RSS
niedziela, 13 listopada 2016

Rzecze Wernyhora, zza grobu dla niepoznaki przemawiając ustami niejakiego S.S.:


"… Brexit i Trump oznaczają pożegnanie demokracji liberalnej jako kanonu zachodniej polityki. A jeśli tak, jeśli nie ma się do czego odwołać jako do wzoru, to czy Polska sama wbrew trendom globalnym zdoła przywrócić u siebie taką demokrację? Wybór Trumpa oznacza, że w USA będą rządzić tacy sami wariaci jak w Polsce. Trump to oligarcha, gorszy nawet od rosyjskich. Oni kalkulują, są realistami, można się z nimi dogadać. Trump to niegrzeczne dziecko z nuklearnymi zapałkami. Nikt na świecie nie wie, co zrobi. On sam nie wie. A jest nadambitny, będzie chciał się popisywać.


(…) Katastrofą nie jest sam wybór Trumpa. Ona dopiero przyjdzie. W pewnym sensie Trump ma rację, gdy mówi, że Ameryka powinna się zwijać do domu. Nie jest już w stanie być supermocarstwem. Dlatego Trump chce się dogadać z Putinem, targować z Chinami. Ameryka podzieli się władzą z najsilniejszymi państwami. Nastąpi coś na kształt kongresu wiedeńskiego. Europa wypadnie w tym najsłabiej, bo jest rozbita i skonfliktowana.


(…) Ciężko za to zapłacimy, bo zawsze za błędy Zachodu płacą jego peryferie. My wyjdziemy na tym gorzej od Węgier, bo Orbán gra w przeciwną grę niż my, na zmianę znienawidzonych na Węgrzech granic, na destabilizację regionu. Chce odbudować Wielkie Węgry, pokrzywdzone utratą Siedmiogrodu, Zakarpacia itd. Jemu opłaca się przytulenie do Putina.

Polska na destabilizacji może jedynie stracić. Stawiać na sojusz z Orbánem może tylko kompletny idiota. I nami rządzą kompletni polityczni idioci, jak Waszczykowski czy Macierewicz. Przez nich jesteśmy niczyi. Odepchnęli Paryż, Berlin i Brukselę. Nie będzie chciał nas Zachód, za to będzie chciał Wschód. To jest patriotyzm PiS-u. Z czystej głupoty i nienawiści pogrążyć siebie i innych ku chwale ojczyzny.


Polska sama demokracji nie obroni. Trump u władzy w USA może się dla nas skończyć 20 latami z Kaczyńskim. Bo zniknie jedyny nacisk na przestrzeganie kanonu demokracji liberalnej, z jakim Kaczyński się liczył, i świat pogrąży się w licytacji nacjonalizmów.

(…) Kaczyński prowadzi nas do katastrofy. Ale nie wiadomo, kogo wybiorą Polacy, kiedy ona nastąpi. Stać nas na jeszcze gorszych populistów. Polacy nie są genetycznymi demokratami liberalnymi.

(…) Trump może dokonać takiej samej destrukcji. Jak demokracja ma go powstrzymać, skoro to ona go wybrała? Zarazem już nie wiadomo, co to jest demokracja liberalna i dlaczego ma być taka fajna, skoro wcale dla ludzi nie była. To złudzenia, że Trump nie naszkodzi. Przeciętny wójt w Polsce jest pięć razy lepszy i rozsądniejszy niż Trump.

(...) To, że nie rozwiązujemy problemu uchodźców, to bomba z opóźnionym zapłonem. Wokół nas żyje kilkaset milionów głodnych ludzi. Zachód się z nimi nie chce dzielić. Reakcja tych ludzi będzie taka jak reakcja wyborców Trumpa: przyjdą się zemścić. Skoro walka z nierównościami i rozsądna regulacja globalnej gospodarki nie nastąpiły, to zrobi się na dziko, przez katastrofę. Jak zawsze na Zachodzie.

