RSS
piątek, 06 października 2017

Robert Lewandowski jest znakomitym piłkarzem. Ma tę szczególną łatwość instynktownego znajdowania się we właściwym miejscu we właściwym czasie, którą mają najlepsi, tacy jak Boski Krystian i Zwinny Leon.

Na boisku widzi więcej, niż inni i potrafi przewidzieć rozwój sytuacji. Jak to mówią komentatorzy-mądrale, "czyta grę" jak mało kto.

Jest pracowity. Tyra za dwóch, a zdarza się, że za dziewięciu. Kiedy jego koledzy, prowadząc 2:0 w krótkim czasie partaczą i doprowadzają  do remisu 2:2, trafia go szlag, i napędzany złością na własną rękę wykonuje rajd na bramkę, przebiega po bramkarzu i zdobywa gola. Złość wciąż w nim jednak buzuje, czemu daje wyraz, kopniakiem rozpirzając ozdobną konstrukcję, którą wujowie z PZPN kazali tam postawić ku swojej chwale.

Nikt nie wykonuje rzutu karnego czy wolnego z tak chłodną i bezwzględną precyzją, paraliżując bramkarza i powodując, że ów traci wiarę we własne umiejętności i poddaje się, zanim pro forma rzuci się w prawo lub lewo, nie mając przy tym najmniejszej nadziei na kontakt z piłką.


"Lewy" diaboliczny. Tak widzi go bramkarz drużyny przeciwnej.

Robert Lewandowski jest piłkarzem co najmniej europejskiej sławy. Świadczy o tym fakt, że coraz więcej sklepów z suwenirami w różnych europejskich kurortach ma już w ofercie koszulkę z jego numerem i nazwiskiem, która wisi obok koszulek wyżej wymienionych, a także Neymara, Ibry, czy znanego, ale mniej sławnego w Kraju Przywiślańskim Griezmanna.


"Lewy" trafił nawet pod strzechy cypryjskie!

Robert Lewandowski wielkim piłkarzem jednak nie jest. Znaczna część zdobytych przez niego bramek pada z rzutów karnych, które – jak to eufemistycznie określają sprawozdawcy sportowi – „wypracował”. Robert Lewandowski mianowicie „nurkuje”. Nie jest w tym odosobniony, taki Neymar wymusza na sobie wątpliwe faule jeszcze częściej, ale co z tego? Niestety, celebrycki status piłkarza powoduje, że będący pod jego wrażeniem sędzia nie odważa się za owo nurkowanie pokazać gwieździe żółtej kartki. Z tego samego powodu żaden polski sprawozdawca nie odważy się zakwestionować żadnego faulu na „Lewym”.

Cwaniaczenie, które zostało Lewemu z trzecioligowego Zniczu Pruszków, naprawdę wielkiemu piłkarzowi nie przystoi. Ileż to razy widzieliśmy jego święte oburzenie, kiedy sędzia liniowy słusznie nie uznał autu dla drużyny polskiej, albo, nie daj Boże, zwrócił mu uwagę.


Że co? Że niby ja?

W drugim meczu z Armenią Lewandowski pobił rekord w ilości strzelonych w drużynie narodowej bramek. Należał on do Włodzimierza Lubańskiego, który zresztą ustanowił go 40 lat temu, w czasach, kiedy FIFA nie umiała jeszcze napędzać sobie kasy poprzez mnożenie biorących w turniejach drużyn, a tym samym mnożenie liczby meczów każdej reprezentacji.

Lubański był wielkim sportowcem, ponieważ był na boisku dżentelmenem, Lewandowski wielki nie jest. Jest tylko znakomitym, pazernym na bramki - zdobyte za wszelką cenę - kopaczem piłki. Szkoda. 

 

niedziela, 17 września 2017

Zgreda, jak wszystkich zjadaczy chleba pędzących żywot banalny i monotonny, fascynują osobnicy, którzy wyrastają ponad przeciętność, nie dają się nieść nurtowi i sami sterują swoim życiem – niekiedy w zaskakujących kierunkach. Owe indywidua, które dziś zostałyby zapewne zdiagnozowane jako ewidentnie odchylone od zdrowej normy (ADHD, Asperger, diabli wiedzą, co jeszcze), wzbogacają i ubarwiają świat dookoła nas, często wnoszą coś do kultury (a zwłaszcza sztuki), niekiedy zaś tylko stają się bohaterami czytanych z wypiekami na twarzy opowieści.

Bywa, że Zgred swoje fascynacje przelewa na papier, a właściwie ekran monitora w tymże blogu – vide wpis o Cartonie de Wiart, czy ostatnio Janie Potockim.

