RSS
piątek, 09 września 2016

Tak, tak, Zgred zaniedbał bloga, ale bynajmniej go nie porzucił: nazwijmy to przerwą konserwacyjną. Teraz już wrócił w domowe pielesze prawie na dobre i będzie się dzielił refleksjami.

Na przykład na temat, który nasunęły mu dwutygodniowe wczasy z M-lle w Śródziemnomorzu. Zgred wolałby być podróżnikiem, ale ponieważ zasoby czasowe i finansowe nie dają mu ku temu podstaw, pozostało mu bycie turystą, tym najnędzniejszym ze wszystkich stworzeń.

Turysta porusza się stadnie. Zdradzają go nie tylko nieodłączny aparat fotograficzny, często też nie spotykany w odwiedzanym kraju plecak, ale także dziwna bladość, absurdalne nakrycie głowy i nie przystojące poważnemu człowiekowi półdługie lub półkrótkie spodnie. Skórę ma częstokroć bardzo czerwoną, bo nieopatrznie wystawił ją na miejscowe słońce już pierwszego dnia pobytu. Ma często nadwagę.


Niegdyś podziwiał krajobrazy i zachody słońca, dziś częściej odbywa cichy stosunek ze swoim telefonem komórkowym.

Turysta nieustannie występuje w opozycji do miejscowych i ma szczęście, jeśli ci traktują go tylko z politowaniem. Z ich punktu widzenia ów przybysz ma z definicji niedowład umysłowy, bo nie rozumie, co do niego mówią, a i jego bełkotu nie sposób pojąć.

Zupełnie nie jarzy jak wszystko funkcjonuje, na przykład nie kuma o co chodzi w lokalnym systemie komunikacji, więc ustawia się na przystankach w najdziwniejszych porach i dziwi się, że autobus po niego nie przyjeżdża. A kiedy po mniej więcej tygodniu zaczyna wreszcie kapować o co chodzi w rozkładzie jazdy, to nie może pojąć, że jest on jedynie ogólną, bardzo ogólną wskazówką dla kierowców i gniewa się, jeśli rozbieżności przekraczają ustalone przez niego samego marginesy dopuszczalności. Turysta nie rozumie, że pośpiech poniża i stresuje.

Ponieważ jednak stanowi źródło dochodów, trzeba się do niego jakoś dostosować. Na przykład tak zmodyfikować tzw. tradycyjną miejscową śródziemnomorską kuchnię, żeby dał się nabrać i chciał z niej korzystać. Turystę karmią na przykład „świeżymi miejscowymi rybami i owocami morza”, przywiezionymi w chłodniach znad Atlantyku lub Pacyfiku, rozmrożonymi poprzedniego dnia i kunsztownie wyeksponowanymi w grudkach lodu w specjalnych ladach chłodniczych. Turysta pochłania je ze smakiem i nie uderza go to, że przez dwa tygodnie pobytu nie widzi w okolicy ani jednego kutra rybackiego.

Miejscowi tymczasem w bocznych uliczkach żywią się ukradkiem ogólnoeuropejskim kebabem.

M-lle, ta to potrafi zrobić ładne zdjęcie!

Tagi: turysta
13:51, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 lipca 2016

Świat jest co prawda wymknął się ludzkości całkowicie spod kontroli i dzieją się w nim rzeczy krwawe i straszne. Ale nasza chata z kraja, więc nas one specjalnie nie dotyczą. "Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna."

Żyjemy więc sobie w miarę spokojnie w miarę dostatnim życiem mieszczan i zmieszczaniałych chłopów, i ta nasza codzienna krzątanina zostawia w nas jakieś takie nieokreślone uczucie niedosytu, jakąś taką tęsknotę za rzeczami większymi niż ten bochenek chleba naszego powszedniego… Stąd popularność telewizyjnych seriali, gdzie dzieją się rzeczy niesamowite, groźniejsze i piękniejsze, bardziej dramatyczne i tragiczne niż te, które wydarzają się w naszym życiu. Jak w „Grze o tron”.

I oto okazuje się, że jeden z nas, mieszkaniec masowej wyobraźni piłkarz Błaszczykowski, to postać jak z serialu, ale jednocześnie bardzo prawdziwy człowiek, któremu w młodości przydarzyły się rzeczy krwawe i straszne jak z dramatów Szekspira.



