylko o wsi polskiej, gdzie co rusz komuś objawia się Najświętsza Panienka w postaci plamy na szybie, czy rysunku w korze gruszy albo innej śliwy.



Mówimy tu np. o wierze w to, że człowiek, który poświęcił życie robieniu ludzi w konia w swoich rozlicznych biznesach, jako prezydent skutecznie pochyli się nad losem pracowników najemnych swojego kraju; że inny człowiek, który kontakt z rzeczywistością swego szybko rozwijającego się kraju ma słabiutki, doprowadzi ten kraj do rozkwitu (wręcz go zbawi), popędziwszy kota mitycznym komunistom i złodziejom… Przykładów na rozbrat ze zdrowym rozsądkiem na rzecz silnej wiary w cud dostarcza od pewnego czasu prawie cały zachodni świat, nie tylko kraj nad Wisłą.


I zgodnie z głoszoną niegdyś teorią konwergencji zbliża się w tym momencie do wielkiego kraju wschodniego, który Oświecenia nigdy nie zaznał, i którego mieszkańcy ze swoją dochodzącą często do głosu irracjonalnością (vide: „Rosja to nie kraj, to stan umysłu”) nie przestają zdumiewać przedstawicieli owego oświeconego Zachodu. Z braku lepszego pomysłu, rzeczeni przedstawiciele, na ów deficyt Oświeceniowej racjonalności ukuli nawet termin: „rosyjska dusza”...


Akurat.

 

Tagi