Wyobraźmy sobie teraz gościa, syna chłopki i zubożałego szlachcica, który po raz pierwszy trafia do więzienia jako nastolatek (za rozróbę w szkole), ucieka z niego, jest świadkiem rewolucji, trafia do świata przestępczego, zaciąga się do armii, walczy w wojnie, zdemobilizowany i pozbawiony środków do życia zostaje szulerem, bierze ponoć udział w produkcji pornografii. Potem trafia do wywiadu i odnosi sukcesy w zwalczaniu obcej agentury w strefie przygranicznej. Płacą mu kiepsko, więc dorabia sobie przemytem, między innymi narkotyków, zostaje kokainistą, fałszuje czeki, znów trafia do więzienia, wywalają go z wywiadu, nie mając z czego żyć wraz z kumplem - również byłym agentem - dokonuje napadów z bronią w ręku, w ten sposób zbierając pieniądze na wyprawę mającą na celu odzyskanie  ukrytych brylantów. Zakapowany przez kochankę kumpla zostaje aresztowany, na rozprawie kryje wspólnika, biorąc winę na siebie, dostaje „czapę”, ale dawne zasługi wywiadowcze ratują mu skórę (…odznaczał się brawurową odwagą. Służbę wywiadowczą pełnił z zamiłowaniem. Powierzone zadania wypełniał, nie szczędząc życia ani zdrowia – piszą dawni przełożeni do prezydenta kraju); skazują go na 15 lat, trafia do najcięższego więzienia w państwie.

 

Odsiadując wyrok zaczyna czytać i stwierdza, że trochę w życiu przeżył i właściwie miałby o czym pisać… Pisze więc, i to na tyle dobrze, że interesują się nim najwięksi literaci w kraju, a jedna z jego więziennych powieści, traktująca o przestępczym życiu na pograniczu staje się jednym z największych bestsellerów swoich czasów. Z pierdla wychodzi już jako uznany pisarz przed czasem, ułaskawiony przez prezydenta.

Część z czytelników już dawno wie, o kogo chodzi.


Tak, to Sergiusz Piasecki, autor „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”.

Z rzezimieszka i pensjonariusza więzienia na Świętym Krzyżu

zostaje wziętym pisarzem, protegowanym samego Wańkowicza… Portretowanym przez samego Witkacego.

 

Na licznych tłumaczeniach „Kochanka…” nie zarabia, bo prawa oddał wydawnictwu za pensję.

 

Swoje łotrzykowskie życie opisał Piasecki w swoich powieściach, ale mało komu znane są jego wojenne i powojenne losy. Niewiele osób wie, że w czasie wojny kierował komórką AK wykonującą wyroki (uratował wtedy niesłusznie skazanego na śmierć Józefa Mackiewicza), że po wojnie uciekł z kraju, w końcu trafił do Anglii, gdzie m.in. na różne sposoby występował przeciwko Czesławowi Miłoszowi. Niektórzy twierdzą, że Piasecki miał w tym motyw osobisty – poślubiona przez niego w czasie wojny piękna Jadwiga Waszkiewicz

 

była mianowicie w latach 30-tych kochanką przyszłego noblisty, którą ów ponoć brzydko potraktował...

Piasecki zmarł w Anglii na raka płuc w 1964. I ma tam nagrobek z niezwykłym, jak na pisarza, motywem zdobniczym:


14:22, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Popularność ostatniego wpisu dowodzi, że było zapotrzebowanie na strawę nieco lżejszą, w tym wypadku z kuchni klasztornej. Zresztą Zgred dla efektu przekłamał: rywalizację tak naprawdę wygrała Siostra Maria, bo stoi za nią większa kasa.

 

Ale i tak pisząc tego posta Zgred dobrze się bawił. „Bo chleba dosyć, lecz rośnie popyt na igrzyska”, jak wyraził to swego czasu klasyk. A może i Wieszcz? Jakie czasy, taki wieszcz.

Ażeby utrzymać Państwa w beztroskim nastroju, podzielę się z Państwem dobrą wiadomością: otóż znany zapewne Państwu Stephen Hawking obwieścił, że ludzkość ma jeszcze 100 lat, zanim będzie musiała wyp……ać z tej planety.

 

Hulaj dusza! A więc to nie my będziemy staczać krwawą walkę o miejsca na międzyplanetarnym statku, tylko nasze praprawnuki. Czy to nie wspaniała wiadomość?

A wydawało się, że jest już naprawdę źle. Anomalia pogodowe, no bo temperatura i poziom oceanów się podnosi, bo lasy tropikalne tną, żeby hodować bydło na wielkie amerykańskie befsztyki, wody pitnej coraz mniej, w rybach, żółwiach i ptactwie wodnym coraz więcej plastiku, no bo Great Pacific Garbage Patch… Co, nie wszyscy z Państwa słyszeli o Wielkiej Śmieciowej Wyspie na Oceanie Spokojnym?

 

W odróżnieniu od różnych sztucznych wysp, budowanych za pieniądze szejków (np. w Katarze),

 

ta powstała sama z siebie. I sięga dość głęboko.

 

Głupie ryby, żółwie i wodne ptaki na niej żerują i opychają się tym wszystkim.

 

Zresztą takich pomniejszych wysp jest na morzach, oceanach i deltach rzek więcej.

 

Ale spokojnie, my sobie jeszcze poradzimy. Od 1970 roku żyjemy co prawda na kredyt, ale kto dziś nie ma kredytu?