A w Polsce nigdy się nie poprawiało, kiedy na Zachodzie się pogarszało".

sobota, 29 października 2016

Niektórzy odmawiają aktorom prawa do wypowiadania się na tematy inne niż ściśle zawodowe, twierdząc, że nie dysponują dostatecznym potencjałem intelektualnym. Istotnie, niektórzy znani w świecie aktorzy wykazują pewne wyraźne symptomy osłabienia umysłowego

 

i zagubienia w realnym świecie

 


Zgredowi wydaje się jednak, że w Polszcze aktor – ten teatralny, nie tylko serialowy – zyskał inny, dość specjalny status. Jeżeli ktoś na co dzień na scenie wadzi się z Panem Bogiem, przemienia z Gustawa w Konrada, czy szuka zgubionego złotego rogu,  ma chyba zmysły szczególnie wyostrzone na rzeczywistość wokół siebie. I dla takiego aktora wypowiadanie się na tematy polityczne to w pewnym sensie wypowiadanie się na tematy zawodowe.

Żyjemy obecnie w tak ciekawych czasach, że zaiste  aktorom polskim trudno się powstrzymać. Komentują na przykład aktualną politykę kulturalną, co dość naturalne

WOJCIECH PSZONIAK:

Jeżeli minister kultury bierze udział w rekonstrukcji ślubu Pileckiego i na dodatek mimo protestów jego rodziny, to znaczy, że jest bardzo źle. Martwię się, co będzie dalej z kulturą, bo to, co proponuje, to kultura w wersji plemiennej, folklorystycznej i narodowo-pseudo-patriotycznej. To wszystko jest kompletnie bez żadnych wartości, ani patriotycznych, ani artystycznych. Mądry patriotyzm analizuje i przedstawia prawdę historyczną. To, co proponuje minister to folklor, do tego niskich lotów.

DANIEL OLBRYCHSKI:

Kluczowy jest punkt widzenia. Czy robi się film z punktu widzenia Żeromskiego albo Norwida - przedstawicielem tego sposobu uprawiania sztuki jest oczywiście Andrzej Wajda, on reprezentuje gorzkie spojrzenie na historię, bardzo pouczające. Czy też robi się coś ku pokrzepieniu serc, jak u Sienkiewicza. (…) A w tej chwili co? Jakie tematy zadać nam mogą prezes Jarosław Kaczyński czy minister Piotr Gliński? Przecież to jest śmieszne. Każda sztuka robiona na polityczne zamówienie kończy się porażką artystyczną. (…) Jeśli czułbym, że coś jest robione na zamówienie polityczne, to jakakolwiek by ta rzecz nie była, trzymałbym się od niej z daleka. Bo to śmierdzi. (...) To wszystko są bzdury, z mydła bańki, które mieliśmy już w historii.


Czasem jednak aktorzy polscy wypuszczają się na szersze wody.

KRYSTYNA JANDA:

Okazało się, że wszystko nie tak, wszystko za mało, że kłopoty budującego się państwa i dobrobytu doświadczają najsłabszych, a nie stać nas na państwo opiekuńcze. No i przyszli ci, co powiedzieli – im zabierzemy, a Wam damy. No i Bóg, honor, ojczyzna, w najprymitywniejszy sposób, a reszta zamknąć się albo wyp……ać! No i za zezwoleniem nienawiść i chęć zemsty podniosła głos.

JANUSZ GAJOS:

Wiadomo z historii, że wiele niedobrych i fatalnych w skutkach zdarzeń zaczynało się tak właśnie, jak to się dzieje teraz. Mam nadzieję, że nie dojdzie do niczego nieodwracalnego. Nie mogę uwierzyć, żeby wszyscy rozsądni ludzie, których są całe tłumy – vide marsze KOD-u, nie byli w stanie zapobiec najgorszemu. Przecież większość z nas nie wierzy w brednie typu – „Polska w ruinie”, nie chce spokojnie słuchać wyzwisk i obelg tylko dlatego, że ma inne zdanie na temat tej „dobrej zmiany”.

