RSS
poniedziałek, 04 grudnia 2017

Trwa poważna debata nad rozebraniem Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Nareszcie! Rozpirzyć to badziewie!


Damy radę. W latach 1924-1926 rozpirzyliśmy po byku cerkiew (prawie nówkę) na Placu Saskim,


to i Pałac rozpirzymy, chociaż nieco większy.

A ówczesny komentarz prasowy do tego ujęcia


NARESZCIE BĘDZIE ZBURZONY… Nasze zdjęcie przedstawia obecny stan prac nad zburzeniem  Soboru na pl. Saskim. Ten pomnik obcej tyranii niknie w oczach i jest uzasadniona nadzieja, że do dnia święta narodowego 3-go maja, nie pozostanie ani śladu z tego symbolu niewoli i ucisku.

po małej modyfikacji da się wykorzystać, będzie oszczędność.

Co prawda nasi dziadowie i pradziadowie nie byli wystarczająco konsekwentni i nie splantowali np. cmentarza prawosławnego na Woli, co może u niektórych prowadzić do dysonansu poznawczego.


No bo pójdą tam i nie będą mogli pojąć, co tam robią np. rosyjscy generałowie z rodzinami. Jak wiadomo, po nieszczęsnym Stasiu, ostatnim królu Polski (choć są rewizjoniści, którzy twierdzą, że koronowali się jeszcze po nim jakiś Aleksander i jakiś Mikołaj), zaraz przyszedł Piłsudski i posprzątał.


A wypirzyć tych ruskich!

Z wrażymi hitlerowskimi cmentarzami na terenie jednej czwartej Najjaśniejszej po wojnie sobie poradziliśmy, nawet największymi, jak na przykład Parkiem Tysiąclecia w Zielonej Górze,


to z ruskimi sobie nie poradzimy?

A poznaniakom ten ich zamek, co go jeszcze dla Wilusia pobudowali, też rozpirzyć. 


Cwaniaczki, kawałek wieży ścięli i udają, że to nie ten sam pomnik pruskiej buty:


Wszystko z tej ich praktyczności i oszczędności. Tfu. Rozpirzyć im go i już! Zwłaszcza, że sobie niedawno zupełnie nowy, elegancki zamek pobudowali.

Więc Pałac Kultury niech sczeźnie! To symbol nieprzyjemnego okresu w dziejach Polski, o którym chcemy jak najszybciej zapomnieć. Chociaż, z drugiej strony, przecież kolaborantów nie było, i cały naród stawiał tym komuchom opór? Nie, lepiej zapomnieć. Była wojna, a po wojnie przyszli dwaj tacy, co Najjaśniejszą odbudowali.

Są co prawda narody, którym własna przeszłość, nawet wstydliwa, nie wadzi. Na przykład tacy Norwegowie. Nie wysadzili w powietrze budowanego dla szwedzkiego króla pałacu,


ba, zostawili przed nim pomnik ciemiężcy! Jaj nie mają, i tyle.

Albo Włosi. Ględzą o tym, że dziedzictwo, że Rzym, że się nawarstwia, że Mussolini też był kawałkiem ich historii, srutu-tutu, więc stadion, co go im zbudował, zamiast rozpirzyć, zostawili.


 

Nawet mozaiki nie skuli, niczego nie ruszyli:


Pewnie skrycie marzą, żeby taki Duce im się znów pojawił. No ale czego się spodziewać po makaroniarzach?

Albo Francuzi. Nie rozpirzyli żadnego  z Łuków Triumfalnych, które zostały po uzurpatorze, królobójcy, samozwańczym pożal się Boże "cesarzu".


No, ale czego się spodziewać po narodzie, który to my dopiero niedawno nauczyliśmy jeść widelcem?

niedziela, 26 listopada 2017

W ostatni piątek wpadł Zgredowi w ręce piękny album, przywieziony z Białorusi. Rzecz jest o nieistniejącej już radziwiłłowskiej zbrojowni w Nieświeżu.