Od 2 sierpnia żyjemy na kredyt natury; do tego dnia zużyliśmy już bowiem wszystko, co Ziemia jest w stanie wyprodukować i zaabsorbować w ciągu całego roku – i od tej pory zaczynamy naruszać jej rezerwy. Do grudnia wytniemy więcej lasów, niż zdoła w ciągu roku wyrosnąć, złowimy więcej ryb, niż przez rok się urodzi, zużyjemy więcej wody, niż w ciągu roku zasila akweny, wyprodukujemy więcej CO, niż jest w stanie wchłonąć natura itd.  Co roku dzień długu ekologicznego, od kiedy ludzkość zaczyna żyć na koszt planety, przypada coraz wcześniej.

 

[…]W 1970 r. po raz ostatni wystarczała nam na pokrycie naszych potrzeb tylko jedna Ziemia. Popyt i podaż równoważyły się. Rok później EOD* przypadł 21 grudnia (przez następne 10 dni zużywaliśmy przyrodę na poczet następnego roku). W 1980 r. ten dzień był już 4 listopada, w 2000 r. – 20 września. […] W tej chwili do pełnego bilansu potrzebujemy 1,7 naszej planety, w r. 2030 potrzebować będziemy równo dwóch. […] Co więcej, mieszkaniec Kataru dla zaspokojenia swoich potrzeb potrzebowałby dziś 7,4 Ziem, […] Amerykanin pięciu […], a z kolei mieszkańcom Indii wystarcza 0,6 planety, a Erytrei – tylko 0,3.

(Polityka nr 3122)

Cóż, od jakichś 150 lat ludzie zajmują się głównie zgarnianiem do siebie i udowadnianiem wszystkim, że ich naród jest fajniejszy niż wszystkie inne narody, i że mu się należy więcej. A jak mają wątpliwości, to zawsze można im spuścić łomot.

Ale spoko, powtarzam, my sobie poradzimy. Praprawnuki będą miały przerąbane, ale przecież my ich nawet nie zobaczymy, więc o co chodzi?

 ____________________________________________________

*Czyli Dzień Wyczerpania Zasobów. Tę graniczną  wyznacza Global Footprint Network, instytut badawczy w Oakland w Kalifornii, współpracujący z ONZ, na podstawie 15 tys. danych z całego świata.

sobota, 12 sierpnia 2017

Swego czasu polskie siostry zakonne zajmowały się opieką nad słabującymi, niedołężnymi i sierotami, zmienianiem zwiędniętego kwiecia na ołtarzach na świeże i usługiwaniem notorycznie przepracowanym funkcjonariuszom w sutannach. Generalnie trzymały niski profil i nie rzucały się w oczy, raczej przemykając się pod ścianami domów, niż dumnie krocząc środkiem ulicy. W ramach licznych swoich obowiązków prowadziły też tu i tam kuchnie, i najwyraźniej niektórym z nich dobry Pan Bóg dał kulinarny talent, na co dowodem są stoiska z książkami, pełne fachowej zakonnej literatury.

Jak się wydaje, u początków tego boomu leżała zdrowa, kapitalistyczna konkurencja. Licytację rozpoczęła skromnie Siostra Maria:

 

I tu po raz pierwszy objawiła się Siostra Anastazja, przebijając ją czystą liczbą przepisów:

 

Siostra Maria spróbowała z innej beczki:

 

I natychmiast skontrowała ją Siostra Anastazja, stosując sprawdzony chwyt epatowania liczbą przepisów.

 

Kolejna próba Siostry Marii

 

zakończyła się błyskawiczną ripostą ze strony Siostry Anastazji, która dorzuciła do licytacji potrawy jarskie i znów zaepatowała* publiczność magią cyfr:

 

Tymczasem, znęcona tą jarskością, na rynku, zupełnie z boku, pojawiła się niejaka Siostra Aniela, sprawdzając, czy nie znajdzie tu dla siebie niszy.


Szybko też zauważyła, że na tym rynku działa magia cyfr, przelicytowała więc liczbowo uczestniczki gry rynkowej, jako wisienkę na torcie dokładając też grę słów, której nie powstydziłby się żaden 20-letni copywriter, as każdej warszawskiej firmy reklamowej:

 

Tymczasem Siostra Maria przeanalizowała ofertę konkurencji i doszła do wniosku, że trzeba ją przelicytować liczbą przepisów:

 

Strategia dała efekt tak znakomity, że potrzebne okazało się drugie wydanie:

 

Siostra Anastazja oparła się o liny, ale wyprowadziła naprawdę silny cios:

 

Siostra Maria długo nie mogła dojść do siebie, po czym bez przekonania wykonała wrzutkę z zupełnie innej kulinarnej dziedziny:

 

Czujnie obserwująca rynek Siostra Aniela z boku dołożyła swoje trzy grosze,

 

a z drugiego boku zaś objawiły się Siostry Sercanki, szukające dla siebie przestrzeni na rynku węglowodanów.