JERZY STUHR:

My jesteśmy z kultury wstydu. Nie robimy pewnych rzeczy, bo nie chcemy się potem za siebie wstydzić. A dla ludzi „dobrej zmiany” to żaden problem. Czy pan wiceminister od widelca się wstydzi? Nie sądzę. Rąbnął głupotę roku, obraził Francuzów, ośmieszył Polaków i chodzi dumny jak paw. Bo wszyscy o nim mówią już drugi tydzień. A ta pani, która nazwała sędziów Sądu Najwyższego grupą kolesi, to czy ona się wstydzi? Zdaje się, że pełni jakąś zaszczytną funkcję w swojej partii, jest rzecznikiem? A pan od dyplomacji, który o Komisji Weneckiej powiada, że nie życzy sobie jej wycieczek do naszego kraju? Czy on się wstydzi? Albo pan, który twierdzi, że Amerykanie mogą się uczyć od nas demokracji. Jest ministrem obrony naszego kraju. No skoro tak, to każdą głupotę można u nas powiedzieć bez mrugnięcia powieką. Ta władza zaraziła nam Polskę bezwstydem.

I na koniec nieoceniony

BOGUSŁAW LINDA

który miał zawsze predylekcję do broni o dużym kalibrze

Musiałbym zacytować Herberta: wszystko jest sprawą smaku. To, jak nami zawłaszczają, jest strasznie przykre. Tak ziemniako-buro-brudne, nieładne, że ja się czuję trochę zawstydzony. Raptem to, co gdzieś skrzętnie ukrywaliśmy, to, co nigdy nie powinno się okazywać, to burakostwo, nieudacznictwo, brak kultury, brak ogłady, brak inteligencji  się wylało i nami zawłaszcza.


piątek, 14 października 2016

...Najczęściej giną koty. Wyskakują w ostatniej chwili i suną na niskich łapach przy samym asfalcie, do końca ufne w swą kocią zręczność. Wypadają spomiędzy opłotków, z krzaków, znikąd i rzeczywiście wygląda tak, jakby czekały ze skokiem do ostatniej chwili, jakby kusiły los. Ale one po prostu nie wiedzą, czym jest auto. Czasem wyobrażam sobie, że jestem jednym z nich i w moją stronę sunie coś w rodzaju huczącej i oślepiającej góry. Sunie z prędkością huraganu, nawałnicy, z prędkością przekraczającą kocie wyobrażenie. W dodatku taki kot nie wie, czy góra nie sunie tylko po to, by go unicestwić, czy nie sunie przeciwko niemu. Przecież wygląda jak wcielona zagłada i zwierz nie ma pojęcia, że wystarczy się przyczaić, a monstrum popędzi swoją drogą.

Rano widać ich małe zwłoki na szosach. Leżą w ciemnych plamach. Zastygła krew wygląda jak cień. Śmierć nie odebrała im jeszcze barw. (…) Leżą, schną w słońcu albo kruszeją na mrozie i powracają do pierwotnego królestwa minerałów i tablicy Mendelejewa. Żywe, ciepłe, miękkie, skoczne zamienia się w coś, czego nigdy nie chcielibyśmy dotknąć.

Tyle Andrzej Stasiuk(„Kucając”). Nie, kot Cyryl nie bał się samochodów, bo nie bał się nikogo i niczego. Przez te osiem miesięcy, w czasie których u nas sypiał i się stołował, wspinał się na czubki najwyższych drzew i z gracją z nich zstępował, zeskakując z gałęzi na gałąź. Do otwartych samochodów wchodził rutynowo, żeby zaspokoić swoją nienasyconą ciekawość. Za szosę wyprawiał się nagminnie, udając się w gości do królestwa kolegów. I raz źle obliczył, bo nie zmieściło mu się w małej, czarnej głowie, że jakiś miejscowy demon powiatowych dróg, jakiś niespełniony wyścigowy kierowca będzie jechał swoim starym, ale jarym samochodem tak szybko w miejscu, gdzie stoją domy i gdzie mieszkają ludzie i zwierzęta.


Tagi: kot_Cyryl
18:48, tobiasz2013
Link Komentarze (2) »
piątek, 09 września 2016

Tak, tak, Zgred zaniedbał bloga, ale bynajmniej go nie porzucił: nazwijmy to przerwą konserwacyjną. Teraz już wrócił w domowe pielesze prawie na dobre i będzie się dzielił refleksjami.

Na przykład na temat, który nasunęły mu dwutygodniowe wczasy z M-lle w Śródziemnomorzu. Zgred wolałby być podróżnikiem, ale ponieważ zasoby czasowe i finansowe nie dają mu ku temu podstaw, pozostało mu bycie turystą, tym najnędzniejszym ze wszystkich stworzeń.

