RSS
sobota, 20 maja 2017

Maj, więc dłuższy weekend w Rzymie (niektórzy to mają szczęście, co?) i refleksja, która naszła Zgreda, gdy na gęstej od jedno- i dwuśladów rzymskiej ulicy walczył o życie na przejściu dla pieszych w centrum Wiecznego Miasta.

 

Otóż w Rzymie pieszy jest zwierzyną łowną bez względu na to, gdzie na jezdni się znajdzie. Ćwiczy to u miejscowej ludności refleks i utrzymuje populację zamiejscowych, w tym turystów, na akceptowalnym poziomie.

W Kraju Przywiślańskim pieszy co prawda też nie może się czuć na zebrze bezpiecznie, ale jak już na nią wejdzie, jest w stanie wymusić na kierowcach zahamowanie i przepuszczenie.

Oczywiście może go zawsze skosić ten, kto wyprzedza owego zatrzymującego się przed pasami frajera (w końcu jesteśmy w kraju, gdzie powożący samochodem uruchamia cały swój chłopski spryt, żeby udowodnić swoją przewagę nad innymi powożącymi),

 

ale w porównaniu z przechodniami w Rzymie i tak jesteśmy tu w lepszej sytuacji.

Oczywiście nie takiej, w jakiej znajduje się pieszy (lub cyklista) w Skandynawii, oficjalnie zwany „miękkim uczestnikiem ruchu”, który jest ZAWSZE uprzywilejowany. W tej części Europy zatrzymają się, żeby cię przepuścić zanim jeszcze poweźmiesz zamiar o przeprawieniu się na drugą stronę ulicy/szosy*, w dowolnym zresztą miejscu. 

 

kopenhaskie bezhołowie

I tu dochodzimy do refleksji, o której mowa na początku. Przyszło oto na rzymskim bruku Zgredowi do głowy, że my tutaj w naszej nieszczęsnej ojczyźnie zawieszeni jesteśmy między racjonalną do bólu protestancką Północą, a radosnym chaosem katolickiego Południa. Polska niby kraj katolicki, ale przecie zlepiony z kawałków, które przeszły szkołę pruskiego porządku i trochę gorszego austrowęgierskiego. I one chyba zdominowały tę część, na którą miało jakiś tam wpływ prawosławne bezhołowie, z którego dziedzictwem co prawda dalej się borykamy, ale od czego mamy CBA?

Mało tego, zawieszeni też jesteśmy w jakiejś dziwnym miejscu między racjonalnym, demokratycznym Zachodem, a nieszczęsnym Wschodem, do którego nigdy nie dotarło Oświecenie. Mamy skłonność do wschodniej egzaltacji,

 

Zabrze, listopad 1997. Matka Boska pojawia się na kuchennej szybie u sąsiadki Łucji

ale jednocześnie, jako „paw narodów i papuga**” (tak, to ten, co wielkim poetą był) chcielibyśmy, żeby było u nas jak na Zachodzie. Przynajmniej niektórzy z nas by tak chcieli, bo dla innych to zbyt duży wysiłek, i ta arcypolska szamotanina między kompleksem niższości i megalomanią sprawia, że w swojskim klimacie Wschodu im jakoś raźniej.

 

grupa Kozaków dońskich pisze nowe prawo, które będzie przegłosowane jeszcze tej samej nocy.

Do tego dochodzi to marzenie o silnym Przywódcy,

 

I o tym, żeby żaden obcy nam nie mówił, co mamy robić. I marzenie o własnej, Polskiej drodze, o skończeniu z tym wiecznym zawieszeniem, z tym byciem ni to, ni sio, ni psem, ni wydrą, hybrydą jakąś… Że niby Polska, to „nigdzie”...

No nie, żeby jakiś francuski licealista Polską sobie gębę wycierał?


----------------------------------------------------------------------------------

* w naszym Sejmie, jak wiadomo, nie udało się przewalczyć cywilizowanego przepisu o pierwszeństwie pieszego, który wyraża chęć przejścia przez ulicę.

** jeśli papuga, to zapewne Norwegian Blue.

czwartek, 04 maja 2017

dedykowane Nadporucznikowi

Przyjrzyjcie się dobrze temu zdjęciu, drodzy Czytelnicy.

 

Zgred dał się zmylić tym flagom i początkowo myślał, że ulicami stolicy ciągną rodzimi Zieloni; rychło jednak zmienił zdanie, bo nasi ekomaniacy to luźna hałastra i tak zgrabnie by nie maszerowali. W drugiej kolejności przyszedł mu do głowy PSL (przez funkcjonariuszy tej partii nie wiedzieć czemu nazywanej peezelem), ale na ludowców mu oni też nie wyglądali. Zbadał więc rzecz sumiennie i okazało się, że to ideowa młodzież, która pragnie bronić naszego kraju przed obcymi!