 

 

Autorzy zebrali w nim starannie obiekty z dawnej zbrojowni nieświeskiej, jednej z wartościowszych na świecie, rozprzedanej przez księcia Albrechta Radziwiłła* w latach 1926-1927

 

i rozproszonej obecnie po kolekcjach na całym globie. Fragmenty jej dawnej zawartości można dziś oglądać w najprzedniejszych muzeach w USA i Wielkiej Brytanii, a także w Wiedniu, Paryżu i Dreźnie. Na przykład taki:

 

Sporo miejsca w albumie poświęcono siedzibie rodu, czyli zamkowi w Nieświeżu, pięknie przez Białorusinów odrestaurowanym i stanowiącym obecnie jedną z największych atrakcji turystycznych kraju.

 

Dlaczego więc wydawnictwo zawiera opisy tylko w języku białoruskim, rosyjskim i angielskim? Dlaczego Białorusini pogardzili rynkiem polskim, na którym z pewnością sprzedaliby przynajmniej kilkanaście tysięcy egzemplarzy? Oczywiście względy ekonomiczne nie odegrały tu żadnej roli, w końcu to nie jest gospodarka rynkowa. Istotne były z pewnością względy polityczne; jakby nie było, należymy do przeciwnych sobie obozów. Zgred podejrzewa jednak, że przeważyły względy emocjonalne: Białorusini en masse po prostu za nami nie przepadają. Tak, jak Ukraińcy. I gdyby przeciętnemu, od lat karmionemu mitami o Kresach Polakowi lepiej znana była prawdziwa historia tamtych ziem, wcale by się temu nie dziwił.

Oni naprawdę nie mają powodów, żeby nas kochać. Nasza buta i arogancja wobec mieszkańców dawnych polskich (nie tylko przecież) ziem jest obecnie bardziej zawoalowana, ale oni ją czują. W stosunkach z Ukrainą kwestionujemy np. to, co mają najświętszego, czyli mit założycielski młodego przecież państwa, odmawiając mu prawa do ich własnych „żołnierzy wyklętych”, głośno domagając się wyparcia się ich i potępienia w czambuł, podczas gdy nasi, kreowani na mit założycielski Nowej Polski, są, jak wiadomo, bohaterami bez skazy. Moralność Kalego w laboratoryjnie czystej postaci.

A Marszałek i Książę z Maisons-Laffitte przewracają się w grobach.

------------------------------------------------------------------------------------------------

*Właściwie Antoniego Albrechta Wilhelma Radziwiłła.

 

Tagi: Nieśwież
14:28, tobiasz2013
Link Komentarze (3) »
wtorek, 21 listopada 2017

Zgred z przykrością i niesmakiem stwierdza, że kraj jest pełen niewdzięcznych prześmiewców i hejterów, którzy nie szanują wybranej - w końcu przez siebie - władzy, i zupełnie nie rozumieją, że robi ona wszystko dla ich dobra. W przypadku zaś Ministra Wojny dla ich bezpieczeństwa. Na przykład poprzez nabycie dla Wojsk Obrony Terytorialnej latającego, supernowoczesnego sprzętu, czyli Amunicji Krążącej WARMATE:

 

Oto próbka wpisów pod artykułem pt.

"MACIEREWICZ POKAZAŁ NOWĄ BROŃ. NIEWYKRYWALNA DLA RADARÓW. ŻOŁNIERZE MOGĄ NOSIĆ JĄ W PLECAKACH":

 

szympansjera

Oceniono 20 razy 20  

Fajnie. Misio-Pysio będzie miał się czym bawić i zaimponuje Dżesikom z wiejskiej dyskoteki w remizie. 

 

jego-wysokosc

Oceniono 18 razy 12  

No właśnie z tym noszeniem plecakach to nie bardzo, całe miejsce jest już zajęte przez onuce szt. 2, modlitewnik szt.1 i kropidło bojowe szt.1.