Turysta porusza się stadnie. Zdradzają go nie tylko nieodłączny aparat fotograficzny, często też nie spotykany w odwiedzanym kraju plecak, ale także dziwna bladość, absurdalne nakrycie głowy i nie przystojące poważnemu człowiekowi półdługie lub półkrótkie spodnie. Skórę ma częstokroć bardzo czerwoną, bo nieopatrznie wystawił ją na miejscowe słońce już pierwszego dnia pobytu. Ma często nadwagę.


Niegdyś podziwiał krajobrazy i zachody słońca, dziś częściej odbywa cichy stosunek ze swoim telefonem komórkowym.

Turysta nieustannie występuje w opozycji do miejscowych i ma szczęście, jeśli ci traktują go tylko z politowaniem. Z ich punktu widzenia ów przybysz ma z definicji niedowład umysłowy, bo nie rozumie, co do niego mówią, a i jego bełkotu nie sposób pojąć.

Zupełnie nie jarzy jak wszystko funkcjonuje, na przykład nie kuma o co chodzi w lokalnym systemie komunikacji, więc ustawia się na przystankach w najdziwniejszych porach i dziwi się, że autobus po niego nie przyjeżdża. A kiedy po mniej więcej tygodniu zaczyna wreszcie kapować o co chodzi w rozkładzie jazdy, to nie może pojąć, że jest on jedynie ogólną, bardzo ogólną wskazówką dla kierowców i gniewa się, jeśli rozbieżności przekraczają ustalone przez niego samego marginesy dopuszczalności. Turysta nie rozumie, że pośpiech poniża i stresuje.

Ponieważ jednak stanowi źródło dochodów, trzeba się do niego jakoś dostosować. Na przykład tak zmodyfikować tzw. tradycyjną miejscową śródziemnomorską kuchnię, żeby dał się nabrać i chciał z niej korzystać. Turystę karmią na przykład „świeżymi miejscowymi rybami i owocami morza”, przywiezionymi w chłodniach znad Atlantyku lub Pacyfiku, rozmrożonymi poprzedniego dnia i kunsztownie wyeksponowanymi w grudkach lodu w specjalnych ladach chłodniczych. Turysta pochłania je ze smakiem i nie uderza go to, że przez dwa tygodnie pobytu nie widzi w okolicy ani jednego kutra rybackiego.

Miejscowi tymczasem w bocznych uliczkach żywią się ukradkiem ogólnoeuropejskim kebabem.

M-lle, ta to potrafi zrobić ładne zdjęcie!

Tagi: turysta
13:51, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 lipca 2016

Świat jest co prawda wymknął się ludzkości całkowicie spod kontroli i dzieją się w nim rzeczy krwawe i straszne. Ale nasza chata z kraja, więc nas one specjalnie nie dotyczą. "Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna."

Żyjemy więc sobie w miarę spokojnie w miarę dostatnim życiem mieszczan i zmieszczaniałych chłopów, i ta nasza codzienna krzątanina zostawia w nas jakieś takie nieokreślone uczucie niedosytu, jakąś taką tęsknotę za rzeczami większymi niż ten bochenek chleba naszego powszedniego… Stąd popularność telewizyjnych seriali, gdzie dzieją się rzeczy niesamowite, groźniejsze i piękniejsze, bardziej dramatyczne i tragiczne niż te, które wydarzają się w naszym życiu. Jak w „Grze o tron”.

I oto okazuje się, że jeden z nas, mieszkaniec masowej wyobraźni piłkarz Błaszczykowski, to postać jak z serialu, ale jednocześnie bardzo prawdziwy człowiek, któremu w młodości przydarzyły się rzeczy krwawe i straszne jak z dramatów Szekspira.



Człowiek, którego obecne życie możemy śledzić w telewizji, Internecie, na łamach prasy. I w tym życiu piłkarz Błaszczykowski nadal obraca się w sferze rzeczowników abstrakcyjnych. Na naszych oczach przeżywa załamanie, triumf, dramat… Z zapartym oddechem widzimy, jak doznaje strasznej kontuzji, zabierają mu opaskę kapitańską, cierpi jego godność, musi się przełamać, jakoś sobie z tą ujmą na honorze poradzić… Widzimy jak płacze, jak podtrzymuje go na duchu przyjaciel, bo podglądamy jego wzruszającą przyjaźń z Piszczkiem, dziwnym piłkarzem, który nie wygląda jak piłkarz, ale jak załogant ósemki ze sternikiem w dorocznych zawodach wioślarskich między Oksfordem a Cambridge na Tamizie.



