RSS
sobota, 15 listopada 2014

Czy nieszczęście Poznania zaczęło się już w latach 1918- 1919, kiedy to opuściło go 40% mieszkańców, zabierając ze sobą typowe przymioty protestantów, czyli pracowitość i odpowiedzialność? W końcu to ich dobroczynnemu wpływowi zawdzięczało miasto opinię miasta gospodarnego, uporządkowanego, a nade wszystko czystego, na której to opinii jechało jeszcze po II wojnie światowej, a nawet później. Architektura, jaką nam skrzętni protestanci zostawili, nie budziła jednak wśród rodaków entuzjazmu. Przy zamku cesarskim,

 

postrzeganym jako symbol wrażego pruskiego panowania, dopóty majstrowano, aż pozbawiono go zwieńczenia wieży. Franz Schwechten może i wielkim architektem nie był, ale rozumiał, że ta chaotyczna bryła musi mieć jakąś dominantę; już nie ma.

 

Za to gdzieś indziej wybudowano samą dominantę.

 

Zgred nie pójdzie na łatwiznę i nie będzie się pastwił nad powyższym obiektem, w którym cegły udają tekturę, a może odwrotnie, bo robiono to już nie raz. Obiekt ten jest jednak w jakiś sposób charakterystyczny dla tezy, że Poznań do architektów szczęścia nie ma. A może do tzw. decydentów, którzy wybierają projekty do realizacji?

Nieszczęście zaczęło się już w okresie międzywojennym; przykładem może być ten oto gmach, który wygląda jak ze snu Alberta Speera:

 

Mieści się w nim aktualnie administracja szkoły zawodowej dla przyszłych rekinów wolnego handlu, obecnie znanej jako Uniwersytet Ekonomiczny.

Co prawda po wojnie zbudowano śmiały i ciekawy budynek, tzw. Okrąglak, który jakimś tajemniczym sposobem wrósł w otoczenie,

 

ale później szło już coraz gorzej. Na przykład wyżej wzmiankowani handlowcy, którzy tymczasem  rozmnożyli się ponad wszelka miarę, zapragnęli kolejnego gmachu, jeszcze wyższego, i jeszcze brzydszego niż ten stary. I dostali.

 

W odróżnieniu od Okrąglaka, obiekt ten, który zardzewiał już w trakcie budowy, nigdy w żadne otoczenie nie wrośnie, bo it sticks out like a sore thumb, jakby powiedzieli Amerykanie (uczymy się języka angielskiego z premierem), ale o to zapewne chodziło.

Z kolei bardzo skądinąd udane centrum handlowe, ma pyszny fronton, który niczego nie udaje, a jego dwa pylony sygnalizują nam wprost, czym jest: to Świątynia Mamony.

 

Jak kiedyś międzygwiezdni archeolodzy wykopią ruiny ziemskiej cywilizacji, może potną to coś pieczołowicie na kawałki, wywiozą do siebie i zmontują w jakimś muzeum? Tylko skąd będą wiedzieć, że toto ma zmieniać kolory?

Nowe galerie handlowe wciąż powstają, bo każdy chce powtórzyć sukces Świątyni Mamony. Ostatnio wybudowano śmiały taki obiekt w bezpośrednim sąsiedztwie nudnego, gotyckiego kościoła św. Marcina. Chodziło przypuszczalnie o tzw. shock value, bo pięć brudnych akwariów na ul. Św. Marcin

przyprawia mijających je  pasantów o myśli samobójcze, i trzeba ich z tego stanu wyrwać jakimś gwałtownym bodźcem.

Obiekt ma niezwykłą żółtawo-brudnawo-beżową barwę: Zgred sądził, że kolor ten całkowicie zniknął wraz z nieboszczką NRD, która go sobie dziwnie upodobała (samochody, męskie kurtki, wszystko tam takie było), ale nie, nie wymarł, jest, pyszni się w sercu Poznania!

 

I tak trwa ta galeria obok tego kościoła, i jest jak owa kokota*, która zerka na dostojną damę, która jednak, jak to dama, całkowicie ją ignoruje. Te dwie panie nie dogadają się nigdy, to pewne.

Zgred słyszał, że powstanie w Poznaniu nowy, bardzo nowoczesny i kosztowny gmach (stać nas już na taki, a co), i to w najlepszej tradycji nowego wieżowca szkoły dla handlowców:

 

Chodzi przypuszczalnie o to, że najbrzydszy istniejący model Sheratona, zrealizowany wg projektu wyciągniętego z szuflady, do której trafił w latach 50-tych, niecałkowicie jeszcze zasłania beznadziejnie staroświecką Starą Drukarnię przy Roosevelta i potrzebne jest tu działanie bardziej zdecydowane.

Rzadkość występowania w tym nieszczęśliwym mieście architektonicznych pomysłów UDANYCH, takich jak nowy budynek zawodowej szkoły dla muzyków, stylizowany na stary obok (dzięki czemu nie razi stojąca na ich przedłużeniu koncertowa rotunda),

 

sugeruje, że u miejskich decydentów z pokolenia na pokolenie występuje szczególny rodzaj zmysłu estetycznego, być może efekt przebytych w dzieciństwie chorób, a może zwykłej awitaminozy?

Los dzielnicy Zgreda, Jeżyc, dobitnie pokazuje, że mamy do czynienia z ludźmi inteligentnymi jakoś inaczej niż inni. Zamknięto tam otóż starą zajezdnię tramwajową  przy ul. Gajowej i zwolnił się duży, ogrodzony nawet teren. Ludzie o inteligencji banalnej i pospolitej przenieśliby tam natychmiast leżące o rzut kamieniem stamtąd cuchnące targowisko z Rynku Jeżyckiego, a na zwolnionym w ten sposób placu wybudowali fontannę, posadzili drzewa, postawili ławki, z których można by podziwiać niedocenioną tamtejszą architekturę. Oczyma wyobraźni Zgred widzi te kafejki na wolnym powietrzu, taki mały Paryż…

Nie, ludzie o umysłowości niepospolitej i niebanalnej, po prostu innej, sprzedali zajezdnię komuś, kto słusznie zauważył, że warto ulokować w niej pieniądze. I tak od kilku ładnych lat teren zarastają skrzypy i widłaki.

A skoro mowa o Jeżycach: jeśli usłyszycie bredzenie o Poznaniu, jako o mieście po prusku czystym i porzundnym, pokażcie mu to zdjęcie z serca owej pechowej (jak zresztą wszystkie inne w tym mieście) dzielnicy:

____________________________________________________________________

*staropolszczyzny mi się zachciało. Kurew, i tyle.

 

Tagi