 

villiers

Oceniono 16 razy10  

Przepraszam, że pytam. To jest nakręcane czy na paluszki?

 

41janina

Oceniono 5 razy  

Chyba ten wariant z różańcami na granicach był bardziej skuteczny i ekonomicznie atrakcyjny. Dlaczego rezygnować z czegoś co już się sprawdziło?

 

lalamido76

Oceniono 3 razy  

Niech zgadnę: kropidło bojowe z konwencjonalną głowicą z wodą święconą?


swientyjacenty

Oceniono 7 razy 

Chińczycy kilka tysięcy lat temu mieli na wyposażeniu latawce.

 

Sebastian


Łee myślałem, że to będzie piórnik taktyczny, a do tego zestaw kredek, których nie da się zmazać.

09:14, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 listopada 2017

Przyjrzyjcie się, droga Czytelniczko i Drogi Czytelniku, poniższej mapce. Przedstawia ona linie kolejowe w Polszcze roku 1988.

 

Wyraźnie na niej widać, że na ziemiach, które jęczały pod butem Prusaka i innych, które nam bezprawnie odebrano, a które nie tak dawno odzyskaliśmy, bez pamięci podróżowano koleją. Było to możliwe, bo utuczono się tam na naszej krzywdzie i stać tych Niemców było na rozwój kolejnictwa. Widzimy tu oczywiste różnice, które władza komunistyczna czemuś tolerowała.

W rok później odzyskaliśmy podmiotowość i nowa władza postanowiła te wstydliwe różnice, ciągnące się za nami jak ten smród po zaborach, wreszcie zniwelować. Zabrało to 20 lat.

 

I jak widać, udało się to nad podziw. Koniec z dziedzictwem zaborów!

Ludność z małych miasteczek i wsi z własną stacyjką kolejową (takich jak Zgreda) dalej jednak czemuś pragnęła się przemieszczać, co rozwiązała Czarodziejska Ręka Rynku za pomocą autobusowych firm przewozowych.

No i dobrze. Wszyscy wiedzą, że transport drogowy jest dla człowieka zdrowszy od kolejowego, bo ten sunie po stalowych szynach i nie sposób wyeliminować tego przykrego dla ucha stukotu i tych wstrząsów, powodowanych przez wekslowanie na rozjazdach. No i te katastrofy kolejowe, o których się bez przerwy słyszy…

12:24, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 listopada 2017

Wynurzeń ulubionego autora Zgreda ciąg dalszy. Wygląda na to, że autor raczej nie da się do obecnej władzy przekonać, nie uważacie Państwo? I raczej nie zbuduje on mostu nad głębokim wąwozem, po którego obu stronach wrą gorączkowe prace fortyfikacyjne.

[…] … ci, co dzisiaj rządzą, są siewcami strachu, jego wytwórcami i dystrybutorami. Są słabo rozgarnięci i nie mają innego sposobu, by ludzi mobilizować. Pielęgnują najniższe instynkty. Mówią: trzeba zabrać tym, co mają, i rozdać tym, którzy zawsze będą chcieli więcej. To się nie ma prawa na dłuższą metę udać, bo w żaden sposób nie buduje społeczeństwa, tylko spycha je do pierwotnego stanu walki wszystkich ze wszystkimi. […] Nie da się zbudować społeczeństwa na fundamencie strachu, resentymentu i konfliktu. Owszem, da się je trzymać za mordę jakiś czas. Ale tylko przez jakiś. Kosensus jest podstawą trwania. Zwłaszcza w czasach dość skomplikowanych, jak dzisiejsze. Po prostu nie można mieć samych wrogów. A w powieści aktualnej opcji są sami wrogowie.