Zgred był pod wrażeniem. Oto są w kraju nad Wisłą młodzi ludzie, którzy nad siedzenie w domu przed komputerem albo ciągły cichy stosunek z własnym smartfonem przedkładają Czyn. Którzy dla Sprawy gotowi są daleko jechać i pokazać, kto tu jest prawdziwym Polakiem.

Jak się im przyjrzeć z bliska,


okazują się być schludnymi, czystymi młodzieńcami, wstępnie umundurowanymi, którzy co prawda do wojska nie trafią, bo ono stawia coraz większe wymagania, ale chętnie udadzą się pod skrzydła Wuja Antoniego i w razie czego dadzą odpór obcym.


Bo obcy coraz bardziej się w Polsce panoszą. Ci o ciemniejszej karnacji, co np. punkty z kebabem zakładają, są najgorsi, tylko patrzeć, a  wprowadzą tu szariat. Póki co, powybija im się szyby. Ale ci ze Wschodu, co pracę nam odbierają, też nie lepsi, bo wiemy, co ich dziadkowie na Wołyniu robili. Poza tym mamy naszych własnych obcych, np. pismaków, co jak piszą o Narodzie Polskim, to o zgrozo, małych liter używają! Bo im Niemcy płacą. Albo Żydzi. Tych w kraju mało, ale ci co są, i tak mają wszędzie za duże wpływy. 

Dobrze jednak wiadomo, gdzie oni wszyscy mieszkają, to ci schludni młodzieńcy któregoś dnia wybiją im to wszystko ze łba razem z zębami. A te ich książki spalą na wielkim stosie. Podobnych im pismaczek i tych bab co się panoszą w niemieckich telewizjach, tych reżyserek filmowych od siedmiu boleści, aktorek i innych feministek bić się nie będzie, ale koleżanki tych schludnych młodzieńców, bo są i takie,

 

mogą je np. ostrzyc na bardzo krótko. Swoją drogą ładne te niektóre koleżanki schludnych młodzieńców,


oczy jak chabry, włosy lniane, prawdziwe… Słowianki.

W podzięce, za ich trud, Zgred dedykuje wszystkim tym młodym ideowym ludziom ładną piosenkę z filmowej klasyki:


Tagi: onr
20:31, tobiasz2013
Link Komentarze (4) »
niedziela, 30 kwietnia 2017

 Zgred już, już myślał, że na temat pogłębiającego się podziału Polski, którego jesteśmy przygnębionymi świadkami powiedziano już wszystko – ale mylił się. Znalazł mianowicie zupełnie świeże, historyczne ujęcie tego zjawiska, a jego autorem jest dość niszowy (choć nagradzany) pisarz, niejaki Marian Pilot. W wywiadzie dla GW widzi on to mianowicie tak:

– Na naszych oczach rozwija się kolejna odsłona odwiecznej wojny kulturowej, w której po jednej stronie stał XVII-wieczny wyznawca cnót szlacheckich Walerian Nekanda Trepka, zajadły obrońca przywilejów stanowych, chłopożerca, nienawistnik, bezkompromisowy pogromca wszelkich odstępców, autor monumentalnego Liber chamorum, w której skrupulatnie odnotował  wszystkich, którzy ośmielili się dokonać zamachu na szlacheckie przywileje.

 

Po drugiej natomiast stronie XVIII-wieczny już, światowej sławy autor po francusku napisanej wielkiej polskiej powieści Rękopis znaleziony w Saragossie – Jan Potocki.

 

Arcy-Sarmata więc i człowiek Oświecenia – współtwórca Konstytucji 3 Maja, wielki Europejczyk.

Wojna między obozami prezentowanymi przez te dwie wybitne osobistości z mniejszym lub większym natężeniem toczyła się przez wieki, by wybuchnąć właśnie ze wzmożoną siłą, i nie ma co ukrywać – dziś przewaga jest po stronie Waleriana Nekandy.

Analogia wydaje się Zgredowi naciągana, ale interesująca. Zwłaszcza, że przywołano w niej postać, która od lat Zgreda fascynuje swoją ciekawością świata, wszechstronnością zainteresowań i energią. Bo życiem Jana Nepomucena Potockiego spokojnie można by obdzielić kilka osób.