Człowiek, którego obecne życie możemy śledzić w telewizji, Internecie, na łamach prasy. I w tym życiu piłkarz Błaszczykowski nadal obraca się w sferze rzeczowników abstrakcyjnych. Na naszych oczach przeżywa załamanie, triumf, dramat… Z zapartym oddechem widzimy, jak doznaje strasznej kontuzji, zabierają mu opaskę kapitańską, cierpi jego godność, musi się przełamać, jakoś sobie z tą ujmą na honorze poradzić… Widzimy jak płacze, jak podtrzymuje go na duchu przyjaciel, bo podglądamy jego wzruszającą przyjaźń z Piszczkiem, dziwnym piłkarzem, który nie wygląda jak piłkarz, ale jak załogant ósemki ze sternikiem w dorocznych zawodach wioślarskich między Oksfordem a Cambridge na Tamizie.



Błaszczykowski jest więc bohaterem naszego serialu, ale ten serial dzieje się naprawdę. To dobrze, że kogoś takiego w życiu mamy, że te coraz bardziej abstrakcyjne rzeczowniki wciąż wypełniają się na naszych oczach treścią, że nie grozi im, że za chwilę będą już zupełnie zapomniane.

PS:  A oto najnowszy cytat z bohatera tego posta: "Gram tylko w piłkę nożną, nie powinienem zarabiać więcej niż lekarz czy policjant". Rzadki dystans do obłędu, jaki stanowi współczesny zawodowy futbol... 

czwartek, 30 czerwca 2016

Co jakiś czas Zgred przeczyta coś, co wydaje mu się być wyjątkowo trafną diagnozą aktualnej sytuacji. Żeby czytelnik się nie uprzedził, cytat nie będzie podpisany. Zgred z góry przeprasza za wulgaryzmy.

[…] Jest teraz – najwyraźniej – w cenie rodzaj politycznego chamstwa, które ludzie biorą za szczerość. Nagle okazało się więc, że przychodzą populiści, mówią ludziom: Wy jesteście najlepsi, nie musicie udawać, że jesteście eleganccy, Wersal się skończył, wszyscy, co byli u władzy, to złodzieje i teraz można pierdzieć w salonie albo pokazać gołą dupę tym wszystkim skurwysynom. I ludzie nagle myślą: No tak, oszukiwali nas, mamili, że należymy do elity, a jednocześnie płacili głodowe pensje i traktowali jak niewolników. To my im teraz pokażemy. […]  W Polsce to odpowiedź między innymi na skandaliczne stosunki pracy, płace na poziomie kilku złotych za godzinę i traktowanie ludzi bez szacunku i wyobraźni na temat ich rzeczywistych potrzeb. […]



[…] Zabrakło odpowiedzi na paradoksy globalizacji, na niskie poczucie własnej wartości, które, w takich krajach jak Polska, tak obolałych i zakompleksionych, najłatwiej jest wyleczyć przy pomocy kreowania wroga czy uruchomienia nacjonalistycznych rekwizytów i resentymentów. Wspólnota wokół takich działań daje ludziom złudzenie mocy, poczucie, że są godni szacunku. Dużą rolę odegrała też masowa emigracja młodych Polaków i ich zetknięcie się z zachodnim światem. Znamienne jest to, że 90% emigrantów nie odnosi za granicą prawdziwego sukcesu. Bo niby dostali pracę i zasiłki, mogą sobie wynająć mieszkanie albo zrobić skrobankę i nie muszą się z tego nikomu tłumaczyć, ale jednocześnie czują jakby ich wpuszczono tylko do przedpokoju, dalej nie będą mieli nigdy wstępu, ciągle nie są obywatelami pierwszej kategorii. To uruchamia silne potrzeby kompensacyjne, tożsamościowe: „muszę udowodnić sobie, że jednak jestem lepszy”. Tą lepszością jest moja przynależność do „lepszego” narodu. Lepszego również dzięki ranom, krzywdom, mitologizacji przeszłości i poszukiwanie tych „gorszych”. Nieprzypadkowo większość Polonii amerykańskiej jest prawicowo-nacjonalistyczna i dość rasistowska. […]

Tagi: Polacy Polska
19:41, tobiasz2013
Link Komentarze (2) »
piątek, 17 czerwca 2016

Zawsze mieliśmy nieokreślone wrażenie, że kot Cyryl, z tymi swoimi żółtym ślepkami osadzonymi w czarnym futrze ma w sobie coś nieco piekielnego.


Chociaż jak śpi w umywalce wydaje się całkowicie niewinny i sympatyczny. Jednak w końcu wyszło tzw. szydło z tzw. worka.

Mamy otóż sąsiadów, a ci z kolei mają niewielkiego psa, niejakiego Bafiego (Buffy’ego?). Nie z tych, które swoim wyglądem obrażają Pana Boga, ale i tak o estetyce dość kontrowersyjnej. Niektórzy ludzie mają predylekcję do psów nikczemnego rozmiaru, w postaci ekstremalnej wręcz naręcznych, i nic nie można na to poradzić.