[…] Tam nie ma żadnej postaci. Trochę im współczuję. Przecież oni dobrze wiedzą, że są trochę brzydsi, trochę głupsi, trochę mniej utalentowani, trochę słabiej mówią po polsku. Niby są przy tej władzy, ale jakby nie byli. Niby dużo mogą, ale  najważniejszym ich zmartwieniem są podśmiechujki, które czyni sobie z nich elektorat negatywny. Tęsknią do jakiegoś prestiżu, autorytetu, a tu ani chu-chu. Bo autorytetu nie zdobywa się w ledwo, ledwo wygranych wyborach ani z nominacji prezesa. […] Nie mają talentu, zwyczajnie, w żadnej dziedzinie, wszędzie są średni, umiarkowani, albo słabi. […] Mają tego świadomość, dlatego chcą sobie stworzyć alternatywny świat, alternatywną rzeczywistość literacką, artystyczną, bo to jest jedyna szansa, żeby istnieli. Ale mają poczucie, że to jest skłamane, dlatego są agresywni, dlatego kłamią w żywe oczy. 

14:02, tobiasz2013
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 30 października 2017

Zgred dzisiaj niby znów po linii małego oporu, bo będzie cytował. Ten mały opór to trochę złudzenie, bo żeby znaleźć coś wartego zacytowania, trzeba się nieco naszukać. Chociaż ulubiony autor Zgreda, Stasiuk, to właściwie samograj: siedzi na tym swoim zadupiu i z tego zadupia patrzy na Polskę i świat, a że powietrze tam krystalicznie czyste, to i widzenie ostre.

 

Tako rzecze Stasiuk w swoim najnowszym wywiadzie, a jeśli p.t. Czytelnikom pobrzmiewają w jego słowach wcześniej  tu już cytowane diagnozy, to proszę się nie dziwić; wszelcy twórcy są tu albowiem dziwnie zgodni:

[…] Za szybko, za mocno i na siłę chcieli nas ucywilizować na ogólnoeuropejską modłę, co się nie miało prawa udać. Jakim cudem, skoro nie mieliśmy żadnych wzorców, żadnej tradycji, żadnego continuum? Przecież 1989 rok to był mentalny wstrząs w skali całego narodu. Maszeruj na Zachód, maszeruj do Europy, maszeruj do bogactwa, maszeruj w stronę liberalizmu, w stronę społeczeństwa otwartego, maszeruj w nieznane […] A naród […] składa się również z ludzi, którzy nad wolność przedkładają bezpieczeństwo. Nad „europejskość” przedkładają to, co znane, swojskie,  oswojone. Starsi, biedniejsi, prowincjonalni, tradycyjnie religijni, zagubieni we współczesnym, niezrozumiałym, groźnym świecie. Przez dwadzieścia kilka lat nikt się nimi nie interesował. Stanowili coś w rodzaju zbędnego balastu w modernizacyjnym wyścigu. Nic dziwnego, że Unia Europejska jawi im się jako symbol wzgardy, której przyszło im doświadczać we własnym kraju.

[…] Po tych wszystkich latach, gdy lud miał się na gwałt modernizować i cywilizować, pojawił się geniusz, który obiecał ludowi święty spokój. Taki dil: wy na nas głosujcie, a my wam mówimy, że jesteście super, bo narodowości polskiej. […] Ów geniusz podpowiedział mu, że w każdym społeczeństwie znajduje się grupa ludzi podobnych do niego: ludzi miernych zdolności i wielkich oczekiwań. Ludzi, którzy za swoje wyimaginowane lub rzeczywiste niepowodzenia zawsze będą obwiniać innych. Ludzi, którzy własne lęki i kompleksy odbierają jako zagrożenia płynące z realnego świata. Z nich stworzył swój żelazny elektorat. Ze swojego kompleksu, nieszczęścia jakiegoś, samotności zrobił coś, co sprawia, że tłumy za nim idą. Bo on należy do tłumu. Powiedział suwerenom, że są w porządku tacy, jacy są, tylko reszta świata ich nie doceniła. A lud lubi takie słowa. Tak samo jak lubi, gdy władza niczego od ludu nie wymaga. Poza oddaniem głosu.

