RSS
piątek, 10 lutego 2017

Babcia Zgreda miała szereg powiedzeń, które jakoś jej porządkowały świat i zrozumienie go czyniły łatwiejszym, a niełatwe jej życie na tym łez padole znośniejszym. Jednym z nich było: „Jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści”*. Odkąd Zgred usłyszał je po raz pierwszy, nie przestał się zastanawiać, co takiego Pan Bóg miałby z tego kija wypuścić. W wersji pacyfistycznej zapewne zielone gałązki, w wersji militarystycznej np. ołowianą kulę, spekuluje Zgred.

Powiedzenie Babci Sabiny mogliby spokojnie nieść na sztandarach jako swoje hasło wszyscy ci, którzy przyłączyli się do triumfalnego pochodu Postoświecenia © maszerującego właśnie przez Polskę. Nieco o tym pojęciu w przedostatnim poście tego blogu.

Warunki do tego pochodu w Przywiślańskim Kraju mamy sprzyjające. To wszak u nas, że Zgred zacytuje jako klasyka samego siebie, „wiara w cuda jest powszechna i nie mówimy tu tylko o wsi polskiej, gdzie co rusz komuś objawia się Najświętsza Panienka w postaci plamy na szybie, czy rysunku w korze gruszy albo innej śliwy”.

 

Duch Babci Sabiny unosi się ostatnio nad rodzimym wojskiem. Oto minister obrony narodowej głosi, że „siła Polski leży w polskiej armii,  (...), ale siłę tej armii stanowi wielka wiara narodu polskiego”.

 

minister obrony narodowej Przywislańskiego Kraju

Zgred jest może staromodny, bo uważa, że siłę armii stanowią kompetentni dowódcy, nowoczesny sprzęt wojskowy i żołnierze, którzy potrafią go obsługiwać, ale Zgreda, niedowiarka, trudno zadowolić.

Duch Babci Sabiny natchnął ostatnio Grupę Energa, która, decyzją zarządu, postanowiła zawierzyć się Bożej opatrzności i Matce Najświętszej Gromnicznej**. W związku z tym wiceprezes ds. korporacyjnych Energi wyraził nadzieję „że nie zabraknie nam tego boskiego bożego prądu na naszej drodze, tego bożego światła. I że nasza firma będzie się rozwijać, będzie bezpieczna, będzie chroniona Bożą pomocą, pomocą wszystkich świętych, także św. Michała Archanioła”.

 

Zgreda trochę uspokoiło, że włączono w to także Michała Archanioła, bo to trochę facet, a faceci jednak lepiej się na prądzie znają od kobiet, ale lekki strach pozostał. Jako klasyczny niedowiarek Zgred wolałby, żeby obsługująca go spółka energetyczna bardziej polegała na sprawności swoich urządzeń i inżynierów niż na zapalanych w potrzebie gromnicach, ale Zgreda, jak już tu stwierdzono, trudno jest zadowolić.


certyfikowany przez Energę sprzęt oświetleniowy do użycia w razie awarii, a nawet bez, jako zastępczy

Zgred boi się tylko, że notowania naszego kraju Tam Na Górze mogą spadać, bo mimo wysiłku władz  spada ponoć w narodzie religijność. Dowodem na to miałaby być zmniejszona liczba wiernych na niedzielnych mszach i różne inne zjawiska, jak na przykład większa portalowo-prasowa popularność epizodu z prezydentem i sempiterną piosenkarki Rabczewskiej Doroty, niż odbywający się mniej więcej w tym samym czasie doniosły akt intronizacji Chrystusa na króla Polski. Fakt, że po latach przerwy mamy znów króla, umknął jakoby uwadze poddanych.

 

Król na skalę naszych możliwości

Ale tak mówią złe języki, a tych w Królestwie Polskim nie brakuje.

 

-------------------------------------------------------------------------------------

* W wersji dla zamieszkujących nasz kraj innowierców brzmi to m.in. „Jak Allah dopuści, to i z kija wypuści”, ew. „Jak Jahwe dopuści, to i z kija  wypuści”.

 ** PS: „Spółka na wniosek opolanina Radosława Pierzgi była zmuszona ujawnić koszt organizacji uroczystości. Energa wydała na nią dokładnie 12051,60 zł. Pracownicy ofiarowali kielich mszalny, kosze z winem, owocami i chlebem. Koszt tych darów to 5436,60 zł. Na dowiezienie pracowników na mszę firma wydała 1080 zł”.

12:19, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
piątek, 13 stycznia 2017

Kiedy Zgreda ogarnia zniechęcenie, kiedy ma dość śledzenia rozwoju sytuacji, w której jedna strona plemiennego sporu proponuje coraz to nowe otwarcie w szachach, a druga konsekwentnie gra w co innego, mianowicie w bliższego jej mentalnie dupniaka, wtedy Zgred udaje się na wewnętrzną emigrację i sięga po książkę. I na ogół są to najnowsze książki Andrzeja Stasiuka, które Zgred regularnie dostaje w prezencie od Mademoiselle – bo wszystko inne, czego mu potrzeba, od dawna już ma.

