RSS
niedziela, 26 stycznia 2014

Zgred w swoich wpisach niejednokrotnie dawał wyraz swojemu sceptycyzmowi w stosunku do profesury i szacunku, jakim się w społeczeństwie cieszy. Utrzymywał, że  w kwestii potencjału intelektualnego tzw. rozkład normalny w zbiorze „profesorowie” nie różni się zasadniczo od takowego w zbiorze „hodowcy królików”, czy w każdym innym (13.04.2013), twierdził, że profesorom nie powinno się powierzać zarządzania czymkolwiek, na dowód czego powoływał się na Amerykanów, u których od zarządzania uniwersytetem jest kanclerz, a profesor jest od zasiadania i badania (9.10.2013).

Objawił się jednak oto w grodzie Poznań profesor historii, który pisuje felietony, co jest o tyle dziwne, że historyk z oceną czegokolwiek na ogół czeka, aż kurz nie tylko opadnie, ale się jeszcze odleży z kilkadziesiąt lat. Ten jednak poznańczyk ocenia na gorąco, bo taki ma widać temperament. A Zgred go z zainteresowaniem czytuje, choć składnia u profesora pozostawia nieco do życzenia.


profesor z Poznania

Oto próbka:

Nad Wartą i nad Wisłą spotykać można ludzi, których poglądy się szanuje, choć się ich nie podziela. Poglądy naprawdę ma niewielu. To rarytas osiągany ciężką pracą rozumu. Do niedawna spierano się głównie o Marksa. Dziś chodzi raczej o Kartezjusza. Od swych wyznawców żąda niewiele. Wystarczy zdrowy rozsądek.
Poznać jego zwolenników łatwo. Nie uwierzą w rozpyloną mgłę, spisek tuskowo-putinowski, nie porwie ich umysłowość Antoniego Macierewicza ani kompetencja jego uczonych doradców. Nie uwierzą, że człowiek, który stał na czele sierpniowych strajków, był zdrajcą, a prawdziwymi bohaterami ci, którzy siedzieli w czwartym rzędzie. Łatwo odróżnią naukę spod znaku gender od ideologii, która się w nią przebiera  – jak nie pomylą historii politycznej z polityką historyczną. W ogóle trudno ich wywieść w pole, otumanić i oszukać. Mogą być liberałami, konserwatystami, chadekami, endekami albo socjalistami. Mogą wchodzić w ostre polemiki lub zawierać rozmaite kompromisy. Ale bredni nie zaakceptują, bo "zanadto sami siebie szanują". I w tym cała nadzieja.


jakiś inny profesor

Profesor z Poznania zdaje się uważa, że Kartezjusz jest dobry na wszystko. Oto fragment innego felietonu, tym razem o współczesnym  języku polskim:

Ludziom mediów sprawny język i odrobina Kartezjusza potrzebne są jak kowalowi dobry młot, ułanowi koń, a trębaczowi trąbka. Włączmy telewizor. W dwóch stacjach zasiada pięknie ubrane jury i ocenia wokalne popisy. Co słyszymy? – To był megawykon. Totalny odlot. No nie, supersprawa. Jesteś megautalentowany. Masz jaja. Pewna znana wokalistka dorzuca do tego jeszcze: "zaje…", co – jak poinstruowali mnie licealiści – ustępuje pod względem ekspresji uczuć określeniu "wyje...". W innych programach mamy rozmaite połączenia wyżej wymienionych części mowy (mega super, totalnie super, totalny odlot, totalnie mega super etc.). Na drugim biegunie mamy "katastrofę" i "masakrę" (z modnym dziś zwrotem: "było masakrycznie"). I to już niemal cała polszczyzna opisująca wszystkie stany ducha i wszystkie rzeczy. Cudzoziemcy mają powody do zadowolenia. Opanujesz ze 40 niezbędnych słów i lecisz po polsku. – Jak było? Super. A u ciebie? Katastrofa. 

Katastrofa, nieprawdaż?

16:50, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 stycznia 2014

W kraju ruszyła nagonka na pijanych kierowców. Media biją na alarm, politycy pałają świętym oburzeniem i domagają się czego? Oczywiście zaostrzenia kar! Od lat karmieni jesteśmy przerażającymi newsami typu: „W miniony weekend policja zatrzymała 947 pijanych kierowców” – to o ostatnim listopadowym weekendzie. Dzielna policja wysadziła z samochodów prawie 1000 osób, jaka ona jest niezwykle skuteczna!


Jak Zgred słyszy PIJANYCH, ze zgrozą wyobraża sobie współobywateli bełkoczących, którzy o własnych siłach nie byliby w stanie wysiąść z samochodu, współobywateli, których jedynie kierownica powstrzymuje od rozbicia sobie mordy o deskę rozdzielczą pojazdu. Ale potem uświadamia sobie, że owi „pijani kierowcy’ to taki modny ostatnio „skrót myślowy”, i że statystyka ta obejmuje w znakomitej większości obywateli będących pod wpływem, a nie w stanie nietrzeźwości.

Postawmy sprawę jasno: Zgred jest świadom faktu, że współobywatele dają w palnik, a potem prowadzą swoje pojazdy. I że po pijanemu zabijają ludzi. Tak jak wszędzie indziej, chociaż w Europie może częściej po jej wschodniej i południowej stronie, tak się jakoś składa. Cóż, „człowiek to nie jest piękne zwierzę”, jak to kiedyś ujęła pewna mądra pani.