Błaszczykowski jest więc bohaterem naszego serialu, ale ten serial dzieje się naprawdę. To dobrze, że kogoś takiego w życiu mamy, że te coraz bardziej abstrakcyjne rzeczowniki wciąż wypełniają się na naszych oczach treścią, że nie grozi im, że za chwilę będą już zupełnie zapomniane.

PS:  A oto najnowszy cytat z bohatera tego posta: "Gram tylko w piłkę nożną, nie powinienem zarabiać więcej niż lekarz czy policjant". Rzadki dystans do obłędu, jaki stanowi współczesny zawodowy futbol... 

czwartek, 30 czerwca 2016

Co jakiś czas Zgred przeczyta coś, co wydaje mu się być wyjątkowo trafną diagnozą aktualnej sytuacji. Żeby czytelnik się nie uprzedził, cytat nie będzie podpisany. Zgred z góry przeprasza za wulgaryzmy.

[…] Jest teraz – najwyraźniej – w cenie rodzaj politycznego chamstwa, które ludzie biorą za szczerość. Nagle okazało się więc, że przychodzą populiści, mówią ludziom: Wy jesteście najlepsi, nie musicie udawać, że jesteście eleganccy, Wersal się skończył, wszyscy, co byli u władzy, to złodzieje i teraz można pierdzieć w salonie albo pokazać gołą dupę tym wszystkim skurwysynom. I ludzie nagle myślą: No tak, oszukiwali nas, mamili, że należymy do elity, a jednocześnie płacili głodowe pensje i traktowali jak niewolników. To my im teraz pokażemy. […]  W Polsce to odpowiedź między innymi na skandaliczne stosunki pracy, płace na poziomie kilku złotych za godzinę i traktowanie ludzi bez szacunku i wyobraźni na temat ich rzeczywistych potrzeb. […]



[…] Zabrakło odpowiedzi na paradoksy globalizacji, na niskie poczucie własnej wartości, które, w takich krajach jak Polska, tak obolałych i zakompleksionych, najłatwiej jest wyleczyć przy pomocy kreowania wroga czy uruchomienia nacjonalistycznych rekwizytów i resentymentów. Wspólnota wokół takich działań daje ludziom złudzenie mocy, poczucie, że są godni szacunku. Dużą rolę odegrała też masowa emigracja młodych Polaków i ich zetknięcie się z zachodnim światem. Znamienne jest to, że 90% emigrantów nie odnosi za granicą prawdziwego sukcesu. Bo niby dostali pracę i zasiłki, mogą sobie wynająć mieszkanie albo zrobić skrobankę i nie muszą się z tego nikomu tłumaczyć, ale jednocześnie czują jakby ich wpuszczono tylko do przedpokoju, dalej nie będą mieli nigdy wstępu, ciągle nie są obywatelami pierwszej kategorii. To uruchamia silne potrzeby kompensacyjne, tożsamościowe: „muszę udowodnić sobie, że jednak jestem lepszy”. Tą lepszością jest moja przynależność do „lepszego” narodu. Lepszego również dzięki ranom, krzywdom, mitologizacji przeszłości i poszukiwanie tych „gorszych”. Nieprzypadkowo większość Polonii amerykańskiej jest prawicowo-nacjonalistyczna i dość rasistowska. […]

Tagi: Polacy Polska
19:41, tobiasz2013
Link Komentarze (3) »
piątek, 17 czerwca 2016

Zawsze mieliśmy nieokreślone wrażenie, że kot Cyryl, z tymi swoimi żółtym ślepkami osadzonymi w czarnym futrze ma w sobie coś nieco piekielnego.


Chociaż jak śpi w umywalce wydaje się całkowicie niewinny i sympatyczny. Jednak w końcu wyszło tzw. szydło z tzw. worka.

Mamy otóż sąsiadów, a ci z kolei mają niewielkiego psa, niejakiego Bafiego (Buffy’ego?). Nie z tych, które swoim wyglądem obrażają Pana Boga, ale i tak o estetyce dość kontrowersyjnej. Niektórzy ludzie mają predylekcję do psów nikczemnego rozmiaru, w postaci ekstremalnej wręcz naręcznych, i nic nie można na to poradzić.