 

Stasiuk jest bystrym tropicielem wszystkiego, co w nas wschodnie i nigdy nie dał się nabrać na tezę, że miejscem Polski zawsze była oświecona, zachodnia część Europy. Racjonalny, protestancki Zachód śmiertelnie go nudzi; kiedy próbował go opisać („Dojczland”), całkiem uwiędło mu pióro. Stasiuk ożywa tylko wtedy, kiedy gdzieś w świecie dostrzeże szczególnie wyrafinowaną wschodnią prowizorkę, bałagan, brud i cwaniactwo. Tylko wtedy się odnajduje, jest u siebie, tylko wtedy ma natchnienie. Zresztą Zgred już o tym pisał („Stasiukowe wywody I”, 16.06.2015)

W jego wizji Europy nie skolonizują wkrótce przybysze z Południa czy z bliższego lub dalszego Wschodu, ale ci, którzy już w tej Europie, na jej peryferiach, są:

Plan na najbliższe dziesięciolecia jest mniej więcej taki: nadciągną Cyganie ze swoimi taborami i rozbiją obozy w środku Pól Elizejskich, bułgarscy niedźwiednicy będą pokazywać swoje sztuki na berlińskim Kudamie, półdzicy Ukraińcy założą swoje mizoginiczne kozackie wspólnoty na Nizinie Padańskiej u bram Mediolanu, pijani i rozmodleni Polacy spustoszą winnice nad Renem i Mozelą i zasadzą tam owoce wypełnione czystym spirytusem, a potem ruszą dalej, śpiewając litanie, i zatrzymają się dopiero na skraju kontynentu w katolickim i cudami słynącym Santiago di Compostela. Trudno jest powiedzieć, co zrobią Rumuni ze swoimi milionowymi stadami owiec – ich narodową cechą jest przecież owczarstwo, ale nade wszystko nieprzewidywalność. Serbowie, Chorwaci i Bośniacy przepłyną na dalmatyńskich pirogach kanał i zbałkanizują Brytanię, która raz na zawsze, jak Pan Bóg przykazał, podzieli się na Szkocję, Anglię oraz Walię. Mieszkańcy Łotwy oraz Litwy raz po raz przebiegle będą zmieniać tożsamość i wprowadzać w błąd przyzwyczajoną do przejrzystych kryteriów opinię publiczną. Słoweńcy i Słowacy będą się podawać za mieszkańców Slawonii, czym doprowadzą do rozpaczy wszystkie komputerowe systemy Unii. Mołdawianie, którzy główne dochody czerpią ze sprzedaży własnych organów, spieniężą się w całości jako naród i doprowadzą do ruiny światowy rynek przeszczepów. A to, czego dokonają Albańczycy, przechodzi w ogóle ludzkie pojęcie… [„Fado”]

Kwestią otwartą pozostaje, czy w świetle ostatnich wydarzeń napisałby to jeszcze raz.

Ostatni produkt Stasiuka to kolejna jego powieść drogi, tym razem jednak z samochodami, a nie ludźmi w roli głównej.

 

Zgreda samochody nie rajcują, kilka ich w życiu miał i zawsze uważał je za dość tępe, choć przemyślne konstrukcje, których zadaniem jest bez szemrania przewieźć go z punktu A do punktu B i tyle. Choć walory estetyczne niektórych z tych konstrukcji nie umknęły jego uwadze.

 

Dla Stasiuka mają one jednak wymiar metafizyczny, bo wszystko, o czym Stasiuk pisze ma wymiar mniej lub bardziej metafizyczny, więc u niego nawet opisy mocno techniczne Zgredowi nie przeszkadzają.

W ostatniej powieści opisów samochodów jest sporo, ale są tam też fragmenty bardziej zrozumiałe dla kogoś, kto nie spędził wielu godzin życia leżąc pod samochodem i cierpliwie znosząc kapiący mu na twarz olej.

