RSS
piątek, 23 stycznia 2015

Kiedy studiuje się historie ubioru zauważa się, że ludzkość zawsze miała skłonność do wkładania sobie na głowę mniej lub bardziej absurdalnych obiektów, na przykład takich:


Jeśli wręcz nie takich:



Albo takich:


W naszych czasach na przykład od stu lat hitem jest zimowa, wełniana czapka z pomponem; nie ma sposobu, żeby w czymś takim na głowie wyglądać na istotę racjonalną.

 

Pewną odmianą jest wełniana czapka bez pompona, ale za to z komorą powietrzną, niekiedy całkiem sporą; konia z rzędem temu, kto odgadnie jej przeznaczenie. Zapewne kiedyś, kiedy jeszcze nie wymyślono kieszeni, można było w takiej komorze to i owo schować, ale teraz? Przecież telefon komórkowy jest płaski i wejdzie wszędzie.

 

Swoją drogą godna najwyższego podziwu jest siła perswazji dyktatorów mody, którzy skłonili wiele młodych osób do wkładania na się czegoś takiego.

Szczególnie idiotyczna jest odmiana z komorą w kształcie koguciego grzebienia (?), święcąca triumfy w środowiskach związanych ze sportami zimowymi.

 

Innym przykładem nakrycia głowy, które jest inherentnie szpetne, jest kapelusik z wąskim rondem, który, w postaci z piórkiem, znany jest wszystkim miłośnikom polskich seriali okupacyjnych jako rozpoznawczy znak złego Volksdeutscha współpracującego z Gestapo, albo wręcz gestapowca.

 

Od pewnego czasu, nie wiedzieć czemu, w wersji kraciastej, jest to ulubione nakrycie głowy nastolatek, osobliwie amerykańskich, osobliwie tych penetrujących Europę:

A skoro już mowa o kapeluszach, to na koniec prawdziwy cymes ze Zgredowej kolekcji:

Przy czym kardynał Burke nosi go tu w postaci złożonej, podróżnej. W postaci rozłożonej wygląda zaś tak:

No, ale co na głowę potrafią sobie nasadzić osoby duchowne, to temat-rzeka...

 

Nie ma tak lekko, ciąg dalszy nastąpi!

Tagi: moda
14:47, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 stycznia 2015

Proszę przyjrzeć się poniższemu zdjęciu.

 

Czyż nie jest krzepiące? Oto nasza młodzież, uchodząca za zdziczałą, w muzeum. Jakież ogromne wrażenie musiała na niej zrobić „Straż nocna”* Rembrandta, skoro młodzi ludzie natychmiast poczuli potrzebę podzielnia się swoimi wrażeniami z osobami im najbliższymi. Siedzą i gorączkowo stukają w klawiatury telefonu, rozpisując się  o niezwykłym kunszcie malarza, który z grupowego portretu zrobił arcydzieło ukazujące interakcję między postaciami, wyposażonymi w wyraźne, indywidualne cechy. W natchnieniu rozpisują się o użyciu światła przez Rembrandta, wnikliwie drążą kwestię odejścia autora od realizmu i zwrot ku mistycyzmowi, snują refleksje o przedstawionym tam i malarsko zakodowanym spisku, który doprowadził do śmierci kapitana owych strzelców i zastąpienia go innym. Gorączkowo piszą o obrazie jako oskarżeniu wymierzonym w spiskowców i ukryciu w obrazie informacji na temat tej złowieszczej intrygi…

„A teraz z zupełnie innej beczki”, jak to było  w polskim tłumaczeniu skeczów Monty Pythona.

Człowiek to takie bydlę, które przypadkiem, na swoje nieszczęście, wynalazło słowo „szczęście” i od tego czasu biedzi się nad definicją owego pojęcia i poszukiwaniem jego desygnatu. Zgred, który czasem coś tu i tam przeczyta, natrafił w POLITYCE na artykuł Mariusza Hermy pt. "Szczęście sprzyja lepszym?” i pozwoli sobie na zacytowanie, bo od dawna miał w tej kwestii swoje podejrzenia, ale nie miał naukowego wsparcia…

Posiadanie dzieci uchodzi zazwyczaj za klucz do szczęścia. Tymczasem, jak stwierdziła prof. Robin Simon z Wake Forest University po przebadaniu 12 tys. Amerykanów, niezależnie od sytuacji rodzinnej i materialnej, znacznie częściej spotyka się symptomy depresyjne i zaburzenia emocjonalne u rodziców, niż u ich bezdzietnych rówieśników. […] Okazało się, że interakcja z własnymi pociechami sprawia rodzicom mniej radości niż ćwiczenia fizyczne, jedzenie, czy oglądanie telewizji.


[…] Na początku tego roku psycholodzy z University of Exter opisali czynniki, które znacząco przyczyniają się do poprawy zdrowia psychicznego. Awans, podwyżka czy ślub – wszystkie miały niezwykle korzystny efekt. Tylko że krótkotrwały. W ciągu 6-12 miesięcy czar pryskał.

Po tym czasie stan samopoczucia wracał do punktu wyjścia. Nawet w grupie osób, które wygrały na loterii ponad pół miliona funtów” – stwierdzili naukowcy. Jedynym czynnikiem trwale poprawiającym kondycję psychiczną badanych (przeanalizowano 40 tys. gospodarstw domowych) okazała się przeprowadzka w pobliże terenów zielonych. Żyjący blisko lasu, parku albo chociaż większego ogrodu znacznie rzadziej przejawiali oznaki depresji czy stany lękowe niż ci otoczeni betonem. Efekt utrzymywał się nawet po kilku latach.


Co Zgred dedykuje wszystkim p.t. Czytelnikom.

____________________________________________________________

*a będąca właściwie „Kompanią Fransa Banninga Cocqa i Willema van Ruytenburcha”. Tak, tak, Zgred nie mógł przepuścić okazji, żeby się trochę wymądrzyć.

Tagi