Pies sąsiadów jest zapewne bardzo rasowy, znacie Państwo ten typ – starożytna rasa wyhodowana, dajmy na to, w Karyntii, na Morawach, w Borach Tucholskich albo w Andaluzji, zarejestrowana w r. 2006 w Międzynarodowym Stowarzyszeniu na Rzecz Dbania o Czystość Rasową Psów (Fédération Cynologique Internationale), które żyje z takich rejestracji, wystawiania stosownych atestów i organizacji wystaw owych zarejestrowanych przez siebie, coraz to nowych (acz starożytnych), wyhodowanych drogą starannych krzyżówek psich ras.

Otóż od pewnego czasu dochodziły do nas sygnały, że kot Cyryl odwiedza sąsiadów, co samo w sobie nie jest niczym dziwnym, bo ambicją wszystkich kotów jest mieć kilka domów i być karmionymi w każdym z nich; dziwne było natomiast to, co nam sąsiedzi mówili o celu wizyt kota Cyryla. Twierdzili mianowicie, że przychodzi on na ich taras wyłącznie po to, by naigrawać się ze znajdującego się po drugiej stronie szyby Bafiego i doprowadzać go do białej gorączki.

Nie dawaliśmy opowieściom sąsiadów wiary, dopóki nie dostarczyli dowodu w postaci tej oto fotografii:


22:08, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
sobota, 28 maja 2016

Zgred i Mlle należą do tych szczęśliwców, którym jakoś udaje się w maju bywać w Rzymie. Taka mini Grand Tour. Ponieważ są zwiedzaczami zaprawionymi w bojach, podczas poprzednich pobytów umiejętnie dozowali sobie wrażenia i udało im się w miarę bezboleśnie zobaczyć, co w Rzymie było do zobaczenia (tak przynajmniej im się wydawało). W tym roku, tradycyjnie wypiwszy najdroższe w Europie cappuccino  w „Caffe Greco” na Via Condotti (vide wpis z tym tagiem obok), o rzut beretem szwajcarskiego gwardzisty od Piazza di Spagna, postanowili zobaczyć coś bardziej niszowego.

 

I nie mówimy tu o odwiedzeniu (celem pocieszenia) jednej z najbardziej samotnych osób w Rzymie

Postanowili mianowicie zobaczyć takie tam prywatne muzeum rodziny Doria-Pamphili, mieszczące się w zamieszkałym przez ich potomków palazzo. Z minami obrażonymi wskutek kryminalnie wysokiej ceny biletów Zgred i Mlle wkroczyli z impetem na salony, które wszelako od razu nieco zbiły ich z tropu.

 

Mlle podąża raźnym marszowym krokiem przez korytarz palazzo, szkoda, że nie widać jej miny z cyklu „nie w takich miejscach się bywało”.

Niestety, nikt Zgreda i Mlle nie ostrzegł, że rodzina owa z czasem zgromadziła kilkaset płócien miejscowych pacykarzy, które mimo obszernych pomieszczeń trzeba było rozwiesić „piętrowo”, co powodowało nieustanne ruchy głową nie tylko w płaszczyźnie poziomej, do której ten odcinek ludzkiego szkieletu jest przyzwyczajony, ale także w płaszczyźnie pionowej, co nie zdarza się dzisiejszym ludziom aż tak często*.

Chodząc i wgapiając się w obrazy sygnowane przez wszystkie nazwiska z hasła „sztuka włoska” w przeciętnej encyklopedii, Zgred dziwił się, że na trzecim „piętrze” obrazów widzi tabliczki jak „Rembrandt” czy „Rubens”, ale rychło pojął, że dla właścicieli kolekcji liczyli się swoi, lokalsi, jak Rafael, Tintoretto Caravaggio, Guercino, czy Lippi, a wcześniej wymienionych traktowali jak trochę szemranych przybłędów, czy wręcz nie daj Boże eksperymentatorów, gdzieś z nieokreślonej Północy.

 

W kółku jakiś trzeciorzędny i silnie podejrzany Rembrandt

Owszem, przybłędzie z Hiszpanii oddali nawet osobne małe pomieszczenie, ale tylko dlatego, że nad wyraz udatnie oddał członka ich rodziny, Innocentego X.


