RSS
piątek, 28 lutego 2014

Kiedy nasz bohater powrócił do kraju, przestał być generałem – bo przestały obowiązywać jego awanse „czasu wojny”, „p.o.”, „tymczasowe”, i „honorowe”*. Zwykłym pułkownikiem się jednak długo nie nabył, bo awansowano go na p.o. generała dywizji i kazano jedną z nich dowodzić. Szybko jednak stwierdzono, że ten niespokojny duch w kraju się zmarnuje i ktoś wpadł na pomysł, żeby wyekspediować go za granicę. 

Okazja nadarzyła się szybko: w kwietniu r. 1940 Niemcy zaatakowały Norwegię i Anglicy z Francuzami zgodnie uznali, że zachodnie wybrzeże tego kraju dobrze byłoby kontrolować – choćby ze względu na kończące się tam tory kolei przywożące ze szwedzkiej  Kiruny rudę najlepszej stali na świecie**. Ktoś wymyślił, że alianci dokonają lądowania w Namsos, mieścinie mniej więcej w środku tego wybrzeża, skąd dziarsko ruszą na południe i odbiją z rąk Niemców ważne miasto Trondheim. I że poprowadzi ich do boju p.o. generała dywizji Carton de Wiart wspólnie z Francuzami…

 

Ta kanciapa w tle to zabudowania Namsos, a ten śledziennik obok naszego sceptycznego generała to dowódca ekspedycji francuskiej, gen. Sylvestre-Gérard Audet.  

Pomysł może wyglądał dobrze na mapie sztabowej, ale nawaliła logistyka przedsięwzięcia: francuscy strzelcy alpejscy wylądowali bez środków transportu (czyli mułów), zapomnieli też zabrać wiązań do swoich nart (a rok w Norwegii składa się z ośmiu miesięcy zimy i czterech miesięcy gorszych warunków narciarskich), a Brytyjczycy nawet nie mieli nart, zresztą nigdy nie dali się specjalnie poznać jako narciarze.

lądowanie w Namsos ...

Niemcy zgotowali sprzymierzonym Jesień Średniowiecza i cud boski, że z tego korpusu ekspedycyjnego ktokolwiek ocalał.

 

Tyle właśnie zostało z Namsos i kanciapy ze zdjęcia wyżej po tym, jak Niemcy spuścili aliantom łomot. Po ruinach błąkają się żołnierze generała, zapewne szukają szczęścia. Skoro o szczęściu mowa: trudno uwierzyć, że on sam wyszedł z tego nalotu cało, ale jak już nadmieniłem, Niemcy przypuszczalnie wyczerpali limit trafień w jego osobę.

D… uratował im  wszystkim kpt. Louis Mountbatten, który przypłynął z konwojem i zabrał ich do domu. Mountbatten był wtedy pupilem Churchilla i robił błyskawiczną karierę w marynarce; przypadkiem był także księciem, od strony matki skoligaconym z królową Wiktorią kuzynem obecnie miłościwie niektórym z nas panującej Elżbiety II i wujem księcia Filipa, ale zapewne nie miało to dla jego kariery żadnego znaczenia.


 wspomniane wyżej ratowanie d...

A wyniesiona z Polski  nienajlepsza opinia naszego generała o Frenchies mocno się chyba wtedy w nim umocniła.

Po powrocie na Wyspy generał wrócił do swojej dywizji, gdzie szło mu ponoć nieźle, ale krajowi dekownicy szybko go z niej wygryźli, więc Churchill w 1941 r. wysłał go z misją do Jugosławii. Uważał zapewne, że ze swoim poleskim doświadczeniem nasz Adrian  gładko się ze wszystkimi słowiańskim tubylcami dogada. 

Ale nasz bohater do Jugosławii nigdy nie doleciał: po tankowaniu na Malcie jego Wellington (bombowiec, czyżby postrzegano generała jako tykającą bombę?), kierując się na Kair*** wpadł do morza przy wybrzeżu Libii, a on, straciwszy przytomność, a następnie odzyskawszy ją wskutek nieprzyjemnego kontaktu z wodą, dopłynął jakoś do brzegu i został pojmany przez Włochów, którzy akurat okupowali Libię.

 

Vickers Wellington. Ta maszyna wygląda dziś topornie, ale była wtedy bardzo popularna.

