RSS
wtorek, 16 lutego 2016

Napisał o Puszczy Białowieszczańskiej Maciej Jarkowiec (GW 16.01):

[…] Jan Szyszko 2,5 roku temu w Sejmie: – W puszczy leżą 2 mln m sześc. drewna, które gnije, a ludzie nie mają czym palić. Kilka miesięcy temu poseł PiS Jarosław Zieliński wyliczył: "Problem ten przynosi roczne straty z powodu zaniechań w pozyskiwaniu i sprzedaży drewna w wysokości 500-700 mln zł."
Na spotkaniach o Puszczy Szyszce często towarzyszy Tomasz Duszkiewicz, kapelan myśliwych diecezji drohiczyńskiej. Przy jednej z okazji wywodził: "Według Pisma człowiek jest najważniejszy, a wszystko, co go otacza, powinno mu służyć. Według pseudoekologów ważniejszy jest ptaszek, kornik i żubr."
Szyszko jest też blisko związany ze Stowarzyszeniem Santa z Hajnówki. Najbarwniejszą postacią jest tam Leon Chlabicz, kierownik zbiornika wodnego Siemianówka. W sali pełnej leśników w mundurach dowodził, że "dęby i jesiony zaczęły umierać, bo utraciły cel życia, gdyż Stwórca stworzył je, żeby je wycinać". Przekonywał, że za śmierć puszczy odpowiadają Żydzi, "ludzie wyobcowani, których genetyka została ukierunkowana na tworzenie sztucznego świata". A koncepcja rezerwatu, według Chlabicza, już dawno poniosła klęskę, czego dowodem mają być rezerwaty Indian w USA. Leśnicy nagradzali go oklaskami
.


Zgred w Puszczy Białowieszczańskiej co prawda nigdy nie był, więc pewnie nie powinien się wtrącać, ale coś mu mówi, że chryja wokół niej to sprawa o wymiarze kulturowym. Że w tym konflikcie tak naprawdę chodzi o dwie Polski. Jak zwykle zresztą.

Rzekła Krystyna Janda: (natemat.pl):

Płacę co miesiąc podatki, gubię czapki, gram, czytam, spotykam się z wieloma ludźmi, podejmuję decyzje, martwię się i cieszę, staram się uspokajać nerwy i być obiektywna. Ale co rano budzę się z uczuciem, że spotkało mnie jakieś nieszczęście, a potem przypominam sobie – a, to tylko Polska.

Zgred kocha ten kraj tak, jak rodzice kochają ułomne dziecko, boć to kraj specjalnej troski. Ale czasem ma już dosyć. Trochę już go męczy bycie nieustannym marginesem, i mimo, że przebywa w środowisku sobie podobnych, to przecie złudzeń nie ma: procent, który wraz z nimi stanowi, jest wielkością,  jak to mówią matematycy, „zaniedbywalnie małą”. I myśli sobie, że gdyby w Europie (najchętniej gdzieś w Śródziemnomorzu) powstała gdzieś druga Polska, malutka republika ludzi oświeconych, racjonalnych, otwartych, tolerancyjnych, nie wadzących przyrodzie i ogólnie sympatycznych, w której człowiek miałby gwarancję, że nie spotka Jana Szyszko, Tomasza Duszkiewicza, Leona Chlabicza i wszystkich pozostałych, którzy wszak stanowią „sól tej ziemi”, to by rzucił wszystko, natychmiast tam wyemigrował i chętnie klepałby tam biedę. Byle nie budzić się co rano z uczuciem, że spotkało go jakieś nieszczęście.

sobota, 13 lutego 2016

Zgred trafił onegdaj na interesującą wypowiedź niejakiego Slavoja Žižka, słoweńskiego mądrali, który od lat tłumaczy świat niedobrym zachodnim kapitalistom i ostrzega ich przed samozadowoleniem. Bywa wysoce irytujący, ale na ogół diagnozuje zjawiska bardzo celnie.