Oto scena, w której Narratora i jego towarzysza zatrzymują rosyjscy pogranicznicy, którzy nie akceptują oczywistego dla nas wyjaśnienia, że celem ich podróży jest sama podróż. Podróżnicy zawiadamiają polski konsulat, a Narrator tak sobie wyobraża interwencję w jego sprawie:

Zadzwonią i powiedzą: „trzymacie w szczerym polu narodnego pisatiela. Na chuj wam to? Wróci i dupę wam obsmaruje, a potem ogłosi to jeszcze w najważniejszych językach europejskich. Puśćcie, niegroźny jest. W porównaniu ze średnią narodową to on ma niski poziom antyrosyjskości we krwi. Stężenie jak na Polaka niewielkie, i to się wam jeszcze może opylać. Naszym zdaniem to on chyba coś nie ten tego z głową, że do was jedzie. Po waszemu gada, na ścianie ma zdjęcie rosyjskiego pisarza Płatonowa, do gazet mówi, że jest dzieckiem komunizmu, i widać bardziej mu pasuje ten wasz bardak niż wysoko rozwinięta zachodnia cywilizacja, w której przestrzega się praw człowieka. W Ameryce był raz, a do was pcha się już trzeci. Ze swej strony radzimy wpuścić, specjalnych strat wizerunkowych nie poniesiecie”. [„Osiołkiem”]

I jak tu nie kochać Stasiuka?

Niestety, od polityki uciec się całkiem u niego nie da. W Kazachstanie Narrator negocjuje wysokość łapówki dla policjantów. Jakimś literackim cudem jeden z nich okazuje się znać język polski.

– My, Polacy, zawsze byliśmy za wolnością. – Tym razem nabrałem powietrza i wyszło mi trochę lepiej. – Za naszą i waszą.

– Obejdzie się. I nie wciskaj mi ciemnoty. Sami siebie wzięliście za ryj i nie możecie nawet podskoczyć. A było się szarpać? Było przeciw ościeniowi wierzgać? Było zamęt parlamentarny czynić? Porządek ustalony burzyć? Dwadzieścia parę lat jak psu w dupę. I będzie mi tu jeszcze o jakimś eksporcie idei opowiadał…

– A co ty o wolności wiesz? […]

– TV Polonię mam na satelicie – odpowiedział spokojnie.

– No i co?

– Prezydenta wczoraj pokazywali.

– A waszego nie pokazują?

– Pokazują. Ale wasz jakiś wystraszony i wyglądu nie ma. Nasz lepszy. Nikogo się nie boi. [tamże]

No bo Stasiuk nigdy się nie waha zająć stanowiska. A ostatnio okazji tyle, że mógłby nie zajmować się niczym innym.


17:57, tobiasz2013
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 grudnia 2016

Jak wiadomo, żyjemy w czasach postmodernizmu. Czasach, w których nie wylęgnie się już żaden styl – ani malarski, ani architektoniczny, ani rzeźbiarski, ani żaden inny. Nie wylęgnie się, bo indywidualizm się rozbuchał, każdy sobie rzepkę skrobie, mody za szybko się zmieniają, wiodących ośrodków brak, bo elit nikt nie uznaje… itp. itd.


Ostatnio modny jest termin „postprawda”. Sugeruje on, że zwykła prawda już się nie sprawdza, w zasadzie nie jest nikomu potrzebna, każdy ma swoją, pasującą, wszystko jest względne, a prawda to już najbardziej. Eh, gdzie te czasy, kiedy można było się kierować twierdzeniem ks. Tischnera, że prawdy są tylko trzy (świento prawda, tys prawda i gówno prawda)… Dziś jest ich nieskończenie dużo. A może tylko jedna?

 

I żeby nie było za poważnie, trochę prawdy internetowej:

 

Wszystko to jest mały pikuś; Zgred z przerażeniem konstatuje, że oto żyjemy w czasach postoświeceniowych ©. Symptomy końca pewnej epoki widoczne były już dawno. Jak zawsze będący w awangardzie osłabiania władz umysłowych ludzkości entertainment industry zza Wielkiej Wody w latach 90-tych wydalił oto z siebie serial telewizyjny, który Zgreda przeraził swoim przekazem, a właściwie nieprawdopodobną popularnością tego przekazu.


Serial apelował do tego zakamarka naszego światopoglądu, który Oświeceniu skutecznie się oparł; zakamarka, który jest ostoją wszelkiej wiary objawionej. Twórcy serialu raz w tygodniu potwierdzali w nim nosicielom genu wiary w spisek (swego czasu Zgred o nim pisał - vide post z 13. kwietnia 2013 pt. "Ci nieludzcy Szwajcarzy", tag "wojny_plemienne"), że jacyś ONI stale przeciwko nam knują, a silniej nawiedzonym, że rzeczywistość nie jest taka, jak się nam wydaje, a zjawiska nadprzyrodzone istnieją i są wokół nas rzeczą powszednią, wręcz banalną.


Zgromadzona przed telewizorami ludzkość, uczona przecie w szkole fizyki, chemii, astronomii i czego tam jeszcze trzeba chłonęła ten produkt z wypiekami na twarzy, regularnie nawożąc ów wspomniany wcześniej zakamarek.


I oto zbieramy owoce owego zmęczenia racjonalnością, logicznym myśleniem, nauką, a nawet zdrowym rozsądkiem. Wiara w cuda jest powszechna i nie mówimy tu tylko o wsi polskiej, gdzie co rusz komuś objawia się Najświętsza Panienka w postaci plamy na szybie, czy rysunku w korze gruszy albo innej śliwy.