[…] Trochę fetysz zrobiliśmy z tej wolności. A tu proszę – lud mają gdzieś. Lud chce mieć święty spokój i trochę igrzysk w rodzaju, że się nareszcie „złodziei” pogoni, którzy się na tej wolności niesprawiedliwie wzbogacili. To jest towar przereklamowany, ta wolność. […] Ludzie wpadają w panikę na skutek wolności, bo muszą decydować, wybierać, ryzykować, błądzić. Wygodniej jest być Polakiem niż człowiekiem wolnym, bo wolność to wybór, hazard, a polskość to konstans.  W dodatku nie wiadomo, dokąd wolność nas zaprowadzi, a polskość jak zwykle nas zaprowadzi w przeszłość – najczęściej wyimaginowaną – ale znaną i bezpieczną. I nic nie musisz robić. Rodzisz się, przypadkowo zresztą, Polakiem i masz z głowy. Kariera klepnięta od poczęcia do naturalnej śmierci.

13:31, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 23 października 2017

Tydzień temu Nasz Prezydent uaktywnił się na arenie międzynarodowej: przyjął mianowicie u siebie europejskiego Męża Stanu, Recepa Erdoğana.

 

W czasie jego wizyty Prezydent wygłosił przemówienie, w którym stwierdził:

„Polska popierała i popiera starania Turcji dzisiaj o wstąpienie do Unii Europejskiej. Turcja od wielu lat aspiruje. Odbyliśmy dzisiaj z panem prezydentem także na ten temat bardzo szczerą rozmowę. (...) Ja tylko cały czas podkreślam: mam nadzieję, że drogi Turcji i Unii Europejskiej będą nadal podążały w tym samym kierunku i że efektem tego wspólnego podążania będzie w końcu członkostwo, pełne członkostwo Turcji w Unii”.

Istotnie, skoro drogi Turcji i Unii podążają w tym samym kierunku, dlaczego tej Turcji nie przyjąć? Tym samym Prezydent dał prztyczka w nos arogantom z Unii, którzy od lat kombinują jak konie pod górę, żeby Turków trzymać na dystans i do Europy nie wpuszczać. Co za hipokryzja! Niby taka tolerancja, a proszę, nie w stosunku do wszystkich.

 

Arogant z Unii. Czemu ten fircyk stoi przy tym oknie? Że niby przeciągów się nie boi? A może powietrze zatęchłe i trzeba wpuścić świeże?

 

Nasz Prezydent. Prawda, że wygląda godnie? Też ma okno, ale przecież w Polsce nie ma czego wietrzyć!*.

A może by osikać tę Unię i stworzyć Trójprzymierze jakieś, z Węgrami i Turcją? Turcja ludny kraj, dwa razy większy od Polski, a my przecież potrzebujemy tu rąk do pracy! Co Pan na to, panie Prezydencie?

Jakby trzeba było doradcy, to Zgred chętnie...

------------------------------------------------------------------

*Jak to powiedział klasyk? Я другой такой страны не знаю, Где так вольно дышит человек?

Tagi: Duda Erdogan
09:14, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
piątek, 06 października 2017

Robert Lewandowski jest znakomitym piłkarzem. Ma tę szczególną łatwość instynktownego znajdowania się we właściwym miejscu we właściwym czasie, którą mają najlepsi, tacy jak Boski Krystian i Zwinny Leon.

Na boisku widzi więcej, niż inni i potrafi przewidzieć rozwój sytuacji. Jak to mówią komentatorzy-mądrale, "czyta grę" jak mało kto.