 

Na reakcję Siostry Anastazji nie trzeba było długo czekać. Najpierw uderzyła prostym, stosując sprawdzoną strategię liczbową,

 

a następnie sierpowym, pokazując, że dorobiła się własnej szkoły kulinarnej:

 

Siostra Maria mocno się zachwiała, a ponieważ zbliżało się Boże Narodzenie, rzuciła na rynek rzecz okolicznościową, niczym dynię na Halloween:

 

Siostra Anastazja natychmiast odpowiedziała na wyzwanie,

 

żeby zaś przypieczętować swój prymat, dołożyła coś naprawdę z grubej rury, by raz na zawsze wybić Siostrze Marii z głowy konkurowanie na obszarze węglowodanów:

 

Siostra Maria przez dłuższy czas nie rzucała do księgarń nic nowego; przeprowadziła za to dogłębne studia rynku kulinarnego i doszła do wniosku, że musi całkowicie zmienić strategię. Najpierw poszła w obszary bardziej niszowe, dotychczas zarezerwowane dla zakonów męskich,

 

a następnie ugruntowała swoją pozycję na rynku nisz kulinarnych udowadniając, że potrafi odczytać duszę Polaka i ducha czasów:

 

Tymczasem celebrytka Siostra Anastazja znalazła sobie pupilkę w postaci Siostry Salomei. Najpierw wypróbowała ją w kulinarnych składnikach,

 

a następnie dała arywistce szansę na swoim koronnym rynku:

 

Usatysfakcjonowana, przekazała Siostrze Salomei symbolicznie wałek i chochlę i udała się na zasłużony odpoczynek.

 

Tak oto ukształtował się zakonny rynek kulinarny, który Zgred z nudów przestudiował, stojąc w kolejce na poczcie w swoim miasteczku i przyglądając się stojakowi z wystawioną tam literaturą.

A przy okazji znalazł odpowiedź na pytanie, dlaczego Poczta Polska ma coraz mniej czasu na dystrybucję czegoś tak nieuduchowionego i beznadziejnie świeckiego jak listy i paczki.

------------------------------------------------------------------------

*Zgred wie, że takiego słowa nie ma, ale nic sobie z tego nie robi.

wtorek, 01 sierpnia 2017

Wśród lamentów nad losem Rzeczpospolitej pojawiają się coraz to nowe, trzeźwe  analizy tego, co się właściwie stało.

 

Tak na przykład tłumaczą to Joanna Podgórska i Łukasz Wójcik:

[…] PiS niewątpliwie artykułuje rzeczywiste emocje dużej części polskiego społeczeństwa. Emocje, których od dawna nikt nie opowiadał. Przez dekady były zasłaniane zachwytem nad tym, co niedostępne, i w obawie przez oskarżeniem o prowincjonalizm. Dla tych „nieopowiadanych” Polaków transformacja po 1989 najpierw była szokiem, a potem stała się głupawą i pustą imitacją. Trudno zaprzeczyć, że nie mając własnych wzorów, przyjmowaliśmy z Zachodu wszystko jak leci: gejów, poprawność polityczną, ochronę środowiska, prawa zwierząt (i sprzątanie kup po nich). To okazało się cywilizacyjnie nie do przełknięcia dla wielu, szczególnie słabiej wykształconych i starszego pokolenia. Dlatego pakiet został w końcu odrzucony. PiS dał sygnał, że nie ma obowiązku już być Europejczykiem: dbać o rządy prawa, niezależne sądy i sprzątanie kup po swoich psach.

 

[…] Teraz przyszła władza, która mówi wschodniej Polsce: jest tak, jak się państwu zdaje. Chłop to chłop, a baba to baba. Murzyn to Murzyn, Arabowie to dzicz. I nie ma powodu podejmować wysiłków, by zrozumieć coś więcej. Zachód powie: ciemnogród? Ale nasz, uświęcony, polski. I nie ma do czego aspirować, bo bycie białym, heteroseksualnym Polakiem katolikiem to wystarczający powód do dumy.

A tak rzecze Paweł Potorocznyn:

Lęk i niewiedzę eksploatuje się szczególnie łatwo. Zarządzanie nimi jest znacznie prostsze niż zarządzanie nadzieją, czy optymizmem. Poza tym niech się każdy przyzwoity polski inteligent uderzy w piersi. Pogardzaliśmy tymi ludźmi, szydziliśmy z nich. No to się odwinęli.

Z grubej rury wali Stefan Chwin, pisarz:

[…] my, zwolennicy demokratyczno-liberalnego państwa prawa stanowimy w dzisiejszej Polsce, a raczej w tej części polskiego elektoratu, która czynnie uczestniczy w wyborach, mniejszość. I to jest istota sytuacji, w jakiej się znajdujemy: stanowimy nie tylko mniejszość polityczną, ale też mniejszość kulturową, co – jak myślę – jest dużo poważniejsze. Bo Polska dzisiejsza rozdwoiła się na – pozwólmy sobie na grube, acz malownicze uproszczenie, w którym kryje się ziarno prawdy – słabnącą cywilizację Wojciecha Młynarskiego i rosnącą w siłę cywilizację Zenka Martyniuka.