We włoskiej niewoli generał przesiedział dwa lata, grając w tryktraka i oddając się temu, czemu oddaje się każdy szanujący się brytyjski oficer w niewoli: wymyślaniu planów ucieczki i wcielaniu ich w życie. W sumie generał z utytułowanymi przyjaciółmi podjęli pięć takich prób, przy czym jedna wiązała się z kopaniem, przez siedem miesięcy, tunelu.

Villa Orsini, południowe Włochy. To tu, w tych strasznych warunkach ci wstrętni makaroniarze w czasie wojny  trzymali wysokich rangą brytyjskich oficerów

Najbardziej udana próba ucieczki zakończyła się  błąkaniem się generała przez osiem dni po okolicy w przebraniu jednorękiego, jednookiego i nie mówiącego słowa po włosku wieśniaka.

Na szczęście Włosi postanowili się poddać Brytyjczykom i wysłali na spotkanie z nimi do Lizbony tajnego parlamentariusza, gen. Zanussiego****, któremu na kompana i przewodnika przydzielili naszego Cartona de Wiarta. A że w przebraniu włoskiego wieśniaka nasz generał wyglądałby nieco dziwnie,  postanowili uszyć mu garnitur. Generał zgodził się, pod warunkiem, że „nie będzie wyglądał jak żigolak”*****, ale Włosi obniżyli swoje zwykłe standardy i uszyli mu przyzwoite ubranie.

Znalazłszy się w końcu w domu, niedługo czekał na nową przygodę: Churchill, który miał do generała słabość, zaprosił go do swojej rezydencji na długie nocne Brytyjczyków rozmowy, w wyniku których znalazł mu nowe zajęcie. Albo chciał go uchronić od dalszych uszkodzeń, albo chciał się go z Wysp pozbyć, uznając, że może wszystkim przynieść pecha, bo w październiku 1943 r. wyekspediował go najdalej jak mógł, mianowicie do Chin. Jako swojego specjalnego posła awansował go uprzednio do stopnia p.o. generała broni.

A że w Chinach generał mieszkanie miał niegotowe, zaległ na jakiś czas w Indiach, odwiedzając stare kąty i dawnych przyjaciół. A ponieważ jego poprzednia podróż samolotem do Kairu uległa nagłemu przerwaniu, postanowił wszystkim wrogom pokazać, że i tak tam kiedyś doleci i zrobił to.

Ale o tym potem.

________________________________________________________

* brytyjska armia ma nieporównanie więcej możliwości lipnych awansów niż wszystkie inne armie na świecie.
** stąd zresztą udział naszych w awanturze nieco bardziej na północ, tzn. pod Narwikiem.
*** taka trasa z Londynu do Jugosławii może wydać się trochę dziwna, ale w czasie wojny drogi do celu bywają bardzo kręte.
**** tak, z tych Zanussich.
***** dosłownie miał powiedzieć:  I have no objection provided I do not resemble a gigolo.
13:02, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 lutego 2014

W Polsce wylądował nasz bohater pod koniec wojny jako zastępca szefa (a wkrótce szef) Brytyjskiej Misji Wojskowej w tymczasowej randze brygadiera, na odchodnym udekorowany Orderem Łaźni. Nasz kraj szykował się wtedy do wojny na czterech różnych frontach (jednym dużym i trzech małych) i alianci uważali, że mogą służyć mu radą. W ten sposób poznał szereg osobistości, które jakoś tam zapisały się w naszej historii: Paderewskiego, Piłsudskiego, całą polską generalicję, a także nieco francuskiej – m.in. gen. Weyganda i późniejszego gen. De Gaulle’a.

 

Lwów 1919, wojna polsko-ukraińska: członkowie wojskowej misji francuskiej i brytyjskiej z polskimi oficerami. W środku dumnie stoi gen. Paul Prosper Henrys, szef misji francuskiej; brygadier Carton de Wiart trzyma dystans do Frenchie, oddzieliwszy się od niego dowódcą armii „Wschód” generałem Rozwadowskim.

W Polsce też nie mógł usiedzieć na miejscu. I nie dekował się – był zawsze tam, gdzie się coś działo.

Podobno dzielny brygadier mediował między władzami polskimi a atamanem Petlurą, który mu podpadł, gdy petlurowcy ostrzelali pociąg, którym poruszał się nasz bohater…

Podobno w Paryżu stawił się u przebywającego tam premiera Lloyda George’a i usiłował wydębić od niego pomoc wojskową dla Polski, ale brytyjski premier, już wtedy nam niechętny, nie dał się przekonać.