Pies sąsiadów jest zapewne bardzo rasowy, znacie Państwo ten typ – starożytna rasa wyhodowana, dajmy na to, w Karyntii, na Morawach, w Borach Tucholskich albo w Andaluzji, zarejestrowana w r. 2006 w Międzynarodowym Stowarzyszeniu na Rzecz Dbania o Czystość Rasową Psów (Fédération Cynologique Internationale), które żyje z takich rejestracji, wystawiania stosownych atestów i organizacji wystaw owych zarejestrowanych przez siebie, coraz to nowych (acz starożytnych), wyhodowanych drogą starannych krzyżówek psich ras.

Otóż od pewnego czasu dochodziły do nas sygnały, że kot Cyryl odwiedza sąsiadów, co samo w sobie nie jest niczym dziwnym, bo ambicją wszystkich kotów jest mieć kilka domów i być karmionymi w każdym z nich; dziwne było natomiast to, co nam sąsiedzi mówili o celu wizyt kota Cyryla. Twierdzili mianowicie, że przychodzi on na ich taras wyłącznie po to, by naigrawać się ze znajdującego się po drugiej stronie szyby Bafiego i doprowadzać go do białej gorączki.

Nie dawaliśmy opowieściom sąsiadów wiary, dopóki nie dostarczyli dowodu w postaci tej oto fotografii:


sobota, 28 maja 2016

Zgred i Mlle należą do tych szczęśliwców, którym jakoś udaje się w maju bywać w Rzymie. Taka mini Grand Tour. Ponieważ są zwiedzaczami zaprawionymi w bojach, podczas poprzednich pobytów umiejętnie dozowali sobie wrażenia i udało im się w miarę bezboleśnie zobaczyć, co w Rzymie było do zobaczenia (tak przynajmniej im się wydawało). W tym roku, tradycyjnie wypiwszy najdroższe w Europie cappuccino  w „Caffe Greco” na Via Condotti (vide wpis z tym tagiem obok), o rzut beretem szwajcarskiego gwardzisty od Piazza di Spagna, postanowili zobaczyć coś bardziej niszowego.

 

I nie mówimy tu o odwiedzeniu (celem pocieszenia) jednej z najbardziej samotnych osób w Rzymie

Postanowili mianowicie zobaczyć takie tam prywatne muzeum rodziny Doria-Pamphili, mieszczące się w zamieszkałym przez ich potomków palazzo. Z minami obrażonymi wskutek kryminalnie wysokiej ceny biletów Zgred i Mlle wkroczyli z impetem na salony, które wszelako od razu nieco zbiły ich z tropu.

 

Mlle podąża raźnym marszowym krokiem przez korytarz palazzo, szkoda, że nie widać jej miny z cyklu „nie w takich miejscach się bywało”.

Niestety, nikt Zgreda i Mlle nie ostrzegł, że rodzina owa z czasem zgromadziła kilkaset płócien miejscowych pacykarzy, które mimo obszernych pomieszczeń trzeba było rozwiesić „piętrowo”, co powodowało nieustanne ruchy głową nie tylko w płaszczyźnie poziomej, do której ten odcinek ludzkiego szkieletu jest przyzwyczajony, ale także w płaszczyźnie pionowej, co nie zdarza się dzisiejszym ludziom aż tak często*.

Chodząc i wgapiając się w obrazy sygnowane przez wszystkie nazwiska z hasła „sztuka włoska” w przeciętnej encyklopedii, Zgred dziwił się, że na trzecim „piętrze” obrazów widzi tabliczki jak „Rembrandt” czy „Rubens”, ale rychło pojął, że dla właścicieli kolekcji liczyli się swoi, lokalsi, jak Rafael, Tintoretto Caravaggio, Guercino, czy Lippi, a wcześniej wymienionych traktowali jak trochę szemranych przybłędów, czy wręcz nie daj Boże eksperymentatorów, gdzieś z nieokreślonej Północy.