Jest pracowity. Tyra za dwóch, a zdarza się, że za dziewięciu. Kiedy jego koledzy, prowadząc 2:0 w krótkim czasie partaczą i doprowadzają  do remisu 2:2, trafia go szlag, i napędzany złością na własną rękę wykonuje rajd na bramkę, przebiega po bramkarzu i zdobywa gola. Złość wciąż w nim jednak buzuje, czemu daje wyraz, kopniakiem rozpirzając ozdobną konstrukcję, którą wujowie z PZPN kazali tam postawić ku swojej chwale.

Nikt nie wykonuje rzutu karnego czy wolnego z tak chłodną i bezwzględną precyzją, paraliżując bramkarza i powodując, że ów traci wiarę we własne umiejętności i poddaje się, zanim pro forma rzuci się w prawo lub lewo, nie mając przy tym najmniejszej nadziei na kontakt z piłką.


"Lewy" diaboliczny. Tak widzi go bramkarz drużyny przeciwnej.

Robert Lewandowski jest piłkarzem co najmniej europejskiej sławy. Świadczy o tym fakt, że coraz więcej sklepów z suwenirami w różnych europejskich kurortach ma już w ofercie koszulkę z jego numerem i nazwiskiem, która wisi obok koszulek wyżej wymienionych, a także Neymara, Ibry, czy znanego, ale mniej sławnego w Kraju Przywiślańskim Griezmanna.


"Lewy" trafił nawet pod strzechy cypryjskie!

Robert Lewandowski wielkim piłkarzem jednak nie jest. Znaczna część zdobytych przez niego bramek pada z rzutów karnych, które – jak to eufemistycznie określają sprawozdawcy sportowi – „wypracował”. Robert Lewandowski mianowicie „nurkuje”. Nie jest w tym odosobniony, taki Neymar wymusza na sobie wątpliwe faule jeszcze częściej, ale co z tego? Niestety, celebrycki status piłkarza powoduje, że będący pod jego wrażeniem sędzia nie odważa się za owo nurkowanie pokazać gwieździe żółtej kartki. Z tego samego powodu żaden polski sprawozdawca nie odważy się zakwestionować żadnego faulu na „Lewym”.

Cwaniaczenie, które zostało Lewemu z trzecioligowego Zniczu Pruszków, naprawdę wielkiemu piłkarzowi nie przystoi. Ileż to razy widzieliśmy jego święte oburzenie, kiedy sędzia liniowy słusznie nie uznał autu dla drużyny polskiej, albo, nie daj Boże, zwrócił mu uwagę.


Że co? Że niby ja?

W drugim meczu z Armenią Lewandowski pobił rekord w ilości strzelonych w drużynie narodowej bramek. Należał on do Włodzimierza Lubańskiego, który zresztą ustanowił go 40 lat temu, w czasach, kiedy FIFA nie umiała jeszcze napędzać sobie kasy poprzez mnożenie biorących w turniejach drużyn, a tym samym mnożenie liczby meczów każdej reprezentacji.

Lubański był wielkim sportowcem, ponieważ był na boisku dżentelmenem, Lewandowski wielki nie jest. Jest tylko znakomitym, pazernym na bramki - zdobyte za wszelką cenę - kopaczem piłki. Szkoda. 

 

niedziela, 17 września 2017

Zgreda, jak wszystkich zjadaczy chleba pędzących żywot banalny i monotonny, fascynują osobnicy, którzy wyrastają ponad przeciętność, nie dają się nieść nurtowi i sami sterują swoim życiem – niekiedy w zaskakujących kierunkach. Owe indywidua, które dziś zostałyby zapewne zdiagnozowane jako ewidentnie odchylone od zdrowej normy (ADHD, Asperger, diabli wiedzą, co jeszcze), wzbogacają i ubarwiają świat dookoła nas, często wnoszą coś do kultury (a zwłaszcza sztuki), niekiedy zaś tylko stają się bohaterami czytanych z wypiekami na twarzy opowieści.

Bywa, że Zgred swoje fascynacje przelewa na papier, a właściwie ekran monitora w tymże blogu – vide wpis o Cartonie de Wiart, czy ostatnio Janie Potockim.