 

Ciekawe jest to, że nasz człowiek do powyższej powieści większej uwagi nie przywiązywał, za swoje opus magnum uważając zapewne naukowy (z ówczesnego punktu widzenia), kilkutomowy Essay sur l'histoire universelle et recherches sur celle de la Sarmatie. Jak się jednak wydaje, dużo bardziej interesujące są jego opisy licznych krajów, które jako kompulsywny podróżnik odwiedził:


 

W kulturze popularnej została po nim garść anegdot – o tym, jak to w r. 1790 – jako pierwszy Polak – wzbił się balonem w powietrze,

 

przy czym dla towarzystwa (i naukowego eksperymentu?) zabrał jakoby damę lekkich obyczajów, służącego-Murzynka i psa pudla, a także o jego wymyślnym samobójstwie w r. 1815, kiedy to nękany depresją palnął sobie w łeb, jako kuli używając srebrnej gałki od pokrywki cukierniczki, którą to gałkę uprzednio tygodniami opiłowywał do stosownego kalibru…

I został wspaniały film Wojciecha Hasa, jedna z najwspanialszych produkcji rodzimej kinematografii, z fenomenalną rolą Zbigniewa Cybulskiego

 

i plejadą najlepszych polskich aktorów i aktorek tamtego, a niekiedy późniejszego czasu: m.in. Holoubka, Kobieli, Niemczyka, Maklakiewicza, Pieczki, Machulskiego, Bilewskiego, Wacł. Kowalskiego, Lutkiewicza, Pyrkosza, L. Benoit, Gołasa, z kobiet Czyżewskiej, Cembrzyńskiej, Krafftówny, Raksy, Tyszkiewicz… Tak, ci wszyscy znakomici aktorzy (których nazwiska młodzieży nic nie powiedzą) w tym byli!

 

23:02, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 24 kwietnia 2017

W ramach posiłkowania się w tym blogu mądrzejszymi od siebie, dziś Zgred proponuje postać nastojaszczego, jak mówią Rosjanie,  intelektualisty. Szeroko patrzący, umiarkowanie lewicujący literaturoznawca, przenikliwy obserwator i diagnostyk polskiej rzeczywistości: profesor Przemysław Czapliński z Poznania.

 

Który ostatnio sprowokował w pewnych (niestety niemających wpływu na naszą rzeczywistość) kręgach niejakie poruszenie swoją Poruszoną mapą, w której pokazuje mentalne umiejscowienie Polaków w europejskiej geografii.

Tako rzecze Profesor* w nawiązaniu do rozważań m.in. o polskim nacjonalizmie: (wywiad D. Wodeckiej):

- Chciałbym, żeby to zostało wyraźnie powiedziane: 500 plus, stawka godzinowa, płaca minimalna – to są historyczne osiągnięcia. Państwo powróciło do funkcji pośrednika między obywatelem a rynkiem. Są to jednak działania związane z kapitalizmem, a nie dumą narodową. Widać też, że nie ma dalszego ciągu: prawo spadkowe bez zmian, reformy podatków nie będzie, reprywatyzacja majątków toczy się w najlepsze, wracają eksmisje na bruk. Suwerenem znowu okazuje się rynek i polski fetysz ponadpartyjny, czyli własność prywatna. Dziurę między rozbudzonymi nadziejami na lepsze życie i normalnym kapitalizmem władza będzie zaklejać agresją skierowaną ku obcym i kultem narodowych bohaterów.

- Do czego to prowadzi?

- Wiemy z naszej historii, że w sytuacji ostrego konfliktu wewnętrznego możliwe są dwa rozwiązania. Pierwszy scenariusz tworzy zamach majowy z 1926 roku i stan wojenny z 1981. Scenariusz drugi to tradycja porozumień uwzględniająca coraz szerszą reprezentację społeczną: Sejm Czteroletni, Uniwersał połaniecki, rząd Ignacego Daszyńskiego z 1918 r., Okrągły Stół. To żadna odpowiedź, ale na podstawie przeszłości można wnioskować, że albo się porozumiemy, albo czeka nas stan wojenny.

Bo wyjątkowy już obowiązuje.

Aż chce się westchnąć: ach, dlaczegóż taki wpływ na naszą codzienność mają tragikomiczni inteligenci żoliborscy,

 

a nie niektórzy Profesorowie?

 

 

*Zgred nie ma za grosz szacunku do profesury jako takiej uważając, że tzw. rozkład normalny głupoty dotyczy w takiej samej mierze profesorów uniwersyteckich jak i np. hodowców królików (żeby zacytować klasyka, czyli samego siebie), ale oprócz profesorów istnieją przecie Profesorowie, i Przemysław Czapliński niewątpliwie do nich należy.

piątek, 07 kwietnia 2017

Hrabina R. jest wielką demokratką, co objawia się tym, że na co dzień nie używa swojego hrabiowskiego tytułu. Niedawno jej wnuczka zapoznała ją bliżej z komputerem i wprowadziła w świat „Dupelka” i innych portali, specjalizujących się w pokazywaniu życia ludzi znanych i pięknych. Przeglądając rzeczone portale, hrabina wygłosiła następującą kwestię:

- Ogórek? Halejcio? Ciupa?  Więdłocha? Kiedyś ludzie się inaczej nazywali. Takich nazwisk nie było!