 

(wszystkie cytaty wydłubane z kolejnych numerów POLITYKI)

Zgred chciałby odpowiedzieć pisarzowi Chwinowi, że "cywilizacja" Młynarskiego, w której uczestniczył (tak jak i niżej podpisany) zawsze była słaba i ograniczała się do marginesu, grupki inteligencji, która opanowała w swoim czasie media. "Cywilizacja" Zenka Martyniuka istniała pokątnie zawsze w postaci potężnego, podskórnego nurtu, ale dopiero teraz, na drodze demokratycznych przemian i z pomocą mediów doszła w pełni do głosu.

poniedziałek, 24 lipca 2017

oderwani od koryta we Wrocławiu

 

złogi komunizmu w Poznaniu

 

wtorek, 18 lipca 2017

Zgred z przykrością zauważył, że jego ostatnie wpisy mają wyraźnie polityczny charakter. Wcale mu się to nie podoba, bo blog ten w założeniu nie miał być komentarzem do aktualnych wydarzeń, tylko garścią luźnych spostrzeżeń, impresji, myśli i rozważań na temat otaczającej Zgreda rzeczywistości – i to wcale nie politycznej. „Życie jednak chciało inaczej”: znaleźliśmy się oto w niezwykłych czasach, ze wszech miar interesujących – ale niestety ciekawych z tej słynnej żydowskiej klątwy „obyś żył w ciekawych czasach”.

I zaprawdę trudno się do nich nie odnosić.

Swego czasu wielki Napoleon doszedł do wniosku, że naród, który zburzył Bastylię, nie bardzo wie, co z tym gruzowiskiem zrobić.

 

Że jest rozczarowany Wielką Rewolucją, bo nie przyniosła ludowi tej wymarzonej równości, tzn. wszyscy nagle nie stali się piękni, młodzi i bogaci. I że ów lud zatęsknił znów do ludzkiego pana z koroną na łbie. Więc zafundował mu dyktaturę w postaci cesarstwa, pod hasłem let’s make France great again.

 

Nasz podwórkowy Napoleon jak nikt wyczuł, co w polskiej duszy naprawdę gra, jakie demony w niej śpią i jak je zbudzić, żeby rozczarowany rewolucją lud zapragnął znowu dobrego, ludzkiego pana, co to rozda wszystkim, obcych powstrzyma, złe elity rozpędzi,  innymi słowy will make Poland great again.

Bo my tu w Polszcze mamy własne rozwiązania i nikt nam nie będzie narzucał cudzych.

 

No więc jak się do tego wszystkiego nie odnosić?

A tymczasem Zgred wolałby pisać o tym, o czym drzewiej pisywał. No bo przecie od lat rozrzuca te brylanty błyskotliwych stwierdzeń, te szafiry bon motów, te szmaragdy dowcipów, te rubiny ironicznych spostrzeżeń…

 

O perłach nie wspomni, bo ktoś mógłby wziąć do siebie i się obrazić.

P.T. Czytelnicy myślą zapewne, że do starych postów Zgreda nie ma co wracać, bo się zdezaktualizowały. Otóż wcale tak nie jest.

Bo czy zestarzał się wpisy kwestionujące pewną estetykę, jak  #walonki (o butach ugg), albo #crocs (o piankowych sabotach)? Czy zestarzały się inne wpisy o modach, dowodzących osłabienia umysłowego ludzkości, a w szczególności naszej nacji, takich jak #Thanksgiving_day (o amerykańskich polskich świętach),  #pepegi (o tenisówkach), czy #futbol_amerykański? Czy zestarzały się wpisy o niezwykłych ludziach, takich jak #Carton_de_Wiart, czy #Dado_Ruspoli? Albo o #david_bowie, w którym Zgred pozwala sobie na krytykę rzeczonego, i to jeszcze PRZED jego zejściem, po którym WSZYSCY o nim pisali?

Przykłady są pierwsze z brzegu, bo chętnie poleciłby wszystkie swoje wpisy, które skromnie uważa za niezwykle celne i udane.

Ale przytaknięcie zostawi PT Czytelnikom po zapoznaniu się z nimi.

Tagi: napoleon
19:28, tobiasz2013
Link Komentarze (2) »
sobota, 01 lipca 2017

W naszej hybrydowej wojnie domowej bardzo coś rozgęgali się artyści i wszelakiej maści twórcy. Właściwie kapitolińskimi gęsiami powinno być tych kilkunastu publicystów, których mamy (nie mylić z szarą żurnalistyczną bracią), ale na alarm biją teraz już wszyscy, ochoczo udzielając wywiadów. Zgred miał właściwie zamieścić tu coś lekkiego, w sam raz na sezon ogórkowy, ale uznał, że poniższe elukubracje reżysera mogą skłonić do myślenia zarówno tych, którzy okopali się po jednej stronie, jak i tych, którzy tkwią w transzejach po drugiej. Elukubracje w sumie dość typowe i niekiedy ze sobą sprzeczne, ale będące zapisem jakiegoś tam stanu świadomości twórcy, a więc z założenia człowieka o wyostrzonym zmyśle obserwacji otaczającej nas rzeczywistości.