Wyobraźmy sobie teraz gościa, syna chłopki i zubożałego szlachcica, który po raz pierwszy trafia do więzienia jako nastolatek (za rozróbę w szkole), ucieka z niego, jest świadkiem rewolucji, trafia do świata przestępczego, zaciąga się do armii, walczy w wojnie, zdemobilizowany i pozbawiony środków do życia zostaje szulerem, bierze ponoć udział w produkcji pornografii. Potem trafia do wywiadu i odnosi sukcesy w zwalczaniu obcej agentury w strefie przygranicznej. Płacą mu kiepsko, więc dorabia sobie przemytem, między innymi narkotyków, zostaje kokainistą, fałszuje czeki, znów trafia do więzienia, wywalają go z wywiadu, nie mając z czego żyć wraz z kumplem - również byłym agentem - dokonuje napadów z bronią w ręku, w ten sposób zbierając pieniądze na wyprawę mającą na celu odzyskanie  ukrytych brylantów. Zakapowany przez kochankę kumpla zostaje aresztowany, na rozprawie kryje wspólnika, biorąc winę na siebie, dostaje „czapę”, ale dawne zasługi wywiadowcze ratują mu skórę (…odznaczał się brawurową odwagą. Służbę wywiadowczą pełnił z zamiłowaniem. Powierzone zadania wypełniał, nie szczędząc życia ani zdrowia – piszą dawni przełożeni do prezydenta kraju); skazują go na 15 lat, trafia do najcięższego więzienia w państwie.

 

Odsiadując wyrok zaczyna czytać i stwierdza, że trochę w życiu przeżył i właściwie miałby o czym pisać… Pisze więc, i to na tyle dobrze, że interesują się nim najwięksi literaci w kraju, a jedna z jego więziennych powieści, traktująca o przestępczym życiu na pograniczu staje się jednym z największych bestsellerów swoich czasów. Z pierdla wychodzi już jako uznany pisarz przed czasem, ułaskawiony przez prezydenta.

Część z czytelników już dawno wie, o kogo chodzi.


Tak, to Sergiusz Piasecki, autor „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”.

Z rzezimieszka i pensjonariusza więzienia na Świętym Krzyżu

zostaje wziętym pisarzem, protegowanym samego Wańkowicza… Portretowanym przez samego Witkacego.

 

Na licznych tłumaczeniach „Kochanka…” nie zarabia, bo prawa oddał wydawnictwu za pensję.

 

Swoje łotrzykowskie życie opisał Piasecki w swoich powieściach, ale mało komu znane są jego wojenne i powojenne losy. Niewiele osób wie, że w czasie wojny kierował komórką AK wykonującą wyroki (uratował wtedy niesłusznie skazanego na śmierć Józefa Mackiewicza), że po wojnie uciekł z kraju, w końcu trafił do Anglii, gdzie m.in. na różne sposoby występował przeciwko Czesławowi Miłoszowi. Niektórzy twierdzą, że Piasecki miał w tym motyw osobisty – poślubiona przez niego w czasie wojny piękna Jadwiga Waszkiewicz

 

była mianowicie w latach 30-tych kochanką przyszłego noblisty, którą ów ponoć brzydko potraktował...

Piasecki zmarł w Anglii na raka płuc w 1964. I ma tam nagrobek z niezwykłym, jak na pisarza, motywem zdobniczym:


14:22, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Popularność ostatniego wpisu dowodzi, że było zapotrzebowanie na strawę nieco lżejszą, w tym wypadku z kuchni klasztornej. Zresztą Zgred dla efektu przekłamał: rywalizację tak naprawdę wygrała Siostra Maria, bo stoi za nią większa kasa.

 

Ale i tak pisząc tego posta Zgred dobrze się bawił. „Bo chleba dosyć, lecz rośnie popyt na igrzyska”, jak wyraził to swego czasu klasyk. A może i Wieszcz? Jakie czasy, taki wieszcz.