Były, były, pani hrabino.  Może nie w okolicznych pałacach i dworach, ale w czworakach na pewno.

Elity się tasują. W odczuciu przeciętnego Polaka i Polki, soli tej ziemi, dziś są to właśnie celebryci, ludzie z telewizyjnego okienka na prawdziwy świat.

W czasach, kiedy  Polak i Polka pracowicie budowali socjalizm (co w kraju nad Wisłą słabo się powiodło, ale w takiej Szwecji już owszem), z powodu niedorozwiniętych mediów znajomość tej grupy była bardzo ograniczona, więc elit szukano bliżej siebie. Padło na ludzi, których podejrzewano o ponadnormatywne dochody, ale z powodu ich dużej mocy sprawczej uważano, że im się należą - a więc lekarze i  adwokaci.

Dziś adwokaci masowo trafiają do aresztu, a onegdaj Zgred zauważył szyld, który dobitnie mu powiedział, że dzisiejsi lekarze to też nie to samo, co dawniej. Dla ułatwienia podam, że nie chodzi o nazwiska:


Tak więc zostali nam celebryci. Bo przecież nie politycy?

 

Tagi: elity
17:48, tobiasz2013
Link Komentarze (2) »
niedziela, 19 marca 2017

Zwrócono onegdaj Zgredowi uwagę, że "wyraźnie opowiada się po jednej stronie". Owszem, Zgred ma określone widzenie świata i daje temu wyraz w niniejszym blogu. Jest jednak świadom tego, że tak jak inni, zamyka się w pewnej bańce, nie Facebookowej co prawda, ale towarzyskiej, obcując najchętniej tylko z tymi, którzy podzielają jego poglądy.

Zjawisko jest globalne i zdecydowanie trzeba mu przeciwdziałać, bo fosa coraz głębsza i coraz szersza. Tak więc Zgred postanowił oddać głos Drugiej Stronie, w postaci publicysty Ziemkiewicza Rafała Aleksandra.  Już słyszę: "przecież to zwykły cham!". Owszem, cham, ale wcale nie taki zwykły. Cham inteligentny, i przez to może groźniejszy niż zwykły. Ale Zgred stoi na stanowisku, że ludzi inteligentnych należy słuchać, bo zawsze można się dowiedzieć czegoś ciekawego, zobaczyć coś z innej strony, może nawet się zainspirować?

Tako oto rzecze Ziemkiewicz:

W źródłach z fin de siecle’u najbardziej uderzało oczekiwanie intelektualistów i w ogóle elit z utęsknieniem na jakieś wielkie bum, i zgoda, wręcz potrzeba, żeby coś, z przeproszeniem, pierdzielnęło co się zowie, bo to spokojne życie jakieś za ciasne, duszne, pozbawione smaku. Panicze z najlepszych rodów zadawali się z anarchistami, synowie bankierów przystawali do bolszewickich konspiracji, córki zostawały sufrażystkami, a wszyscy chcieli coś zmienić nie dlatego, że mieli pomysł na lepszy świat czy, inaczej, wierzyli, że naprawdę te pomysły, które się pojawiały, są dobre - ale po prostu dla samej zmiany, "just for kick" - jak mówią Amerykanie*. A jak już pierdzielnęło, to ulice Paryża, Berlina, Wiednia i Petersburga zalane były radością i entuzjazmem, młode mięso armatnie maszerowało do poboru śpiewając wesoło i pokrzykując, kobiety obrzucały przyszłych nieboszczyków kwiatami, a wszyscy razem wiwatowali na cześć Najjaśniejszego Pana czy Republiki.

Otóż taki właśnie nastrój się rodzi tam, gdzie uwierzono, że "Bóg umarł". Świat zrobił się dla kolejnego pokolenia nudny, męczący i nie do zniesienia - uczciwie przyznać trzeba, że nie bez powodu, pokolenia poprzednie wiele zrobiły, by pogrążyć go w  absurdzie.

Powie ktoś, że zaprzeczam sam sobie - bo przecież przed stu laty nie było w Europie muzułmańskiej imigracji? Ale ja nie uważam wcale islamskiego terroryzmu za przyczynę, tylko za skutek.

Natura próżni nie znosi, gdzie jedna cywilizacja gnije i słabnie, tam wciska się druga, nie czekając nawet na całkowite zwolnienie miejsca, rozpychając się. Czy się ona nazywa Hunami, czy Wizygotami, czy kalifatem, to naprawdę drugorzędna sprawa.