Tu polemizuje akurat z poglądami Alaina Badiou, a komentarz dotyczy niedawnych porzypadków molestowania* kobiet w Niemczech przez imigrantów i uchodźców

 

[…] ich pragnienie nie jest rewolucyjne, to pragnienie zostawienia za sobą swojej zrujnowanej ojczyzny i dotarcia do ziemi obiecanej na cywilizowanym Zachodzie. (Ci, którzy pozostają w ojczyźnie, starają się odtworzyć nędzne kopie zachodniego dobrobytu, takie jak „unowocześnione” dzielnice każdej trzecioświatowej metropolii, w Luandzie, Lagos itd. z kawiarenkami sprzedającymi cappuccino, centrami handlowymi itp.).

 

Jednak skoro w przypadku znacznej większości pretendentów to pragnienie nie może zostać zaspokojone, pozostaje im, jako jedna z opcji, zwrot nihilistyczny: frustracja i zawiść przybierają radykalną postać w morderczej i (auto)destrukcyjnej nienawiści do Zachodu, a oni angażują się w brutalną zemstę. Badiou nazywa tę przemoc czystą ekspresją popędu śmierci, przemocą, której kulminację stanowić może tylko akt orgiastycznej (samo)zagłady, bez jakichkolwiek pomysłów na alternatywne społeczeństwo.

 

[…] Podstawową cechą fundamentalistycznego faszyzmu jest zawiść. Fundamentalizm wyrasta z pragnienia Zachodu przy jednoczesnej nienawiści do tegoż Zachodu. Mamy tu do czynienia z opisanym przez psychoanalizę typowym przeobrażeniem wściekłego pragnienia w agresję, a Islam dostarcza gruntu pod tę (auto)destrukcyjną nienawiść.



 

Taka faszyzacja może przyciągać uwagę młodych, sfrustrowanych imigrantów, niemogących odnaleźć swojego miejsca w zachodnich społeczeństwach czy perspektyw, z którymi mogliby się utożsamić – oferuje im łatwe wyjście z frustracji: pełne przygód życie na krawędzi przebrane w szaty religijnego poświęcenia, do tego zaspokojenie materialnych potrzeb (seks, samochody, broń…). Nie wolno zapominać, że Państwo Islamskie to również wielka struktura mafijna handlująca ropą, starożytnymi posągami, bawełną, bronią i niewolnicami, „mieszanka oferty bohaterskiej śmierci i zachodniego konsumpcyjnego zepsucia”.

 

[…] Popularne jest twierdzenie, że agresywni uchodźcy reprezentują mniejszość, a znaczna większość bardzo szanuje kobiety… Choć to oczywiście prawda, powinniśmy przyjrzeć się bliżej strukturze tego szacunku: jakie kobiety są „szanowane” i czego się od nich wymaga? Co jeśli kobietę „szanuje się” tam dopóty (i tylko dopóty), dopóki pasuje do ideału potulnej służącej, wiernie spełniającej swoje domowe obowiązki, a jej mąż ma prawo wybuchnąć gniewem, gdy ona zarazi się „wirusem” niezależności?

  

Nasze media zazwyczaj rysują podział na „cywilizowanych” uchodźców z klasy średniej i „barbarzyńskie” niższe klasy, które kradną, dręczą naszych obywateli, zachowują się agresywnie wobec kobiet, defekują w miejscach publicznych… Zamiast odrzucać ten obraz jako rasistowską propagandę, powinniśmy zebrać się na odwagę, by odkryć w nim okruch prawdy: brutalność czy wręcz okrucieństwo wobec słabszych, zwierząt, kobiet itp. to przecież tradycyjna cecha „niższych klas”; jedną z ich strategii oporu wobec możnych zawsze był pokaz brutalności nakierowanej na zakłócenie mieszczańskiego poczucia przyzwoitości.

 

[…] To nie był zwykły upust żądzy seksualnie wygłodniałych młodych mężczyzn – to dałoby się załatwić w bardziej dyskretny sposób – to publiczny pokaz strachu i upokorzenia, poddania uprzywilejowanych Niemców bolesnej bezradności.

 

 

[…] Dlatego też naiwne próby oświecenia imigrantów (wytłumaczenia im, że nasze seksualne obyczaje się różnią, że w przestrzeni publicznej uśmiechnięta kobieta w mini spódniczce nie wysyła automatycznie zaproszenia do seksu itd.) to przykłady zapierającej dech w piersiach głupoty – oni to wiedzą i właśnie dlatego to robią. Są w pełni świadomi, że to, co robią, jest sprzeczne z dominującą u nas kulturą, a robią to właśnie dlatego, by zranić naszą wrażliwość. Nasze zadanie polega na tym, by zmienić tę postawę zazdrości i mściwej agresji, a nie uczyć ich czegoś, co już dobrze wiedzą.