Nie o to jednak w tym wszystkim chodzi. Sęk mianowicie w tym, że znakomita większość z owych 947 kierowców, w innych krajach wcale za będących pod wpływem uważana by nie była. Według polskiego prawa, żeby beknąć (dostać zakaz prowadzenia pojazdów do lat 3 oraz 30 dni aresztu lub grzywnę do 5000 zł). wystarczy mieć 0,2 ‰ alkoholu we krwi. Bardziej restrykcyjne (0,0 ‰) są tylko Białoruś, Rosja i Ukraina, gdzie, jak wiadomo, surowe prawo doprowadziło do całkowitego zaniku zjawiska pijanych kierowców. Znakomita większość Europy za dolną granicę stanu pod wpływem ma 0,5 ‰, z wyjątkiem Litwy, gdzie z nieznanych powodów jest to 0,4 ‰… Są też takie niecywilizowane kraje jak Wielka Brytania, Kanada czy USA, gdzie tą granicą jest 0,8 ‰, ale jak wiadomo, na tamtejszych drogach Teksas, Sajgon i ogólna masakra.

Ostatnio w sieci drugie życie zyskał list chirurga z urazówki, w którym dzieli się on w następujący sposób refleksjami na temat ofiar wypadków drogowych:

w Polsce zdecydowana większość ludzi na drodze ginie w zupełnie innych okolicznościach, niż wynika to z obrazu kreowanego przez media, policję i polityków.(…) wiecie Państwo, kto jest – też w moich statystykach – absolutnym numerem jeden, jeśli chodzi o liczbę ofiar? Jest to pani lat 30-40, trzeźwa, w dobrym służbowym samochodzie, przejeżdżająca pieszego na pasach. To się zdarza CODZIENNIE, i to kilka, kilkanaście razy dziennie. W 24-godzinny ostry dyżur urazowy w zwykły dzień tygodnia z terenu Warszawy trafia do oddziału ratunkowego co najmniej 15 osób (cięższe przypadki, w tym niektóre skrajnie ciężkie) oraz 30 na ortopedię (lżejsze przypadki – złamania kończyn, bez urazu głowy i narządów wewnętrznych) – osób przejechanych podczas próby przekroczenia jezdni na przejściu dla pieszych.

Policyjna władza wie, że tak jest. Co zatem robi? Stawia na światłach funkcjonariuszy, którzy wlepiają mandaty pieszym, przechodzącym na czerwonym świetle. Prym tu wiedzie tęga policyjna głowa, młodszy inspektor naczelnik Klimczewski Józef z Poznania, szef tamtejszej drogówki i ulubiony bohater postów Zgreda.


Sęk w tym, drogi mł. inspektorze, że ci piesi w znakomitej większości giną na przejściach tam, gdzie świateł nie ma w ogóle, albo giną wręcz przechodząc na zielonym świetle, pod kołami samochodów skręcających w prawo…

Są w Europie duże miasta, naczelniku Klimczewski, gdzie gdyby przechodnie zawsze czekali na zielone światło, nie zmieściliby się na chodniku… Są kraje, w których panuje zupełnie inna filozofia: czerwone światło to dla pieszego ostrzeżenie, a on ma wolną wolę i może wejść na jezdnię na własne ryzyko. Natomiast dla kierującego pojazdem nie ma zmiłuj się, bo on jest „twardym” uczestnikiem ruchu, jest opancerzony i zawsze groźny dla „miękkiego” przechodnia.

Zgred doznaje uczucia zażenowania widując stado wyraźnie czujących się nieswojo pieszych, czekających na zielone światło na zupełnie pustej drodze. To robota takich jak Pan, naczelniku Klimczewski. Gratulacje. To dlatego policjant w Polsce to wróg: jak za caratu, jak za II Rzeczpospolitej, zwłaszcza jak za PRL-u.

Zgred jeszcze nigdy nie widział policjanta z drogówki stojącego przy przejściu dla pieszych po to, by bezlitośnie zgnębić kierowcę, który nie zatrzymał się, by przepuścić pieszego, albo by natychmiast zabrać prawo jazdy takiemu, który wyprzedził samochód zatrzymujący się, by przepuścić „miękkiego”… A Zgred jako kierowca jest świadkiem takich sytuacji niemal codziennie.

Nie łudźmy się: pogarda „twardego” dla „miękkiego”, a właściwie brak odpowiedzialności za innych, to sprawa kulturowa. Tak się te kilkaset lat temu Europa podzieliła i tak to trwa. Do tego u nas w Polszcze dochodzą dodatkowe uwarunkowania: przecie my wszyscy ze szlachty, z dziedziców, co to rozparci w bryczce tego chłopka, co nie uskoczył w porę, jeszcze batem traktowali... I tak to trwa. Tego nie zmienimy.

Więc pozostaje represyjność – ale skierowana w inną stronę i w innych miejscach. Wyrobienie w kierowcach konkretnego odruchu warunkowego.

Czy Pan rozumie, o jakiej filozofii ruchu drogowego tu mowa, Naczelny Policjancie z miasta Poznania?



uwaga, zaraz nak..wię salto!

I niech drogówka nie próbuje się nikomu przypodobać. po prostu  niech będzie skuteczna na ulicy, a nie tylko w mediach.

Tagi