Podobno zaczął organizować dostawy broni na własną rękę, z Węgier przez Czechosłowację, posługując się skradzionym wagonem sypialnym…

 

A tu kombinuje coś z generałem Żeligowskim

Na pewno zaś zaliczył krótką niewolę u Litwinów, gdy rozbił się po ich stronie granicy samolot, który pilotował. Pilotem chyba nie był za dobrym, bo rok później rozbił kolejny samolot, tym razem gdzieś pod Kijowem.

Uprawiał też życie towarzyskie. Wiadomo, że był sekundantem przy jakimś pojedynku w Klubie Myśliwskim, do którego, oczywiście, go wprowadzono. Ciekawostką jest fakt, że drugim sekundantem był gen. Mannerheim, późniejszy prezydent Finlandii, który z nostalgii często odwiedzał wtedy Warszawę.

Podobno zaprzyjaźnił się z Piłsudskim i przekazał brytyjskiemu ministrowi wojny, niejakiemu Winstonowi Churchillowi, jego opinię, że ofensywa białej armii Denikina się rozlezie w szwach, co też i nastąpiło. Churchill, bardziej miękki niż jego własny premier, dał się namówić na dostawy sprzętu wojskowego do Polski.

 

Polskie władze wyjątkowo z kimś z Brytyjskiej, a nie tylko Francuskiej Misji Wojskowej. Carton de Wiart, wyjątkowo ze szklanym okiem i protezą ręki siedzi obok Piłsudskiego, który ma po prawicy patrzącego spode łba arcybiskupa Kakowskiego.

 

To jest w ogóle ciekawe zdjęcie: tam trzeci od lewej, tu pierwszy stoi Walery Sławek, niewyraźny, jak by już był duchem.

Podobno to jego właśnie nuncjusz papieski Ratti (późniejszy PiusXI) pytał o zdanie co do ewakuacji korpusu dyplomatycznego, gdy Warszawa była zagrożona przez bolszewików.

Podobno podczas bitwy warszawskiej pociąg obserwacyjny, którym jechał, został zaatakowany przez sowiecką kawalerię, co pozwoliło naszemu Adrianowi z satysfakcją użyć broni palnej. Spadł co prawda ze stopnia wagonu, z którego się ostrzeliwał, ale udało mu się wspiąć z powrotem. Czy kogoś trafił, nie wiadomo; jego w każdym razie wyjątkowo nie trafili. Czy za to właśnie dostał nasz Krzyż Walecznych? Tego też nie wiadomo.

 

Przed bitwą warszawską: od lewej generał Sikorski i nasz bohater ze sceptyczną miną

Podobno ostatnim przydzielonym mu adiutantem był pewien porucznik z 12 Pułku Ułanów Podolskich, dowódca szwadronu CKM, niejaki Karol Mikołaj Radziwiłł. Pewne jest jedno: w jakichś okolicznościach księcia poznał, i przypadli sobie do gustu.

Kiedy wygraliśmy wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną, Brytyjska Misja Wojskowa została rozwiązana, a Adrian Carton de Wiart, udekorowany naszym Virtuti Militari, odszedł z wojska – zresztą w randze „honorowego generała dywizji”. Było to w r. 1923.

I wtedy w jego życiu nastąpił nieoczekiwany zwrot. Otóż jego kompan Karol Radziwiłł stracił w wojnie polsko-bolszewickiej wuja Stanisława. Ów wuj był nie tylko adiutantem Piłsudskiego, ale także II ordynatem na Dawidgródku, kresowych dobrach liczących sobie, bagatela, 200 000 ha ziemi. I książę Karol to wszystko po nim odziedziczył. A wiedząc o myśliwskiej pasji naszego bohatera, podarował mu mająteczek nad Prypecią. Tam, na słynących z ptactwa wodnego bagnach stała leśniczówka, z której świeżo mianowany generał zrobił sobie dom. I zaczął polować. Jak napisał w swoich wspomnieniach: „W ciągu tych 15 lat, które spędziłem na tych bagnach polowałem chyba co dzień, cały czas z równie wielką przyjemnością”*.

Zaiste, wielka musiała być miłość generała do polowań, skoro ten niespokojny duch, ten obieżyświat i – nie bójmy się tego słowa – awanturnik wytrzymał na tych bagnach 15 lat! A niełatwo jest chyba celnie strzelać, z lewej ręki mając tylko kikut i musząc na nim opierać lufę dubeltówki… Tyle, że celując, nie musiał mrużyć oka, ale to była chyba słaba pociecha.