Ażeby utrzymać Państwa w beztroskim nastroju, podzielę się z Państwem dobrą wiadomością: otóż znany zapewne Państwu Stephen Hawking obwieścił, że ludzkość ma jeszcze 100 lat, zanim będzie musiała wyp……ać z tej planety.

 

Hulaj dusza! A więc to nie my będziemy staczać krwawą walkę o miejsca na międzyplanetarnym statku, tylko nasze praprawnuki. Czy to nie wspaniała wiadomość?

A wydawało się, że jest już naprawdę źle. Anomalia pogodowe, no bo temperatura i poziom oceanów się podnosi, bo lasy tropikalne tną, żeby hodować bydło na wielkie amerykańskie befsztyki, wody pitnej coraz mniej, w rybach, żółwiach i ptactwie wodnym coraz więcej plastiku, no bo Great Pacific Garbage Patch… Co, nie wszyscy z Państwa słyszeli o Wielkiej Śmieciowej Wyspie na Oceanie Spokojnym?

 

W odróżnieniu od różnych sztucznych wysp, budowanych za pieniądze szejków (np. w Katarze),

 

ta powstała sama z siebie. I sięga dość głęboko.

 

Głupie ryby, żółwie i wodne ptaki na niej żerują i opychają się tym wszystkim.

 

Zresztą takich pomniejszych wysp jest na morzach, oceanach i deltach rzek więcej.

 

Ale spokojnie, my sobie jeszcze poradzimy. Od 1970 roku żyjemy co prawda na kredyt, ale kto dziś nie ma kredytu?

Od 2 sierpnia żyjemy na kredyt natury; do tego dnia zużyliśmy już bowiem wszystko, co Ziemia jest w stanie wyprodukować i zaabsorbować w ciągu całego roku – i od tej pory zaczynamy naruszać jej rezerwy. Do grudnia wytniemy więcej lasów, niż zdoła w ciągu roku wyrosnąć, złowimy więcej ryb, niż przez rok się urodzi, zużyjemy więcej wody, niż w ciągu roku zasila akweny, wyprodukujemy więcej CO, niż jest w stanie wchłonąć natura itd.  Co roku dzień długu ekologicznego, od kiedy ludzkość zaczyna żyć na koszt planety, przypada coraz wcześniej.

 

[…]W 1970 r. po raz ostatni wystarczała nam na pokrycie naszych potrzeb tylko jedna Ziemia. Popyt i podaż równoważyły się. Rok później EOD* przypadł 21 grudnia (przez następne 10 dni zużywaliśmy przyrodę na poczet następnego roku). W 1980 r. ten dzień był już 4 listopada, w 2000 r. – 20 września. […] W tej chwili do pełnego bilansu potrzebujemy 1,7 naszej planety, w r. 2030 potrzebować będziemy równo dwóch. […] Co więcej, mieszkaniec Kataru dla zaspokojenia swoich potrzeb potrzebowałby dziś 7,4 Ziem, […] Amerykanin pięciu […], a z kolei mieszkańcom Indii wystarcza 0,6 planety, a Erytrei – tylko 0,3.

(Polityka nr 3122)

Cóż, od jakichś 150 lat ludzie zajmują się głównie zgarnianiem do siebie i udowadnianiem wszystkim, że ich naród jest fajniejszy niż wszystkie inne narody, i że mu się należy więcej. A jak mają wątpliwości, to zawsze można im spuścić łomot.

Ale spoko, powtarzam, my sobie poradzimy. Praprawnuki będą miały przerąbane, ale przecież my ich nawet nie zobaczymy, więc o co chodzi?

 ____________________________________________________

*Czyli Dzień Wyczerpania Zasobów. Tę graniczną  wyznacza Global Footprint Network, instytut badawczy w Oakland w Kalifornii, współpracujący z ONZ, na podstawie 15 tys. danych z całego świata.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Tagi