… czuję ogromny zawód. Od czerwca 1989 roku, kiedy upadł komunizm, każdy dzień był dla mnie świętem. Nie sądziłem, że tego doczekam. I wszystko zmierzało w dobrym kierunku. Weszliśmy do NATO, potem do Unii Europejskiej. Owszem, nie wszystko jeszcze dobrze funkcjonowało, były braki, ale powoli mogliśmy czuć, że stajemy się Europejczykami.

I nagle się okazało, że nic nie jest dane na zawsze. Że trzeba tę wolność pielęgnować, mądrze o niej mówić i wychowywać kolejne pokolenia. I dbać o obywateli. Mamy gospodarkę rynkową i świetnie, że tak jest, ale państwo powinno mieć świadomość, że nie wszyscy jego obywatele wyszli z transformacji ustrojowej obronną ręką i tworzyć osłonowe programy socjalne. A także troszczyć się o kulturę.



[…]. Ale dziś nie tylko w kulturze źle się dzieje i mamy to, co mamy. Kij w szprychy, ten wóz stanął. Zniknęły dobre obyczaje, chamstwo zostało wprowadzone w przestrzeń publiczną. Jest gloryfikowane. Wyrażenie, że "coś nie wypada" zostało zastąpione przez "nie opłaca się". Kiedyś szanujący się, zawodowy polityk pewnych rzeczy by nie powiedział, a dzisiaj nie ma oporów. Istnieje tylko jedno kryterium: populistyczne, i jedyna troska - czy się zdobędzie wyborców. I tak się stało, że 18 procent prawicowych Polaków rządzi resztą, udając, że to mandat od całego społeczeństwa. A tak naprawdę to nawet nie jest prawica, bo ekonomicznie to są bolszewicy, tyle że z krucyfiksem.

Myśmy zawsze byli tacy Polacy złote ptacy, a wszyscy dookoła bez przerwy byli na nas uwzięci, bo taki z nas fajny kraj.

I niestety, obecna partia rządząca chyba wierzy w to, czego mnie uczono w szkole dawno temu. Że Polska jest jakimś wyjątkowym krajem, że jesteśmy Chrystusem narodów. Naprawdę. To, co było ową dezynwolturą, swojego rodzaju metaforą wzięli na poważnie i ku temu prą. Sejm koronował Chrystusa na króla Polski, tylko nie wiadomo, gdzie go w poczcie królów polskich umieścić. Czy przed Mieszkiem I, czy za Poniatowskim?



[…] włączę telewizor i widzę, co oni tam wymyślają właściwie a vista. Początkowo w to nie wierzyłem, że można być aż tak bezczelnym, a teraz przyjmuję do wiadomości. A jednak! Nie wierzyłem, że jesteśmy aż tacy [...] zaściankowi. Zacofani. Wsteczni. Mało europejscy. Zakompleksieni. Przekonani, że wszyscy się na nas uwzięli. Ale z jakiego powodu?

[…] w czym się niby ta nasza cudowność przejawia? Niczego takiego w naszej historii nie znalazłem. Nawet w nowożytność wprowadzili nas zaborcy. Gdyby nie Austriacy czy Prusacy, to byśmy ciągle z podgolonymi głowami, w kontuszach siedzieli w tych naszych dworkach i polowali na zające. A ponieważ geograficznie byliśmy gdzieś w centrum, to lepiej zorganizowane kraje się nami zajęły. Zawsze powtarzam, że w środku miasta nie może stać pole niczyje, bo jakiś deweloper natychmiast je zagospodaruje. Tak było z rozbiorami. Gdybyśmy byli tacy dobrzy i umieli się rządzić, to my byśmy podbili Rosję czy Niemcy, a nie oni nas. I pokazalibyśmy, że rzeczywiście jesteśmy najlepsi w regionie.

[…] Przez ponad tysiąc lat udało się wiele rzeczy. Od XVIII do początku XX wieku było gorzej. A ostatnio przy okrągłym stole udała nam się bezkrwawa rewolucja, co było ewenementem. Byliśmy pierwsi wśród tzw. demoludów, dopiero za nami poszli inni.

Najlepsze określenie Polaków stworzył mój znajomy Bułgar. Powiedział: "Wy to jesteście tacy Ruscy, tylko uważacie się za Francuzów". I coś w tym jest. Mamy wschodnią mentalność, żebyśmy nie wiem jakie zachodnie ciuchy nosili. Jednak bliżej nam do Moskwy niż Brukseli. Choć rządząca partia chciałaby, żebyśmy nie byli ani tu, ani tu, żebyśmy byli wsobni, endemiczni. Bo my mamy wartości. Tylko jakie? Chrześcijańskie słabo się sprawdzają chociażby w kwestii przyjmowania uchodźców. Widziałem, jak w Boże Ciało ludzie idący w procesji chcieli zlinczować tych, którzy jeździli obok na rolkach.



albo lekko podfruwywali

[…] teraz [...] mamy nieco inną odmianę bolszewizmu z krucyfiksem, namaszczoną przez polski Kościół. Wiara jest prywatną sprawą każdego z nas, ale Kościół się obecnie panoszy we wszystkich możliwych zakątkach władzy świeckiej. A państwo powinno być sekularne. Owszem, istnieją też państwa wyznaniowe, ale wtedy trzeba to jasno powiedzieć. I nie udawać, że jest świeckie, jak głosi konstytucja. Ale za chwilę i to się zmieni. Władza zmieni konstytucję i będzie porządek.