Złe języki mówią, że przez cały ten czas był rezydentem brytyjskiego wywiadu, a to, że zamieszkał o rzut kamieniem od sowieckiej granicy wcale nie było przypadkowe, ba, bardzo wygodne!

Ziemie ordynacji słynęły z największych polowań na dziki w Polsce; dość powiedzieć, że do nagonki najmowano nawet do 1000 okolicznych włościan. Nasz Adrian, który na dziki polował już w Indiach (konno i z włócznią!), w takiej rzezi dzików raz wziął udział, choć strzelanie do czegoś innego niż ptactwo w ogóle go nie interesowało.

 

Styczeń 1931, polowanie na dziki w ordynacji dawidgródeckiej. Ten stojący w środku, zwrócony twarzą do fotografa zażywny jegomość z wąsikiem o wyglądzie szynkarza to właściciel widocznego tu lasu, Karol Mikołaj książę Radziwiłł. Naprzeciw niego, odwrócony twarzą do dziwnego osobnika z kapelusikiem na głowie i sztucerem dyndającym na szyi, w czapce z daszkiem stoi Prezydent RP Ignacy Mościcki. A kilka kroków za Radziwiłłem, liczący martwe dziki** wysoki, chudy osobnik bez broni, ale za to w okrągłej barankowej czapce, to gen. Carton de Wiart.


 

To samo polowanie. W centrum prezydent Mościcki i książę Karol R. (z fajką) żartują z przedstawicielem miejscowych klas niższych, po lewej stronie gen. Carton de Wiart (również z fajką) gawędzi z hr. Pawłem Potockim.


Tę leśną sielankę na bagnach Prypeci przerwała nadciągająca wojna. Naszego bohatera podejrzanie szybko powołano z powrotem do służby czynnej, zgadnijcie, w jakim charakterze? Szefa Brytyjskiej Misji Wojskowej? A jakże inaczej!

Podobno pod koniec sierpnia 1939 namawiał marszałka Rydza-Śmiegłego (o którego zdolnościach miał jak najgorsze zdanie) do wycofania wojsk za linię Wisły.

Podobno to on wyjednał ewakuację naszej floty niszczycieli z Bałtyku, co pozwoliło aliantom ich później używać, ze zmiennym powodzeniem, w różnych morskich operacjach.

Z Warszawy ewakuował się z całą Misją, towarzysząc polskiemu rządowi. Konwój generała został co prawda zaatakowany przez Luftwaffe, ale tym razem Niemcom nie udało się go trafić, chyba swój limit wyczerpali. Zabili mu tylko żonę podwładnego.

Tymczasem jego mająteczek na bagnach zajęli Sowieci, którzy pieczołowicie spakowali broń palną generała, jego wędki, meble oraz odzież, i złożyli w muzeum w Mińsku. Wszystko to później szlag trafił, gdy Rosję nierozsądnie zaatakowali Niemcy.

W Rumunii chciano naszego generała aresztować, więc uciekł stamtąd samolotem, legitymując się fałszywym paszportem.

A jeśli komuś się wydaje, że to koniec jego przygód, to się ciężko myli.

_____________________________________________________________

* "I think I shot every day of those 15 years I spent in the marshes and the pleasure never palled"

** padło ich wtedy 131 szt.

11:21, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 lutego 2014

Zgred jest człowiekiem czytającym i zdarza mu się niekiedy wyczytać gdzieś coś interesującego. A że jest przyjaźnie nastawiony do innych czytających, chętnie się z nimi tym czymś podzieli.

Od pewnego czasu to tu, to tam trafia na ślad niezwykłej postaci, w której dzieje mało kto by uwierzył, gdyby rzecz dotyczyła bohatera literackiego czy filmowego. Czytelnik czy widz miałby tu poważny problem z tzw. „zawieszeniem niewiary”*, jak to się elegancko czasem nazywa. Z tym, że ten gość istniał naprawdę. Co więcej, w pewnym okresie życia był silnie związany z Polską...


portret autorstwa sir Williama Orpena, 1919

Nasz bohater co prawda urodził się (1880) w Belgii, ale matkę miał Irlandkę; chodziły słuchy, że jest owocem dyskretnego związku owej damy z królem Leopoldem II. Jako młodego arystokratę w stosownym czasie wysłano go do stosownej angielskiej szkoły z internatem, potem naturalną rzeczy koleją znalazł się na studiach w Oxfordzie, ale żądza przygód kazała mu rzucić książki w kąt i pod fałszywym nazwiskiem zaciągnąć się do brytyjskiego wojska. Miał wtedy lat 18 czy 19, podał, że ma 25, ale kto by tam kwestionował słowo dżentelmena…