Bodajże we "Viagrze Maci" przypominałem o prostym eksperymencie, w którym dawano szczurom w bród pokarmu i nie wymagano od nich niczego. Okazywało się to dla populacji zabójcze. Te szczury, które o żywność musiały walczyć, pozostawały sprawne i zorganizowane. Te karmione bez ograniczeń albo popadały w apatię, albo wariowały, rzucały się na współbraci i zagryzały ich bez żadnego powodu, nawet samice, paskudziły do wspólnej karmy. Jeśli ktoś chce tutaj powiedzieć, że przecież ludzie to nie szczury, to proszę bardzo - zostawiam wolne miejsce na tę optymistyczną uwagę.


Trudno nie przyznać RAZ racji. Ale on na tej konstatacji nie poprzestaje:


Może darowałbym sobie te wszystkie słowa, gdyby nie jeszcze jedna myśl.

Ćwierć wieku temu Polacy zwolnili się z myślenia o świecie i przyszłości. Nasze elity, a w ślad za nimi rzesze zwykłych obywateli uznały, że wszystko, co słuszne, zostało już wymyślone - tam, na Zachodzie. A jeśli coś jeszcze pozostaje do wymyślenia, to też oni, tam, to wymyślą. Nam wystarczy naśladować, implementować standardy i pławić się w radosnej bezmyślności. Oni tam wiedzą, dokąd prowadzą świat, a my małpujemy i wypełniamy zalecenia, dzięki czemu u nas też będzie tak samo.


Może to jest ten właśnie moment, kiedy powinniśmy się zapytać, czy naprawdę tego chcemy? 

A czego chcemy, mądralo? Jaka jest alternatywa? Bo jeżeli sugeruje Pan, żeby z kolei przeorientować się na to, co na Wschodzie, to Zgred chyba by na to jednak nie poszedł. 

-------------------------------------------------------------------------

* chyba jednak mówią inaczej. Ale to jeszcze potrwa. Jeszcze trochę wody upłynie, zanim polski publicysta zacytuje coś po angielsku bez błędu.

14:20, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 marca 2017

Zgred jest zmartwiony. Kocha swój kraj tak, jak rodzic kocha swoje ułomne dziecko, a właściwie dziecko z autyzmem, zdolne do rzadkich przebłysków geniuszu, ale na co dzień żyjące w swoim własnym świecie i słabo kontaktujące się z otoczeniem.

Więc Zgred kocha swój kraj, ale coraz bardziej martwi go władza jego kraju. Zachowuje się ona mianowicie jak ów dżentelmen na imprezie, któremu wszyscy dookoła mówią, że wypił za dużo i powinien oddać kluczyki do samochodu, ale on nikomu nie wierzy (JA? PIJANY?), a na koniec głośno beka i krzyczy: TO SPISEK, TO TA K..WA, MOJA ŻONA, WAS NAMÓWIŁA!

 

Zgred odnosi wrażenie, że nie on jeden tak postrzega szamotaninę władz jego kraju; utwierdza zaś go w tym wysyp memów, w których np. dyplomatyczne działania tych władz widzi się tak,

 

delegacje zagraniczne naszego kraju widzi się tak, 

 

w subtelnej aluzji jako rozwiązanie sugeruje się coś takiego,

 

a całą ostatnią sytuację podsumowuje się tak:


poniedziałek, 27 lutego 2017

Zgred się już w modnym temacie, tzn. o wszelkich post- wypowiadał, czas oddać głos mądrzejszym od niego. Np. profesorowi Łukaszowi Turskiemu, w wywiadzie Roberta Walenciaka. Zgred żywi duży szacunek do fizyków i w ogóle do umysłów ścisłych, bo uważa, że oni więcej rozumieją, podczas gdy wszelkiej maści humaniści uwielbiają zaciemniać słowami i tak już ciemne obrazy. Nie wszyscy, oczywiście, ale zawsze.

W odróżnieniu od Zgreda, Profesor jest optymistą, co widać na samym końcu. Chyba chce nas pocieszyć?

[…] czuję się dość kiepsko. Głównie z tego powodu, że większość toczących się w tej chwili debat – żeby było jasne: nie tylko w Polsce, bo sytuacja nie jest ograniczona do naszego kraju – okazuje się niesamowitym triumfem nieuctwa. To, co ma miejsce w tej chwili na świecie, jest w dużej mierze efektem intelektualnego rozprężenia z lat 70. i 80. poprzedniego stulecia, kiedy nagle odpuściliśmy sobie pewne reguły gry. Dużą odpowiedzialność ponoszą za to ludzie, którzy wtedy mówili, że są różne prawdy.

Tu Zgred skromnie zauważy, że na ów odwrót od racjonalnego, opartego na nauce myślenia zwracał już PT Czytelnikom uwagę we wpisie z 17 grudnia 2016...