Mówimy tu np. o wierze w to, że człowiek, który poświęcił życie robieniu ludzi w konia w swoich rozlicznych biznesach, jako prezydent skutecznie pochyli się nad losem pracowników najemnych swojego kraju; że inny człowiek, który kontakt z rzeczywistością swego szybko rozwijającego się kraju ma słabiutki, doprowadzi ten kraj do rozkwitu (wręcz go zbawi), popędziwszy kota mitycznym komunistom i złodziejom… Przykładów na rozbrat ze zdrowym rozsądkiem na rzecz silnej wiary w cud dostarcza od pewnego czasu prawie cały zachodni świat, nie tylko kraj nad Wisłą.


I zgodnie z głoszoną niegdyś teorią konwergencji zbliża się w tym momencie do wielkiego kraju wschodniego, który Oświecenia nigdy nie zaznał, i którego mieszkańcy ze swoją dochodzącą często do głosu irracjonalnością (vide: „Rosja to nie kraj, to stan umysłu”) nie przestają zdumiewać przedstawicieli owego oświeconego Zachodu. Z braku lepszego pomysłu, rzeczeni przedstawiciele, na ów deficyt Oświeceniowej racjonalności ukuli nawet termin: „rosyjska dusza”...


Akurat.

 

niedziela, 13 listopada 2016

Rzecze Wernyhora, zza grobu dla niepoznaki przemawiając ustami niejakiego S.S.:


"… Brexit i Trump oznaczają pożegnanie demokracji liberalnej jako kanonu zachodniej polityki. A jeśli tak, jeśli nie ma się do czego odwołać jako do wzoru, to czy Polska sama wbrew trendom globalnym zdoła przywrócić u siebie taką demokrację? Wybór Trumpa oznacza, że w USA będą rządzić tacy sami wariaci jak w Polsce. Trump to oligarcha, gorszy nawet od rosyjskich. Oni kalkulują, są realistami, można się z nimi dogadać. Trump to niegrzeczne dziecko z nuklearnymi zapałkami. Nikt na świecie nie wie, co zrobi. On sam nie wie. A jest nadambitny, będzie chciał się popisywać.


(…) Katastrofą nie jest sam wybór Trumpa. Ona dopiero przyjdzie. W pewnym sensie Trump ma rację, gdy mówi, że Ameryka powinna się zwijać do domu. Nie jest już w stanie być supermocarstwem. Dlatego Trump chce się dogadać z Putinem, targować z Chinami. Ameryka podzieli się władzą z najsilniejszymi państwami. Nastąpi coś na kształt kongresu wiedeńskiego. Europa wypadnie w tym najsłabiej, bo jest rozbita i skonfliktowana.


(…) Ciężko za to zapłacimy, bo zawsze za błędy Zachodu płacą jego peryferie. My wyjdziemy na tym gorzej od Węgier, bo Orbán gra w przeciwną grę niż my, na zmianę znienawidzonych na Węgrzech granic, na destabilizację regionu. Chce odbudować Wielkie Węgry, pokrzywdzone utratą Siedmiogrodu, Zakarpacia itd. Jemu opłaca się przytulenie do Putina.

Polska na destabilizacji może jedynie stracić. Stawiać na sojusz z Orbánem może tylko kompletny idiota. I nami rządzą kompletni polityczni idioci, jak Waszczykowski czy Macierewicz. Przez nich jesteśmy niczyi. Odepchnęli Paryż, Berlin i Brukselę. Nie będzie chciał nas Zachód, za to będzie chciał Wschód. To jest patriotyzm PiS-u. Z czystej głupoty i nienawiści pogrążyć siebie i innych ku chwale ojczyzny.


Polska sama demokracji nie obroni. Trump u władzy w USA może się dla nas skończyć 20 latami z Kaczyńskim. Bo zniknie jedyny nacisk na przestrzeganie kanonu demokracji liberalnej, z jakim Kaczyński się liczył, i świat pogrąży się w licytacji nacjonalizmów.

(…) Kaczyński prowadzi nas do katastrofy. Ale nie wiadomo, kogo wybiorą Polacy, kiedy ona nastąpi. Stać nas na jeszcze gorszych populistów. Polacy nie są genetycznymi demokratami liberalnymi.

(…) Trump może dokonać takiej samej destrukcji. Jak demokracja ma go powstrzymać, skoro to ona go wybrała? Zarazem już nie wiadomo, co to jest demokracja liberalna i dlaczego ma być taka fajna, skoro wcale dla ludzi nie była. To złudzenia, że Trump nie naszkodzi. Przeciętny wójt w Polsce jest pięć razy lepszy i rozsądniejszy niż Trump.