Wziął udział w rozpoczynającej się właśnie wojnie (dziś znanej jako II wojna burska)  i wtedy po raz pierwszy objawiła się jego szczególna predylekcja do uszkodzeń cielesnych: został ranny w brzuch i w pachwinę. Nie zniechęciło go to bynajmniej, i po kuracji wrócił do Południowej Afryki, awansowany na podporucznika kawalerii.

Służył potem w Indiach (gdzie namiętnie polował z włócznią na dziki) i znów w Południowej Afryce, a urlopy spędzał podróżując po Europie, gdzie mając strategicznie rozmieszczonych (w Czechach, Austrii, Bawarii, na Węgrzech) ustosunkowanych krewnych i znajomych, oddawał się ulubionemu zajęciu: polowaniu. Kiedy nie podróżował, głównie grał w polo (no bo w co innego?).


Choć uwielbiał wojskowe męskie towarzystwo, w którym był powszechnie lubiany i podziwiany za maestrię w przeklinaniu, mimochodem się też ożenił – z austriacką hrabianką o imionach i nazwiskach długości ćwierć metra – a nawet zaposiadł z nią dwie córki; życie rodzinne niespecjalnie go jednak interesowało**.

Wielka Wojna (czyli po naszemu I wojna światowa) zastała go w drodze do Somalii, gdzie służąc w brytyjskim Wielbłądzim (sic!) Korpusie Somalilandu i dzielnie walcząc z tamtejszymi religijnymi fanatykami*** został dwukrotnie postrzelony w twarz, tracąc oko i kawałek ucha. Dostał za to DSO, czyli odpowiednik naszego Krzyża Walecznych.


Wcale niezrażony kolejnymi uszczerbkami na zdrowiu „elegancki pirat”, jak zaczęto o nim mówić, zupełnie nie myśląc o opuszczeniu wojska, w r. 1915 wrócił do Europy. Tu wziął udział w walkach na froncie zachodnim, skutecznie dowodząc trzema batalionami piechoty, a nawet brygadą. Niestety, pech go nie opuszczał: Niemcom udało się go trafić aż siedem razy. Najpierw stracił lewą rękę, w bitwie nad Sommą przestrzelono mu czaszkę i kostkę u nogi, w bitwie pod Passchendaele dostał postrzał w biodro, pod Cambrai w nogę, pod Arras przestrzelono mu ucho.

Każdemu innemu dałoby to do myślenia, ale nie dzielnemu Adrianowi: w wojsku pozostał.


każda kreska na jego lewym rękawie oznacza jedną ranę

Wojowanie zakończył w stopniu generała brygady „czasu wojny”, w jej trakcie udekorowany brytyjskim odpowiednikiem Virtuti Militari, czyli Krzyżem Victorii****,  belgijskim Krzyżem Wojennym, na koniec komandorią brytyjskigo Orderu ŚŚ. Michała i Jerzego.

W swoich pamiętnikach napisał potem:

Frankly, I had enjoyed the war...

A potem trafił do Polski. Ale o tym później.

 ___________________________________________________________

* suspension of disbelief

** w swoich późniejszych pamiętnikach żonie i córkom nie poświęcił nawet słowa

*** tak, tak, od tamtego czasu w Somalii niewiele się zmieniło

**** Jak napisano o jego czynach w cytacji: He frequently exposed himself (...), passing unflinchingly through fire barrage of the most intense nature. Tak, jak byśmy nie wiedzieli...

21:41, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 lutego 2014

Jak większość rodaków Zgred nie pozostaje obojętny na wysiłki sporych grup narodu ukraińskiego, by żyć godniej, niż żyje. Żeby „oni” nie kradli. Kibicowanie Ukraińcom może być motywowane różnie: ci sentymentalni mają wizję Ukrainy rodem z polskiego hymnu biesiadnego („pięknych dziewcząt jest niemało / lecz najwięcej w Ukrainie / tam me serce pozostało / przy kochanej mej dziewczynie” itd.), ci niesentymentalni, a zorientowani geopolitycznie chcieliby mocno osadzonego w Europie buforu, który wreszcie oddzieliłby nas skutecznie od Ruskich, a inni po prostu sympatyzują z każdym, kto ma od nas gorzej, a chce żyć jak człowiek. Są też oczywiście czarnowidze, którzy wieszczą niechybny powrót krwiożerczych banderowców – do wyboru, do koloru. Mało kto jest jednak wobec wydarzeń obojętny.