[…] Część ludzi została wychowana w przekonaniu, że nie ma reguł. Że jest postprawda, jakaś "narracja". Oni panicznie boją się tego, co się dzieje. Proszę popatrzeć, co się wydarzyło na tych różnych facebookach, w tzw. mediach społecznościowych. Otóż są one zalane postprawdą. To dlatego, że użytkownicy nie potrafią odróżnić, co jest prawdą, a co nie. Przepraszam, a gdzie mieli się tego nauczyć? Nie mogli się nauczyć, bo odpuściliśmy uczenie dzieci i młodzieży, że prawda jest obiektywna. Obecny kryzys światowy ma w moim przekonaniu bardzo prostą przyczynę – to efekt wielkiego błędu edukacyjnego, tego, że nie nauczyliśmy się podstawowych reguł. A jest zupełnie nieistotne, czy powstały one same z siebie, w rozwoju społecznym, czy są z boskiego nadania. Nie mów fałszywego świadectwa – nie ma znaczenia, dlaczego ktoś nie kłamie. Ważne, żeby nie kłamał. Bo jeżeli uzna pan, że mówienie prawdy i kłamanie to różne narracje, będzie pan miał będzie pan miał dzisiejsze konsekwencje.


[…] jechałem [samochodem], włączyłem radio. I właściwie to powinienem po półgodzinie się zatrzymać i powiesić na latarni. Bo zasypały mnie informacje. I to jakie! Że ktoś wdarł się na wieżę kościoła i zastrzelił trzy zakonnice, ktoś inny podpalił supermarket, gdzieś zawalił się most… Liczba tych informacji była nieprzytomna. I można było się im poddać albo nauczyć się mieć filtr, który ten chłam zatrzymuje. Tego właśnie trzeba uczyć dzieci w szkole – patrzenia na świat, odróżniania rzeczy poważnych od chłamu. Jedna część tych informacji była niepotrzebna, druga powiększona poza rozsądek, a trzecia była kłamstwem. Naprawdę ważne jest, żeby wiedzieć, jak filtrować informacje, więc dzieci trzeba uczyć zupełnie inaczej.

[…]  wykształcenie daje ów filtr. On jest najważniejszy! Zdolność oddzielania prawdy od chłamu jest ważniejsza niż znajomość logarytmów czy historii wojen i powstań. Dwa razy dwa równa się cztery. A gdybym powiedział, że równa się pięć, to nie byłaby inna narracja, prawda alternatywna czy postprawda, tylko zwykła bzdura!


[…] Jestem też przekonany, że te całe media społecznościowe się uporządkują. Postprawda z nich zniknie. No, może nie zniknie całkowicie, ale będzie takim samym marginesem jak różne gazetki sensacyjne. One zawsze istniały, ale nie odgrywały większej roli.

Tagi: postprawda
13:32, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 lutego 2017

Babcia Zgreda miała szereg powiedzeń, które jakoś jej porządkowały świat i zrozumienie go czyniły łatwiejszym, a niełatwe jej życie na tym łez padole znośniejszym. Jednym z nich było: „Jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści”*. Odkąd Zgred usłyszał je po raz pierwszy, nie przestał się zastanawiać, co takiego Pan Bóg miałby z tego kija wypuścić. W wersji pacyfistycznej zapewne zielone gałązki, w wersji militarystycznej np. ołowianą kulę, spekuluje Zgred.

Powiedzenie Babci Sabiny mogliby spokojnie nieść na sztandarach jako swoje hasło wszyscy ci, którzy przyłączyli się do triumfalnego pochodu Postoświecenia © maszerującego właśnie przez Polskę. Nieco o tym pojęciu w przedostatnim poście tego blogu.

Warunki do tego pochodu w Przywiślańskim Kraju mamy sprzyjające. To wszak u nas, że Zgred zacytuje jako klasyka samego siebie, „wiara w cuda jest powszechna i nie mówimy tu tylko o wsi polskiej, gdzie co rusz komuś objawia się Najświętsza Panienka w postaci plamy na szybie, czy rysunku w korze gruszy albo innej śliwy”.

 

Duch Babci Sabiny unosi się ostatnio nad rodzimym wojskiem. Oto minister obrony narodowej głosi, że „siła Polski leży w polskiej armii,  (...), ale siłę tej armii stanowi wielka wiara narodu polskiego”.

 

minister obrony narodowej Przywislańskiego Kraju

Zgred jest może staromodny, bo uważa, że siłę armii stanowią kompetentni dowódcy, nowoczesny sprzęt wojskowy i żołnierze, którzy potrafią go obsługiwać, ale Zgreda, niedowiarka, trudno zadowolić.

Duch Babci Sabiny natchnął ostatnio Grupę Energa, która, decyzją zarządu, postanowiła zawierzyć się Bożej opatrzności i Matce Najświętszej Gromnicznej**. W związku z tym wiceprezes ds. korporacyjnych Energi wyraził nadzieję „że nie zabraknie nam tego boskiego bożego prądu na naszej drodze, tego bożego światła. I że nasza firma będzie się rozwijać, będzie bezpieczna, będzie chroniona Bożą pomocą, pomocą wszystkich świętych, także św. Michała Archanioła”.