(...) To, że nie rozwiązujemy problemu uchodźców, to bomba z opóźnionym zapłonem. Wokół nas żyje kilkaset milionów głodnych ludzi. Zachód się z nimi nie chce dzielić. Reakcja tych ludzi będzie taka jak reakcja wyborców Trumpa: przyjdą się zemścić. Skoro walka z nierównościami i rozsądna regulacja globalnej gospodarki nie nastąpiły, to zrobi się na dziko, przez katastrofę. Jak zawsze na Zachodzie.

A w Polsce nigdy się nie poprawiało, kiedy na Zachodzie się pogarszało".

sobota, 29 października 2016

Niektórzy odmawiają aktorom prawa do wypowiadania się na tematy inne niż ściśle zawodowe, twierdząc, że nie dysponują dostatecznym potencjałem intelektualnym. Istotnie, niektórzy znani w świecie aktorzy wykazują pewne wyraźne symptomy osłabienia umysłowego

 

i zagubienia w realnym świecie

 


Zgredowi wydaje się jednak, że w Polszcze aktor – ten teatralny, nie tylko serialowy – zyskał inny, dość specjalny status. Jeżeli ktoś na co dzień na scenie wadzi się z Panem Bogiem, przemienia z Gustawa w Konrada, czy szuka zgubionego złotego rogu,  ma chyba zmysły szczególnie wyostrzone na rzeczywistość wokół siebie. I dla takiego aktora wypowiadanie się na tematy polityczne to w pewnym sensie wypowiadanie się na tematy zawodowe.

Żyjemy obecnie w tak ciekawych czasach, że zaiste  aktorom polskim trudno się powstrzymać. Komentują na przykład aktualną politykę kulturalną, co dość naturalne

WOJCIECH PSZONIAK:

Jeżeli minister kultury bierze udział w rekonstrukcji ślubu Pileckiego i na dodatek mimo protestów jego rodziny, to znaczy, że jest bardzo źle. Martwię się, co będzie dalej z kulturą, bo to, co proponuje, to kultura w wersji plemiennej, folklorystycznej i narodowo-pseudo-patriotycznej. To wszystko jest kompletnie bez żadnych wartości, ani patriotycznych, ani artystycznych. Mądry patriotyzm analizuje i przedstawia prawdę historyczną. To, co proponuje minister to folklor, do tego niskich lotów.

DANIEL OLBRYCHSKI:

Kluczowy jest punkt widzenia. Czy robi się film z punktu widzenia Żeromskiego albo Norwida - przedstawicielem tego sposobu uprawiania sztuki jest oczywiście Andrzej Wajda, on reprezentuje gorzkie spojrzenie na historię, bardzo pouczające. Czy też robi się coś ku pokrzepieniu serc, jak u Sienkiewicza. (…) A w tej chwili co? Jakie tematy zadać nam mogą prezes Jarosław Kaczyński czy minister Piotr Gliński? Przecież to jest śmieszne. Każda sztuka robiona na polityczne zamówienie kończy się porażką artystyczną. (…) Jeśli czułbym, że coś jest robione na zamówienie polityczne, to jakakolwiek by ta rzecz nie była, trzymałbym się od niej z daleka. Bo to śmierdzi. (...) To wszystko są bzdury, z mydła bańki, które mieliśmy już w historii.


Czasem jednak aktorzy polscy wypuszczają się na szersze wody.

KRYSTYNA JANDA:

Okazało się, że wszystko nie tak, wszystko za mało, że kłopoty budującego się państwa i dobrobytu doświadczają najsłabszych, a nie stać nas na państwo opiekuńcze. No i przyszli ci, co powiedzieli – im zabierzemy, a Wam damy. No i Bóg, honor, ojczyzna, w najprymitywniejszy sposób, a reszta zamknąć się albo wyp……ać! No i za zezwoleniem nienawiść i chęć zemsty podniosła głos.

JANUSZ GAJOS:

Wiadomo z historii, że wiele niedobrych i fatalnych w skutkach zdarzeń zaczynało się tak właśnie, jak to się dzieje teraz. Mam nadzieję, że nie dojdzie do niczego nieodwracalnego. Nie mogę uwierzyć, żeby wszyscy rozsądni ludzie, których są całe tłumy – vide marsze KOD-u, nie byli w stanie zapobiec najgorszemu. Przecież większość z nas nie wierzy w brednie typu – „Polska w ruinie”, nie chce spokojnie słuchać wyzwisk i obelg tylko dlatego, że ma inne zdanie na temat tej „dobrej zmiany”.