------------------------------------------------------------------------------------------

*Zgred z niechęcią i wbrew sobie używa tu tego dziwolągu językowego, zaszczepionego na współczesnej polszczyźnie przez fascynatów języka angielskiego, z powodu słabego wykształcenia nieświadomych, że słowo od dawna jest  mowie naszej znane - tyle, że znaczy coś innego. Niestety, w swym pierwotnym znaczeniu skazane jest na uwiędnięcie i wkrótce odpadnie.

piątek, 05 lutego 2016

Do chóru Polaków biadolących po szkodzie dołączył się Jacek Rakowiecki, swego czasu istotna postać w czasach powstawania w Polsce wolnej prasy.

Pamiętam, jak już w drugiej połowie lat 90. […] koledzy z tej prasy politycznej, opiniotwórczej w ogóle nie interesowali się tym, że w 1999 roku miażdżącą większość sprzedawanej w Polsce prasy stanowiła już tzw. kolorówka, a nie „Wyborcza” czy „Rzeczpospolita”. Nikt się w tych „poważnych” redakcjach nie interesował tym, co czyta 90 procent odbiorców, ten świat dla nich nie istniał, choć bez niego trudno było uzyskać pełny obraz polskich mediów, a co za tym idzie – również społeczeństwa. […]

Tzw. poważne media bardzo długo nie zawracały sobie głowy tym segmentem rynku, a gdy już spróbowały na niego wejść, trochę na siłę, był już zajęty. Dlatego skutek był marny. Uważam, że gdyby w odpowiednim czasie, czyli w połowie lat 90., zaczęto budować również jakościową prasę kolorową, mogłoby to inaczej wyglądać. Wielu ludzi poszło do „kolorówki”, bo nie chciało czytać wyłącznie o polityce i gospodarce, ale również o trudnych, bolących sprawach społecznych czy nawet o tzw. urodzie życia. A taką ofertę dostali tylko od marnych kopii marnych pism zachodnich.[...]


Leszek Balcerowicz […] stając się symbolem przemian w Polsce po '89 roku, ważniejszym nawet niż Lech Wałęsa czy Tadeusz Mazowiecki, stał się paradoksalnie takim antysymbolem wykluczonych, których reprezentował Andrzej Lepper. Tylko my wówczas widzieliśmy wyłącznie Leppera, nie widzieliśmy wykluczonych. W związku z tym obrona Balcerowicza była absolutnie nadrzędną wartością. Ze wszystkim innym można było iść na kompromis. Z tym nie. I nie chodziło tylko o obronę Leszka Balcerowicza jako partyjnego lidera, polityka i ministra, ale o obronę pewnej wizji, która sprowadzała się do głębokiej wiary w to, że każdy jest kowalem własnego losu. I ponieważ na naszym przykładzie to się sprawdzało – bo myśmy swój los wykuli, jesteśmy dobrze sytuowani, poważani, profesjonalni, w zasadzie tacy, jak na Zachodzie (tylko, cholera, oni tam jeszcze więcej od nas zarabiają) – to sądziliśmy, że to się powinno również w przypadku innych. W tym była taka upiorna pułapka, że my, broniąc Balcerowicza, broniliśmy całej filozofii, jak się wnet okazało, dziewiętnastowiecznego kapitalizmu.

[...] My naprawdę w te idee głęboko wierzyliśmy, co oczywiście może świadczyć o nas jeszcze gorzej, bo to znaczy, że dodatkowo byliśmy jeszcze idiotami. 

(wywiad: Krytyka Polityczna)

 

Zgred doskonale pamięta te czasy, i pamięta, że nie mógł się nadziwić, że tak ochoczo w tej Polszcze leziemy w szkodę. Ukuł wtedy określenie "kapitalizm wulgarny"; do dziś uważa, że było trafne. Zawsze wychodzi na jego, tak już ma.

Tagi