 

Zgreda trochę uspokoiło, że włączono w to także Michała Archanioła, bo to trochę facet, a faceci jednak lepiej się na prądzie znają od kobiet, ale lekki strach pozostał. Jako klasyczny niedowiarek Zgred wolałby, żeby obsługująca go spółka energetyczna bardziej polegała na sprawności swoich urządzeń i inżynierów niż na zapalanych w potrzebie gromnicach, ale Zgreda, jak już tu stwierdzono, trudno jest zadowolić.


certyfikowany przez Energę sprzęt oświetleniowy do użycia w razie awarii, a nawet bez, jako zastępczy

Zgred boi się tylko, że notowania naszego kraju Tam Na Górze mogą spadać, bo mimo wysiłku władz  spada ponoć w narodzie religijność. Dowodem na to miałaby być zmniejszona liczba wiernych na niedzielnych mszach i różne inne zjawiska, jak na przykład większa portalowo-prasowa popularność epizodu z prezydentem i sempiterną piosenkarki Rabczewskiej Doroty, niż odbywający się mniej więcej w tym samym czasie doniosły akt intronizacji Chrystusa na króla Polski. Fakt, że po latach przerwy mamy znów króla, umknął jakoby uwadze poddanych.

 

Król na skalę naszych możliwości

Ale tak mówią złe języki, a tych w Królestwie Polskim nie brakuje.

 

-------------------------------------------------------------------------------------

* W wersji dla zamieszkujących nasz kraj innowierców brzmi to m.in. „Jak Allah dopuści, to i z kija wypuści”, ew. „Jak Jahwe dopuści, to i z kija  wypuści”.

 ** PS: „Spółka na wniosek opolanina Radosława Pierzgi była zmuszona ujawnić koszt organizacji uroczystości. Energa wydała na nią dokładnie 12051,60 zł. Pracownicy ofiarowali kielich mszalny, kosze z winem, owocami i chlebem. Koszt tych darów to 5436,60 zł. Na dowiezienie pracowników na mszę firma wydała 1080 zł”.

12:19, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
piątek, 13 stycznia 2017

Kiedy Zgreda ogarnia zniechęcenie, kiedy ma dość śledzenia rozwoju sytuacji, w której jedna strona plemiennego sporu proponuje coraz to nowe otwarcie w szachach, a druga konsekwentnie gra w co innego, mianowicie w bliższego jej mentalnie dupniaka, wtedy Zgred udaje się na wewnętrzną emigrację i sięga po książkę. I na ogół są to najnowsze książki Andrzeja Stasiuka, które Zgred regularnie dostaje w prezencie od Mademoiselle – bo wszystko inne, czego mu potrzeba, od dawna już ma.

 

Stasiuk jest bystrym tropicielem wszystkiego, co w nas wschodnie i nigdy nie dał się nabrać na tezę, że miejscem Polski zawsze była oświecona, zachodnia część Europy. Racjonalny, protestancki Zachód śmiertelnie go nudzi; kiedy próbował go opisać („Dojczland”), całkiem uwiędło mu pióro. Stasiuk ożywa tylko wtedy, kiedy gdzieś w świecie dostrzeże szczególnie wyrafinowaną wschodnią prowizorkę, bałagan, brud i cwaniactwo. Tylko wtedy się odnajduje, jest u siebie, tylko wtedy ma natchnienie. Zresztą Zgred już o tym pisał („Stasiukowe wywody I”, 16.06.2015)

W jego wizji Europy nie skolonizują wkrótce przybysze z Południa czy z bliższego lub dalszego Wschodu, ale ci, którzy już w tej Europie, na jej peryferiach, są:

