RSS
piątek, 13 stycznia 2017

Kiedy Zgreda ogarnia zniechęcenie, kiedy ma dość śledzenia rozwoju sytuacji, w której jedna strona plemiennego sporu proponuje coraz to nowe otwarcie w szachach, a druga konsekwentnie gra w co innego, mianowicie w bliższego jej mentalnie dupniaka, wtedy Zgred udaje się na wewnętrzną emigrację i sięga po książkę. I na ogół są to najnowsze książki Andrzeja Stasiuka, które Zgred regularnie dostaje w prezencie od Mademoiselle – bo wszystko inne, czego mu potrzeba, od dawna już ma.

 

Stasiuk jest bystrym tropicielem wszystkiego, co w nas wschodnie i nigdy nie dał się nabrać na tezę, że miejscem Polski zawsze była oświecona, zachodnia część Europy. Racjonalny, protestancki Zachód śmiertelnie go nudzi; kiedy próbował go opisać („Dojczland”), całkiem uwiędło mu pióro. Stasiuk ożywa tylko wtedy, kiedy gdzieś w świecie dostrzeże szczególnie wyrafinowaną wschodnią prowizorkę, bałagan, brud i cwaniactwo. Tylko wtedy się odnajduje, jest u siebie, tylko wtedy ma natchnienie. Zresztą Zgred już o tym pisał („Stasiukowe wywody I”, 16.06.2015)

W jego wizji Europy nie skolonizują wkrótce przybysze z Południa czy z bliższego lub dalszego Wschodu, ale ci, którzy już w tej Europie, na jej peryferiach, są:

Plan na najbliższe dziesięciolecia jest mniej więcej taki: nadciągną Cyganie ze swoimi taborami i rozbiją obozy w środku Pól Elizejskich, bułgarscy niedźwiednicy będą pokazywać swoje sztuki na berlińskim Kudamie, półdzicy Ukraińcy założą swoje mizoginiczne kozackie wspólnoty na Nizinie Padańskiej u bram Mediolanu, pijani i rozmodleni Polacy spustoszą winnice nad Renem i Mozelą i zasadzą tam owoce wypełnione czystym spirytusem, a potem ruszą dalej, śpiewając litanie, i zatrzymają się dopiero na skraju kontynentu w katolickim i cudami słynącym Santiago di Compostela. Trudno jest powiedzieć, co zrobią Rumuni ze swoimi milionowymi stadami owiec – ich narodową cechą jest przecież owczarstwo, ale nade wszystko nieprzewidywalność. Serbowie, Chorwaci i Bośniacy przepłyną na dalmatyńskich pirogach kanał i zbałkanizują Brytanię, która raz na zawsze, jak Pan Bóg przykazał, podzieli się na Szkocję, Anglię oraz Walię. Mieszkańcy Łotwy oraz Litwy raz po raz przebiegle będą zmieniać tożsamość i wprowadzać w błąd przyzwyczajoną do przejrzystych kryteriów opinię publiczną. Słoweńcy i Słowacy będą się podawać za mieszkańców Slawonii, czym doprowadzą do rozpaczy wszystkie komputerowe systemy Unii. Mołdawianie, którzy główne dochody czerpią ze sprzedaży własnych organów, spieniężą się w całości jako naród i doprowadzą do ruiny światowy rynek przeszczepów. A to, czego dokonają Albańczycy, przechodzi w ogóle ludzkie pojęcie… [„Fado”]

Kwestią otwartą pozostaje, czy w świetle ostatnich wydarzeń napisałby to jeszcze raz.

Ostatni produkt Stasiuka to kolejna jego powieść drogi, tym razem jednak z samochodami, a nie ludźmi w roli głównej.

 

Zgreda samochody nie rajcują, kilka ich w życiu miał i zawsze uważał je za dość tępe, choć przemyślne konstrukcje, których zadaniem jest bez szemrania przewieźć go z punktu A do punktu B i tyle. Choć walory estetyczne niektórych z tych konstrukcji nie umknęły jego uwadze.

 

Dla Stasiuka mają one jednak wymiar metafizyczny, bo wszystko, o czym Stasiuk pisze ma wymiar mniej lub bardziej metafizyczny, więc u niego nawet opisy mocno techniczne Zgredowi nie przeszkadzają.

W ostatniej powieści opisów samochodów jest sporo, ale są tam też fragmenty bardziej zrozumiałe dla kogoś, kto nie spędził wielu godzin życia leżąc pod samochodem i cierpliwie znosząc kapiący mu na twarz olej.

Oto scena, w której Narratora i jego towarzysza zatrzymują rosyjscy pogranicznicy, którzy nie akceptują oczywistego dla nas wyjaśnienia, że celem ich podróży jest sama podróż. Podróżnicy zawiadamiają polski konsulat, a Narrator tak sobie wyobraża interwencję w jego sprawie:

Zadzwonią i powiedzą: „trzymacie w szczerym polu narodnego pisatiela. Na chuj wam to? Wróci i dupę wam obsmaruje, a potem ogłosi to jeszcze w najważniejszych językach europejskich. Puśćcie, niegroźny jest. W porównaniu ze średnią narodową to on ma niski poziom antyrosyjskości we krwi. Stężenie jak na Polaka niewielkie, i to się wam jeszcze może opylać. Naszym zdaniem to on chyba coś nie ten tego z głową, że do was jedzie. Po waszemu gada, na ścianie ma zdjęcie rosyjskiego pisarza Płatonowa, do gazet mówi, że jest dzieckiem komunizmu, i widać bardziej mu pasuje ten wasz bardak niż wysoko rozwinięta zachodnia cywilizacja, w której przestrzega się praw człowieka. W Ameryce był raz, a do was pcha się już trzeci. Ze swej strony radzimy wpuścić, specjalnych strat wizerunkowych nie poniesiecie”. [„Osiołkiem”]

I jak tu nie kochać Stasiuka?

Niestety, od polityki uciec się całkiem u niego nie da. W Kazachstanie Narrator negocjuje wysokość łapówki dla policjantów. Jakimś literackim cudem jeden z nich okazuje się znać język polski.

– My, Polacy, zawsze byliśmy za wolnością. – Tym razem nabrałem powietrza i wyszło mi trochę lepiej. – Za naszą i waszą.

– Obejdzie się. I nie wciskaj mi ciemnoty. Sami siebie wzięliście za ryj i nie możecie nawet podskoczyć. A było się szarpać? Było przeciw ościeniowi wierzgać? Było zamęt parlamentarny czynić? Porządek ustalony burzyć? Dwadzieścia parę lat jak psu w dupę. I będzie mi tu jeszcze o jakimś eksporcie idei opowiadał…

– A co ty o wolności wiesz? […]

– TV Polonię mam na satelicie – odpowiedział spokojnie.

– No i co?

– Prezydenta wczoraj pokazywali.

– A waszego nie pokazują?

– Pokazują. Ale wasz jakiś wystraszony i wyglądu nie ma. Nasz lepszy. Nikogo się nie boi. [tamże]

No bo Stasiuk nigdy się nie waha zająć stanowiska. A ostatnio okazji tyle, że mógłby nie zajmować się niczym innym.


17:57, tobiasz2013
Link Komentarze (2) »
Tagi