[…] ja mam szacunek dla [...] urzędu [prezydenta]. Czasem się jednak zdarza wypadek przy pracy i na ten urząd zostaje wybrany ktoś, kogo sprawowanie funkcji głowy państwa przerasta. Tak bywa. Ale nikt mnie nie zmusi, żebym miał szacunek dla tego człowieka, który jest antyprezydentem.

[…] Najbardziej mam do niego żal o to, że sprawując niezależny urząd, nie musząc się bać, bo nawet Kaczyński nie może mu nic zrobić, mógłby czasem stanąć po stronie prawa, a nie pomagał je łamać. Tymczasem on zachowuje się jak  tchórz, człowiek bez właściwości. Z coraz większym poparciem Polaków, co jest dla mnie jakimś tragicznym paradoksem.

[…] rozdźwięk między tym, co prezydent w takim kraju jak Polska może zrobić, a tym, co człowiek udający prezydenta robi, wywołuje we mnie wielkie rozczarowanie.



[…] Czuję się Polakiem i uwiera mnie, że oni mi kawałek tej mojej Polski chcą zabrać. A co najmniej sobie ją uzurpują. Póki co nie zabrali nam paszportów, ale próbują zawłaszczyć autorytety. Na szczęście mądrzy ludzie na to nie pozwalają. Gwizdanie na profesora Władysława Bartoszewskiego na Powązkach było hańbą. Ale pocieszam się, że nawet planowana na tysiąc lat Rzesza trwała 12 lat. Choć oczywiście Polska i III Rzesza to nie jest to samo. Póki co jesteśmy w Unii i w NATO.

[...]  Wszystko szło w takim dobrym kierunku. Unia nie służyła nam tylko jako bankomat. Nie mówiliśmy jej, że my wiemy lepiej, bo my mamy idee. Kiedyś byliśmy uczniem, który aspirował do lepszych, chciał się uczyć. Dzisiaj jawimy się jako wszystkowiedzący głupek, pokazujący dwa kciuki w górze na sweetfoci na tle prawdziwych polityków.

Na szczęście myślę, że Europa nie traktuje Polski jako monolit, że umie odróżnić nasz obecny rząd od społeczeństwa polskiego, które ma potencjał, chociażby taki jak Donald Tusk. Mam nadzieję, że w show, który robi PiS, wierzą  tylko maluczcy. Choć nie chcę odbierać PiS-owi tego, że pochylili się nad niezaradnymi. I na kiełbasie wyborczej 500+ wygrali. No i trzeba przyznać, że byli świetnie przygotowani do przejęcia władzy.

[…]  poprzednia ekipa popełniła grzech pychy i zaniechania i dzisiejsza rzeczywistość to poniekąd  jej wina. Byli zadufani i aroganccy. A przede wszystkim nie udało nam się przez te wszystkie lata wyedukować młodych Polaków, nauczyć ich, jak ważne jest społeczeństwo obywatelskie.

Cóż, chyba zaprzepaściliśmy 20 lat wolności w kwestii edukacji, której celem jest dbanie o wolność właśnie.

(ilustracje Sławomira Mrożka i Marka Raczkowskiego. W roli motyla występuje Paweł Hajncel)

10:33, tobiasz2013
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 czerwca 2017

Zgred zauważył, że w ostatnich czasach ogromną karierę robi cytat z Norwida, ten o Polakach jako o wspaniałym narodzie i żadnym społeczeństwie.

 

Tyle, że każdy wkłada w niego treść taką, jaką chce. Zgred też chce, więc mocno się nad tym cytatem zastanawia, a właściwie nad pierwszą jego częścią. Bo że społeczeństwem jesteśmy żadnym, to oczywiste. Współpraca z innymi nas nie kręci: ledwie 13 % z nas należy do jakiegoś stowarzyszenia, towarzystwa, czy innego związku; w Skandynawii jest to dobrze ponad 70 %.

Wzgląd na dobro współobywateli też u nas słaby, co bardzo widoczne u polskiego kierowcy; Zgred już o tym tyle razy pisał, że nie będzie sobie więcej na ten temat palców na klawiaturze strzępił.

 

Zaufanie do bliźniego bliskie zeru: Zgred przeprowadził się na wieś i nie przestają go zadziwiać te wszystkie wściekłe psy, które włościanie (i byli miastowi) trzymają w obejściu celem trzymania ewentualnych intruzów na dystans. Pomyśleć, że są w Europie kraje, gdzie pojęcie „pies stróżujący” nie istnieje i w zasadzie jest nieprzekładalne.

 

Nasz stosunek do kontaktów ze współobywatelami najlepiej wyraża się w zjawisku, w innych krajach nie znanym: parawaningu.

 

Władysławowo

Pouczające jest też czytanie tzw. komentarzy internautów: tyle żółci i jadu nie wlewa do sieci chyba nikt inny. 