Plan na najbliższe dziesięciolecia jest mniej więcej taki: nadciągną Cyganie ze swoimi taborami i rozbiją obozy w środku Pól Elizejskich, bułgarscy niedźwiednicy będą pokazywać swoje sztuki na berlińskim Kudamie, półdzicy Ukraińcy założą swoje mizoginiczne kozackie wspólnoty na Nizinie Padańskiej u bram Mediolanu, pijani i rozmodleni Polacy spustoszą winnice nad Renem i Mozelą i zasadzą tam owoce wypełnione czystym spirytusem, a potem ruszą dalej, śpiewając litanie, i zatrzymają się dopiero na skraju kontynentu w katolickim i cudami słynącym Santiago di Compostela. Trudno jest powiedzieć, co zrobią Rumuni ze swoimi milionowymi stadami owiec – ich narodową cechą jest przecież owczarstwo, ale nade wszystko nieprzewidywalność. Serbowie, Chorwaci i Bośniacy przepłyną na dalmatyńskich pirogach kanał i zbałkanizują Brytanię, która raz na zawsze, jak Pan Bóg przykazał, podzieli się na Szkocję, Anglię oraz Walię. Mieszkańcy Łotwy oraz Litwy raz po raz przebiegle będą zmieniać tożsamość i wprowadzać w błąd przyzwyczajoną do przejrzystych kryteriów opinię publiczną. Słoweńcy i Słowacy będą się podawać za mieszkańców Slawonii, czym doprowadzą do rozpaczy wszystkie komputerowe systemy Unii. Mołdawianie, którzy główne dochody czerpią ze sprzedaży własnych organów, spieniężą się w całości jako naród i doprowadzą do ruiny światowy rynek przeszczepów. A to, czego dokonają Albańczycy, przechodzi w ogóle ludzkie pojęcie… [„Fado”]

Kwestią otwartą pozostaje, czy w świetle ostatnich wydarzeń napisałby to jeszcze raz.

Ostatni produkt Stasiuka to kolejna jego powieść drogi, tym razem jednak z samochodami, a nie ludźmi w roli głównej.

 

Zgreda samochody nie rajcują, kilka ich w życiu miał i zawsze uważał je za dość tępe, choć przemyślne konstrukcje, których zadaniem jest bez szemrania przewieźć go z punktu A do punktu B i tyle. Choć walory estetyczne niektórych z tych konstrukcji nie umknęły jego uwadze.

 

Dla Stasiuka mają one jednak wymiar metafizyczny, bo wszystko, o czym Stasiuk pisze ma wymiar mniej lub bardziej metafizyczny, więc u niego nawet opisy mocno techniczne Zgredowi nie przeszkadzają.

W ostatniej powieści opisów samochodów jest sporo, ale są tam też fragmenty bardziej zrozumiałe dla kogoś, kto nie spędził wielu godzin życia leżąc pod samochodem i cierpliwie znosząc kapiący mu na twarz olej.

Oto scena, w której Narratora i jego towarzysza zatrzymują rosyjscy pogranicznicy, którzy nie akceptują oczywistego dla nas wyjaśnienia, że celem ich podróży jest sama podróż. Podróżnicy zawiadamiają polski konsulat, a Narrator tak sobie wyobraża interwencję w jego sprawie:

Zadzwonią i powiedzą: „trzymacie w szczerym polu narodnego pisatiela. Na chuj wam to? Wróci i dupę wam obsmaruje, a potem ogłosi to jeszcze w najważniejszych językach europejskich. Puśćcie, niegroźny jest. W porównaniu ze średnią narodową to on ma niski poziom antyrosyjskości we krwi. Stężenie jak na Polaka niewielkie, i to się wam jeszcze może opylać. Naszym zdaniem to on chyba coś nie ten tego z głową, że do was jedzie. Po waszemu gada, na ścianie ma zdjęcie rosyjskiego pisarza Płatonowa, do gazet mówi, że jest dzieckiem komunizmu, i widać bardziej mu pasuje ten wasz bardak niż wysoko rozwinięta zachodnia cywilizacja, w której przestrzega się praw człowieka. W Ameryce był raz, a do was pcha się już trzeci. Ze swej strony radzimy wpuścić, specjalnych strat wizerunkowych nie poniesiecie”. [„Osiołkiem”]

I jak tu nie kochać Stasiuka?

Niestety, od polityki uciec się całkiem u niego nie da. W Kazachstanie Narrator negocjuje wysokość łapówki dla policjantów. Jakimś literackim cudem jeden z nich okazuje się znać język polski.

– My, Polacy, zawsze byliśmy za wolnością. – Tym razem nabrałem powietrza i wyszło mi trochę lepiej. – Za naszą i waszą.

– Obejdzie się. I nie wciskaj mi ciemnoty. Sami siebie wzięliście za ryj i nie możecie nawet podskoczyć. A było się szarpać? Było przeciw ościeniowi wierzgać? Było zamęt parlamentarny czynić? Porządek ustalony burzyć? Dwadzieścia parę lat jak psu w dupę. I będzie mi tu jeszcze o jakimś eksporcie idei opowiadał…

– A co ty o wolności wiesz? […]

– TV Polonię mam na satelicie – odpowiedział spokojnie.

– No i co?

– Prezydenta wczoraj pokazywali.

– A waszego nie pokazują?

– Pokazują. Ale wasz jakiś wystraszony i wyglądu nie ma. Nasz lepszy. Nikogo się nie boi. [tamże]

No bo Stasiuk nigdy się nie waha zająć stanowiska. A ostatnio okazji tyle, że mógłby nie zajmować się niczym innym.


17:57, tobiasz2013
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
Tagi