JERZY STUHR:

My jesteśmy z kultury wstydu. Nie robimy pewnych rzeczy, bo nie chcemy się potem za siebie wstydzić. A dla ludzi „dobrej zmiany” to żaden problem. Czy pan wiceminister od widelca się wstydzi? Nie sądzę. Rąbnął głupotę roku, obraził Francuzów, ośmieszył Polaków i chodzi dumny jak paw. Bo wszyscy o nim mówią już drugi tydzień. A ta pani, która nazwała sędziów Sądu Najwyższego grupą kolesi, to czy ona się wstydzi? Zdaje się, że pełni jakąś zaszczytną funkcję w swojej partii, jest rzecznikiem? A pan od dyplomacji, który o Komisji Weneckiej powiada, że nie życzy sobie jej wycieczek do naszego kraju? Czy on się wstydzi? Albo pan, który twierdzi, że Amerykanie mogą się uczyć od nas demokracji. Jest ministrem obrony naszego kraju. No skoro tak, to każdą głupotę można u nas powiedzieć bez mrugnięcia powieką. Ta władza zaraziła nam Polskę bezwstydem.

I na koniec nieoceniony

BOGUSŁAW LINDA

który miał zawsze predylekcję do broni o dużym kalibrze

Musiałbym zacytować Herberta: wszystko jest sprawą smaku. To, jak nami zawłaszczają, jest strasznie przykre. Tak ziemniako-buro-brudne, nieładne, że ja się czuję trochę zawstydzony. Raptem to, co gdzieś skrzętnie ukrywaliśmy, to, co nigdy nie powinno się okazywać, to burakostwo, nieudacznictwo, brak kultury, brak ogłady, brak inteligencji  się wylało i nami zawłaszcza.


piątek, 14 października 2016

...Najczęściej giną koty. Wyskakują w ostatniej chwili i suną na niskich łapach przy samym asfalcie, do końca ufne w swą kocią zręczność. Wypadają spomiędzy opłotków, z krzaków, znikąd i rzeczywiście wygląda tak, jakby czekały ze skokiem do ostatniej chwili, jakby kusiły los. Ale one po prostu nie wiedzą, czym jest auto. Czasem wyobrażam sobie, że jestem jednym z nich i w moją stronę sunie coś w rodzaju huczącej i oślepiającej góry. Sunie z prędkością huraganu, nawałnicy, z prędkością przekraczającą kocie wyobrażenie. W dodatku taki kot nie wie, czy góra nie sunie tylko po to, by go unicestwić, czy nie sunie przeciwko niemu. Przecież wygląda jak wcielona zagłada i zwierz nie ma pojęcia, że wystarczy się przyczaić, a monstrum popędzi swoją drogą.

Rano widać ich małe zwłoki na szosach. Leżą w ciemnych plamach. Zastygła krew wygląda jak cień. Śmierć nie odebrała im jeszcze barw. (…) Leżą, schną w słońcu albo kruszeją na mrozie i powracają do pierwotnego królestwa minerałów i tablicy Mendelejewa. Żywe, ciepłe, miękkie, skoczne zamienia się w coś, czego nigdy nie chcielibyśmy dotknąć.

Tyle Andrzej Stasiuk(„Kucając”). Nie, kot Cyryl nie bał się samochodów, bo nie bał się nikogo i niczego. Przez te osiem miesięcy, w czasie których u nas sypiał i się stołował, wspinał się na czubki najwyższych drzew i z gracją z nich zstępował, zeskakując z gałęzi na gałąź. Do otwartych samochodów wchodził rutynowo, żeby zaspokoić swoją nienasyconą ciekawość. Za szosę wyprawiał się nagminnie, udając się w gości do królestwa kolegów. I raz źle obliczył, bo nie zmieściło mu się w małej, czarnej głowie, że jakiś miejscowy demon powiatowych dróg, jakiś niespełniony wyścigowy kierowca będzie jechał swoim starym, ale jarym samochodem tak szybko w miejscu, gdzie stoją domy i gdzie mieszkają ludzie i zwierzęta.


piątek, 09 września 2016

Tak, tak, Zgred zaniedbał bloga, ale bynajmniej go nie porzucił: nazwijmy to przerwą konserwacyjną. Teraz już wrócił w domowe pielesze prawie na dobre i będzie się dzielił refleksjami.

Na przykład na temat, który nasunęły mu dwutygodniowe wczasy z M-lle w Śródziemnomorzu. Zgred wolałby być podróżnikiem, ale ponieważ zasoby czasowe i finansowe nie dają mu ku temu podstaw, pozostało mu bycie turystą, tym najnędzniejszym ze wszystkich stworzeń.

Turysta porusza się stadnie. Zdradzają go nie tylko nieodłączny aparat fotograficzny, często też nie spotykany w odwiedzanym kraju plecak, ale także dziwna bladość, absurdalne nakrycie głowy i nie przystojące poważnemu człowiekowi półdługie lub półkrótkie spodnie. Skórę ma częstokroć bardzo czerwoną, bo nieopatrznie wystawił ją na miejscowe słońce już pierwszego dnia pobytu. Ma często nadwagę.