 

Zgredowi spokoju nie daje pierwsza część Norwidowskiego bon motu i zastanawia się, w czym tkwi wielkość naszego narodu. Zdając sobie sprawę, że ociera się w tym momencie o kodeks karny (bo nie pamięta, czy ta ustawa już przeszła, czy nie), pozwoli sobie to twierdzenie poddać w wątpliwość.

No dobrze, nie mieliśmy w historii lekko i mimo trefnych sąsiadów przetrwaliśmy. Ale czy Bułgarzy mieli lekko z Turkami? Baskowie z Hiszpanami? Finowie z Ruskimi? Irlandczycy z Angolami (żeby się trzymać tylko Europy)? I też przetrwali.

Przedmurze chrześcijaństwa? Chrześcijaństwo się u nas nie przyjęło, jak się ostatnio okazało, więc pewnie zostało za murem.


Co żeśmy politycznie zaeksperymentowali, wychodziło słabo. Demokracja szlachecka? Zapomnijmy: cała prawie magnateria była na liście płac sąsiadów, nie dziwota, że w końcu przyszli i rozparcelowali. Demokracja bezprzymiotnikowa w dwudziestoleciu międzywojennym się nie utrzymała, a nawet faszyzm w latach trzydziestych jakiś taki pokraczny nam wyszedł. Może teraz lepiej się uda?

W 1989 naród niby wyprosił z Polski komunistów, ale teraz się okazuje, że sami sobie poszli, a przedtem pod stołem niejasny jakiś deal zawarli z ciemnymi, antynarodowymi siłami. I nic nie pomogło, że stół okrągły, żeby bez kantów było.


Często narzeka się polskie elity, że zgrzebne, że przed wojną, to były elity. Tym wszystkim, którzy tak myślą, Zgred dedykuje fragment wspomnień z tamtych czasów, na które onegdaj natrafił. Pewien ziemianin, Gustaw Lubieniecki, tak oto opisuje raut wydany przez prezydenta Ignacego Mościckiego na cześć króla Afganistanu Amanullacha:

Na raucie było kilkaset osób. Mogliśmy obaj z ojcem stwierdzić dowody nie tyle demokracji, ile chamstwa zaproszonych. Gdy w pewnej chwili otworzono drzwi do sali, w której znajdował się zimny bufet, tłum ludzi rzucił się do bufetu jak stado zgłodniałych wilków. Zostaliśmy chwilę, aby mieć możność obejrzenia pięknych dywanów perskich, leżących na posadzce. Ku naszemu zdumieniu w wielu miejscach leżały na dywanach niedopałki papierosów. Niektóre tliły się trochę. 

piątek, 02 czerwca 2017

Rodaka spacerującego po Rzymie uderzy zapewne profuzja ciemnoniebieskich flag z gwiazdkami powiewających obok włoskiego trójkoloru na wszelkich urzędowych gmachach.

 

Nie sposób się nie zastanawiać, z czego oni tutaj są tacy dumni? Może są po prostu niedoinformowani?

 

Może nie wiedzą, że są tzw. płatnikiem netto (tzn. od UE dostają mniej, niż do niej wpłacają) i myślą, że to Matuszka Unia daje im kasę na drogi, wodociągi, oczyszczalnie ścieków i restaurację zabytków?

 

Może ktoś powinien im powiedzieć, że są wykorzystywani? Wciągani przez brukselskich komuchów w ich niecne plany? No, ale lewackie ciągoty Włochów są powszechnie znane.

Na szczęście my tutaj w Polszcze wiemy lepiej. Nasze władze szybko się zorientowały, co w trawie piszczy i o co tej Unii naprawdę chodzi. Nie z nami takie numery! Nie udało się ruskim zrobić z nas swoją republikę, to się Mumii Europejskiej też nie uda.

My się wydymać nie damy. Nikt nam nie będzie mówił, jak mamy sobie dom umeblować. Jak chcemy ustawić fortepian na suficie, to nasza sprawa. Nasz sufit, nasz fortepian i * im do tego.

 

Był taki czas, że daliśmy się trochę omamić, ale to było za poprzedniej władzy, co to przed Unią na kolana padła. Aleśmy już wstali. Flaga Związku Zjednoczonych Republik poszła won. Sygnał dała Nasza kochana Pani Premier,

 

A potem Nasz Pan Minister Spraw Zagranicznych też wszystkim pokazał, że reprezentuje Naród Polski, a nie jakieś obce siły.

 

Jak to zgrabnie ujęła jedna Nasza Posłanka, w końcu Pani Profesor, więc chyba wie najlepiej, „ciągłe eksponowanie naszej flagi z jakąś unijną szmatą obraża nasze symbole”. Czyż nie wspaniale wygląda nasza Biało-czerwona dumnie i samotnie powiewająca na Zamku Królewskim?

 

Nie wszyscy jeszcze w Ojczyźnie to jeszcze zrozumieli, ale rośnie już nowe pokolenie Polaków patriotycznie wychowane, czemu dało wyraz w ramach obchodów Dnia Dziecka goszcząc w Sejmie Polskim i naśladując naszych mądrych Parlamentarzystów.

 

Tylko Maryjka czemuś smutna.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
Tagi