Zgred, jak to Zgred, lubi się wymądrzyć, stara się więc chłodno ocenić szanse Ukraińców w kontekście ulubionych przez niego różnic kulturowych.

Jeśli poszukamy mapy Europy sporządzoną pod kątem wyznaniowym (dlaczego nie?), na ogół natkniemy się na coś takiego:

 

Oczywiście jest tu wiele punktów dyskusyjnych – np. czy uprawnione jest malowanie na zielono Czechów, skoro członków kościoła katolickiego jest tam tylko 10%? Czy taka bardzo katolicka jest „najstarsza córa Kościoła” dość skutecznie światopoglądowo przeorana przez rewolucję? Z całą pewnością jej zieleń powinna być bledsza niż w Polszcze, która wciąż nie może się zdecydować, czy jest państwem wyznaniowym, czy nie… Ale to wszystko szczegóły.

Ogólnie chodzi o to, że demokracja, o którą tak walczy Ukraina, niezagrożona wydaje się być głównie tam, gdzie, nomen-omen, pomarańczowo.

My, małe zielone ludki, z naszą demokracją radzimy sobie ze zmiennym szczęściem. Nawet w byłej Unii Europejskiej Wersji 1.0, czyli monarchii austro-węgierskiej, rozrzut jest spory: np. austro- jakoś sobie radzi, a węgierska- z dnia na dzień brunatnieje…

Ktoś może powiedzieć – a Włochy? Kraj zachodnioeuropejski całą gębą! Tja… Kraj, który po wojnie miał najwięcej rządów na głowę mieszkańca w całej Europie? Wyhodował sobie premiera w postaci pana B? Który do dziś nie radzi sobie ze swoistą wersją państwa podziemnego, czyli mafią? Bo wyeksportowanie jej Za Wielką Wodę powiodło się tylko częściowo...

A może Hiszpania, która ze swoją demokracją ociągała się i zwlekała tak długo jak tylko się dało, to znaczy do dnia, kiedy nie było już żadnych wątpliwości, że Wujek F zszedł ostatecznie i nieodwołanie?

No i jakoś tak się składa, że oba te kraje coraz cieniej przędą.

Wracając do Ukrainy: brutalna prawda jest taka, że tam, gdzie niebiesko, prawdziwa demokracja nikomu się jeszcze nie udała. Ktoś może twierdzić, że przecież Grecja… Ale w kwestii demokracji to casus podobny do Hiszpanii. A co z nią będzie dalej? No cóż, poczekamy. Te niebieskie greckie ptaki jeszcze nas mogą zadziwić, tak jak już zadziwiają. Np. tym, że areał zgłoszonych do unijnych dopłat gajów oliwnych znacznie przekracza powierzchnię kraju.

Jakoś tak jest, że tam, gdzie pomarańczowo, ludzie generalnie płacą należne podatki, drogówki nie da się przekupić, kierowcy szanują pieszych, a uczniowie w szkole i studenci na uczelni nie ściągają - żeby tę kulturę ująć najbardziej skrótowo. I ludzie żyją dostatnio (pozdrowienia dla Maxa W).

Tam, gdzie zielono, jest różnie; im więcej w historii kraju było Oświecenia, tym lepiej. I dostatniej.

A tam gdzie niebiesko, brak  wiążącej się z Oświeceniem „kultury kontraktu”, jak to powiedział profesor Radosław Markowski*. Tamtejsi wyrażają to znacznie prościej: – Bez łapówki niczego nie załatwisz.

My w Polszcze jedną nogą tam, jedną tu. Jakoś się czasem na trzeźwo dogadujemy, wszystko jakoś (kulawo, bo kulawo) funkcjonuje, a to i owo bez łapówki wciąż da się załatwić. I tak balansujemy między przyprawiającym nas o kompleksy oświeconym, ale nieludzkim Zachodem i swojskim, ludzkim Wschodem. Z narodowym naszym eposem, który opiewa Litwę i narodową pieśnią biesiadną, która opiewa Ukrainę…

No właśnie, a co z nią?

_________________________________________

*jeden z tych profesorów, których Zgred zawsze słucha bardzo uważnie.

Tagi