Niegdyś podziwiał krajobrazy i zachody słońca, dziś częściej odbywa cichy stosunek ze swoim telefonem komórkowym.

Turysta nieustannie występuje w opozycji do miejscowych i ma szczęście, jeśli ci traktują go tylko z politowaniem. Z ich punktu widzenia ów przybysz ma z definicji niedowład umysłowy, bo nie rozumie, co do niego mówią, a i jego bełkotu nie sposób pojąć.

Zupełnie nie jarzy jak wszystko funkcjonuje, na przykład nie kuma o co chodzi w lokalnym systemie komunikacji, więc ustawia się na przystankach w najdziwniejszych porach i dziwi się, że autobus po niego nie przyjeżdża. A kiedy po mniej więcej tygodniu zaczyna wreszcie kapować o co chodzi w rozkładzie jazdy, to nie może pojąć, że jest on jedynie ogólną, bardzo ogólną wskazówką dla kierowców i gniewa się, jeśli rozbieżności przekraczają ustalone przez niego samego marginesy dopuszczalności. Turysta nie rozumie, że pośpiech poniża i stresuje.

Ponieważ jednak stanowi źródło dochodów, trzeba się do niego jakoś dostosować. Na przykład tak zmodyfikować tzw. tradycyjną miejscową śródziemnomorską kuchnię, żeby dał się nabrać i chciał z niej korzystać. Turystę karmią na przykład „świeżymi miejscowymi rybami i owocami morza”, przywiezionymi w chłodniach znad Atlantyku lub Pacyfiku, rozmrożonymi poprzedniego dnia i kunsztownie wyeksponowanymi w grudkach lodu w specjalnych ladach chłodniczych. Turysta pochłania je ze smakiem i nie uderza go to, że przez dwa tygodnie pobytu nie widzi w okolicy ani jednego kutra rybackiego.

Miejscowi tymczasem w bocznych uliczkach żywią się ukradkiem ogólnoeuropejskim kebabem.

M-lle, ta to potrafi zrobić ładne zdjęcie!

Tagi: turysta
13:51, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 lipca 2016

Świat jest co prawda wymknął się ludzkości całkowicie spod kontroli i dzieją się w nim rzeczy krwawe i straszne. Ale nasza chata z kraja, więc nas one specjalnie nie dotyczą. "Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna."

Żyjemy więc sobie w miarę spokojnie w miarę dostatnim życiem mieszczan i zmieszczaniałych chłopów, i ta nasza codzienna krzątanina zostawia w nas jakieś takie nieokreślone uczucie niedosytu, jakąś taką tęsknotę za rzeczami większymi niż ten bochenek chleba naszego powszedniego… Stąd popularność telewizyjnych seriali, gdzie dzieją się rzeczy niesamowite, groźniejsze i piękniejsze, bardziej dramatyczne i tragiczne niż te, które wydarzają się w naszym życiu. Jak w „Grze o tron”.

I oto okazuje się, że jeden z nas, mieszkaniec masowej wyobraźni piłkarz Błaszczykowski, to postać jak z serialu, ale jednocześnie bardzo prawdziwy człowiek, któremu w młodości przydarzyły się rzeczy krwawe i straszne jak z dramatów Szekspira.



Człowiek, którego obecne życie możemy śledzić w telewizji, Internecie, na łamach prasy. I w tym życiu piłkarz Błaszczykowski nadal obraca się w sferze rzeczowników abstrakcyjnych. Na naszych oczach przeżywa załamanie, triumf, dramat… Z zapartym oddechem widzimy, jak doznaje strasznej kontuzji, zabierają mu opaskę kapitańską, cierpi jego godność, musi się przełamać, jakoś sobie z tą ujmą na honorze poradzić… Widzimy jak płacze, jak podtrzymuje go na duchu przyjaciel, bo podglądamy jego wzruszającą przyjaźń z Piszczkiem, dziwnym piłkarzem, który nie wygląda jak piłkarz, ale jak załogant ósemki ze sternikiem w dorocznych zawodach wioślarskich między Oksfordem a Cambridge na Tamizie.



Błaszczykowski jest więc bohaterem naszego serialu, ale ten serial dzieje się naprawdę. To dobrze, że kogoś takiego w życiu mamy, że te coraz bardziej abstrakcyjne rzeczowniki wciąż wypełniają się na naszych oczach treścią, że nie grozi im, że za chwilę będą już zupełnie zapomniane.

PS:  A oto najnowszy cytat z bohatera tego posta: "Gram tylko w piłkę nożną, nie powinienem zarabiać więcej niż lekarz czy policjant". Rzadki dystans do obłędu, jaki stanowi współczesny zawodowy futbol... 

czwartek, 30 czerwca 2016

Co jakiś czas Zgred przeczyta coś, co wydaje mu się być wyjątkowo trafną diagnozą aktualnej sytuacji. Żeby czytelnik się nie uprzedził, cytat nie będzie podpisany. Zgred z góry przeprasza za wulgaryzmy.