 

W kółku jakiś trzeciorzędny i silnie podejrzany Rembrandt

Owszem, przybłędzie z Hiszpanii oddali nawet osobne małe pomieszczenie, ale tylko dlatego, że nad wyraz udatnie oddał członka ich rodziny, Innocentego X.


Innocenty, sądząc po fizjognomii wcale nie taki święty

No i, Czytelniku, bęc! Zgred i Mlle opuścili palazzo oszołomieni, z bólem głowy, lekkimi nudnościami, czyli klasycznym syndromem Stendhala, którego przez ładnych parę lat udawało im się uniknąć…

-----------------------------------------------------------------------------------------

* No bo chyba nie będziesz, Czytelniku, upierał się, że znane Ci są zdobienia kilkupiętrowych kamienic twojego miasta? Sto lat temu ludzie mieli czas na ich podziwianie i częściej zadzierali głowę niż my, poruszający się szybko ze wzrokiem wbitym w ziemię, a co najwyżej w mijane, znajdujące się na poziomie naszych oczu sklepowe wystawy, bo a nuż, kurde, trafi się jaka okazja?

niedziela, 01 maja 2016

Szperając w skarbczyku Sieci Zgred natrafił niedawno na reprodukcję obrazu, który przykuł jego uwagę  najpierw na moment, potem na dłużej. Była w nim dziwna harmonia tonacji i motywu, zwykłego na pozór, ale w dziwny sposób niepokojącego. Ot, stojący, oparty o mur mężczyzna w staroświeckim stroju, zabijający czas paleniem fajki... Le Fumeur. W sztuce dziwnie częsty motyw, jak się okazuje. Takich „Palących”  jest wielu, jakby w prostej czynności palenia fajki krył się jakiś ogromny potencjał; zawsze jednak chodzi o człowieka uchwyconego w chwili zadumy. Ze stosowanego kapelusza bicorne sądząc, to były żołnierz armii Cesarstwa. Ze znoszonego ubioru, bezrobotny. Po wysokich butach i ostrogach zgadując, może kawalerzysta. Po roku 1814 Francja była zapewne pełna takich typów – po latach wojaczki nieznajdujących dla siebie miejsca, nieprzystosowanych do pokojowego życia.

 

Jean Louis Ernest Meissonier uchwycił go w jeszcze innym momencie, jakiś czas wcześniej lub później – przy stoliku przed knajpką, przy filiżance kawy i kieliszku wina, a może koniaku.

Co jednak skłoniło Meissoniera do namalowania byłego żołnierza La Grande Armée, którego, ponad 50 lat później,  nie miał już przecież szans oglądać?

Z tą zagadką, droga Czytelniczko i drogi Czytelniku w to Święto Pracy Cię zostawię.

 

 

Tagi: Meissonier
21:07, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 kwietnia 2016

Badziewiak, Bączarz, Białowąs, Bydlaczek, Brudas, Cirillo, Cyfer, Cyferek, Cyrylica, Cyryluch, Cyryluszek, Czarna Owieczka, Czarna Panterka, Czarnuch, Czarnuszek, Diabelskie Nasienie, Diabełek, Drakula, Gołonóg, Głodomór, Kiełek, Lucyfer, Morderca Ptaków, Pasibrzuch, Piekielnik, Sierściuszek, Syfuśnik, Śmierdziel, Ta Mała Zaraza, Ten Futrzak, Ten Mały Drań, Ten Mały Zgred, Ten Sierściuch, Ten Twój Kot,  Wampirek.

 

Są to uporządkowane alfabetycznie imiona, nadawane w różnych okolicznościach naszemu kotu Cyrylowi. Jak widać, niektóre są trochę politycznie niepoprawne.

 

Interesujące jest to, że desygnat, czyli kot Cyryl, generuje w nas uczucia ekstremalne: albo czułości, albo irytacji niebezpiecznie graniczącej ze złością.

(za Andrzejem Czeczotem)

Kot Cyryl umiejętnie balansuje między dwoma ekstremami: tzw. słodziaka, oraz paskudnego, niehigienicznego osobnika. Chyba wie, że kiedy przestanie być tzw. słodziakiem, może go czekać eksmisja na bruk, więc się pilnuje. Chyba nie chce dołączyć do szerokiego grona kolegów, żyjących własnym przemysłem.


 

Tagi: kot_Cyryl
10:30, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Tagi