[…] Jest teraz – najwyraźniej – w cenie rodzaj politycznego chamstwa, które ludzie biorą za szczerość. Nagle okazało się więc, że przychodzą populiści, mówią ludziom: Wy jesteście najlepsi, nie musicie udawać, że jesteście eleganccy, Wersal się skończył, wszyscy, co byli u władzy, to złodzieje i teraz można pierdzieć w salonie albo pokazać gołą dupę tym wszystkim skurwysynom. I ludzie nagle myślą: No tak, oszukiwali nas, mamili, że należymy do elity, a jednocześnie płacili głodowe pensje i traktowali jak niewolników. To my im teraz pokażemy. […]  W Polsce to odpowiedź między innymi na skandaliczne stosunki pracy, płace na poziomie kilku złotych za godzinę i traktowanie ludzi bez szacunku i wyobraźni na temat ich rzeczywistych potrzeb. […]



[…] Zabrakło odpowiedzi na paradoksy globalizacji, na niskie poczucie własnej wartości, które, w takich krajach jak Polska, tak obolałych i zakompleksionych, najłatwiej jest wyleczyć przy pomocy kreowania wroga czy uruchomienia nacjonalistycznych rekwizytów i resentymentów. Wspólnota wokół takich działań daje ludziom złudzenie mocy, poczucie, że są godni szacunku. Dużą rolę odegrała też masowa emigracja młodych Polaków i ich zetknięcie się z zachodnim światem. Znamienne jest to, że 90% emigrantów nie odnosi za granicą prawdziwego sukcesu. Bo niby dostali pracę i zasiłki, mogą sobie wynająć mieszkanie albo zrobić skrobankę i nie muszą się z tego nikomu tłumaczyć, ale jednocześnie czują jakby ich wpuszczono tylko do przedpokoju, dalej nie będą mieli nigdy wstępu, ciągle nie są obywatelami pierwszej kategorii. To uruchamia silne potrzeby kompensacyjne, tożsamościowe: „muszę udowodnić sobie, że jednak jestem lepszy”. Tą lepszością jest moja przynależność do „lepszego” narodu. Lepszego również dzięki ranom, krzywdom, mitologizacji przeszłości i poszukiwanie tych „gorszych”. Nieprzypadkowo większość Polonii amerykańskiej jest prawicowo-nacjonalistyczna i dość rasistowska. […]

Tagi: Polacy Polska
19:41, tobiasz2013
Link Komentarze (3) »
piątek, 17 czerwca 2016

Zawsze mieliśmy nieokreślone wrażenie, że kot Cyryl, z tymi swoimi żółtym ślepkami osadzonymi w czarnym futrze ma w sobie coś nieco piekielnego.


Chociaż jak śpi w umywalce wydaje się całkowicie niewinny i sympatyczny. Jednak w końcu wyszło tzw. szydło z tzw. worka.

Mamy otóż sąsiadów, a ci z kolei mają niewielkiego psa, niejakiego Bafiego (Buffy’ego?). Nie z tych, które swoim wyglądem obrażają Pana Boga, ale i tak o estetyce dość kontrowersyjnej. Niektórzy ludzie mają predylekcję do psów nikczemnego rozmiaru, w postaci ekstremalnej wręcz naręcznych, i nic nie można na to poradzić.

Pies sąsiadów jest zapewne bardzo rasowy, znacie Państwo ten typ – starożytna rasa wyhodowana, dajmy na to, w Karyntii, na Morawach, w Borach Tucholskich albo w Andaluzji, zarejestrowana w r. 2006 w Międzynarodowym Stowarzyszeniu na Rzecz Dbania o Czystość Rasową Psów (Fédération Cynologique Internationale), które żyje z takich rejestracji, wystawiania stosownych atestów i organizacji wystaw owych zarejestrowanych przez siebie, coraz to nowych (acz starożytnych), wyhodowanych drogą starannych krzyżówek psich ras.

Otóż od pewnego czasu dochodziły do nas sygnały, że kot Cyryl odwiedza sąsiadów, co samo w sobie nie jest niczym dziwnym, bo ambicją wszystkich kotów jest mieć kilka domów i być karmionymi w każdym z nich; dziwne było natomiast to, co nam sąsiedzi mówili o celu wizyt kota Cyryla. Twierdzili mianowicie, że przychodzi on na ich taras wyłącznie po to, by naigrawać się ze znajdującego się po drugiej stronie szyby Bafiego i doprowadzać go do białej gorączki.

Nie dawaliśmy opowieściom sąsiadów wiary, dopóki nie dostarczyli dowodu w postaci tej oto fotografii:


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Tagi