Innocenty, sądząc po fizjognomii wcale nie taki święty

No i, Czytelniku, bęc! Zgred i Mlle opuścili palazzo oszołomieni, z bólem głowy, lekkimi nudnościami, czyli klasycznym syndromem Stendhala, którego przez ładnych parę lat udawało im się uniknąć…

-----------------------------------------------------------------------------------------

* No bo chyba nie będziesz, Czytelniku, upierał się, że znane Ci są zdobienia kilkupiętrowych kamienic twojego miasta? Sto lat temu ludzie mieli czas na ich podziwianie i częściej zadzierali głowę niż my, poruszający się szybko ze wzrokiem wbitym w ziemię, a co najwyżej w mijane, znajdujące się na poziomie naszych oczu sklepowe wystawy, bo a nuż, kurde, trafi się jaka okazja?

niedziela, 01 maja 2016

Szperając w skarbczyku Sieci Zgred natrafił niedawno na reprodukcję obrazu, który przykuł jego uwagę  najpierw na moment, potem na dłużej. Była w nim dziwna harmonia tonacji i motywu, zwykłego na pozór, ale w dziwny sposób niepokojącego. Ot, stojący, oparty o mur mężczyzna w staroświeckim stroju, zabijający czas paleniem fajki... Le Fumeur. W sztuce dziwnie częsty motyw, jak się okazuje. Takich „Palących”  jest wielu, jakby w prostej czynności palenia fajki krył się jakiś ogromny potencjał; zawsze jednak chodzi o człowieka uchwyconego w chwili zadumy. Ze stosowanego kapelusza bicorne sądząc, to były żołnierz armii Cesarstwa. Ze znoszonego ubioru, bezrobotny. Po wysokich butach i ostrogach zgadując, może kawalerzysta. Po roku 1814 Francja była zapewne pełna takich typów – po latach wojaczki nieznajdujących dla siebie miejsca, nieprzystosowanych do pokojowego życia.

 

Jean Louis Ernest Meissonier uchwycił go w jeszcze innym momencie, jakiś czas wcześniej lub później – przy stoliku przed knajpką, przy filiżance kawy i kieliszku wina, a może koniaku.

Co jednak skłoniło Meissoniera do namalowania byłego żołnierza La Grande Armée, którego, ponad 50 lat później,  nie miał już przecież szans oglądać?

Z tą zagadką, droga Czytelniczko i drogi Czytelniku w to Święto Pracy Cię zostawię.

 

 

Tagi: Meissonier
21:07, tobiasz2013
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 kwietnia 2016

Badziewiak, Bączarz, Białowąs, Bydlaczek, Brudas, Cirillo, Cyfer, Cyferek, Cyrylica, Cyryluch, Cyryluszek, Czarna Owieczka, Czarna Panterka, Czarnuch, Czarnuszek, Diabelskie Nasienie, Diabełek, Drakula, Gołonóg, Głodomór, Kiełek, Lucyfer, Morderca Ptaków, Pasibrzuch, Piekielnik, Sierściuszek, Syfuśnik, Śmierdziel, Ta Mała Zaraza, Ten Futrzak, Ten Mały Drań, Ten Mały Zgred, Ten Sierściuch, Ten Twój Kot,  Wampirek.

 

Są to uporządkowane alfabetycznie imiona, nadawane w różnych okolicznościach naszemu kotu Cyrylowi. Jak widać, niektóre są trochę politycznie niepoprawne.

 

Interesujące jest to, że desygnat, czyli kot Cyryl, generuje w nas uczucia ekstremalne: albo czułości, albo irytacji niebezpiecznie graniczącej ze złością.

(za Andrzejem Czeczotem)

Kot Cyryl umiejętnie balansuje między dwoma ekstremami: tzw. słodziaka, oraz paskudnego, niehigienicznego osobnika. Chyba wie, że kiedy przestanie być tzw. słodziakiem, może go czekać eksmisja na bruk, więc się pilnuje. Chyba nie chce dołączyć do szerokiego grona kolegów, żyjących własnym przemysłem.


 

Tagi: kot Cyryl
10:30, tobiasz2013
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 marca 2016

Zgred z zainteresowaniem obserwuje, jak polityczna poprawność w polskich mediach mainstreamowych murszeje, kruszeje i zaczyna się sypać, wskutek czego publikuje się opinie jeszcze niedawno niepublikowalne.

Rzekł Jacek Pałkiewicz, parający się archaicznym nieco zawodem podróżnika (który widział  więcej świata niż ktokolwiek z nas byłby sobie w stanie wyobrazić), w wywiadzie dla WP:

- Poprawni politycznie europejscy liderzy zabrnęli w kwestii otwartości już tak daleko, że jest to wręcz chore. W ostatnich tygodniach widać jednak, że poszli już trochę po rozum do głowy i zaczynają korygować swoje spojrzenie na temat imigracji. Widzę to najlepiej na swoim przykładzie. Jeszcze do wczoraj piewcy wielokulturowości zarzucali mi nietolerancję, ksenofobię czy dyskryminację rasową. Mój drakoński stosunek do poprawności politycznej wzbudzał wiele kontrowersji. Dzisiaj powoli to się zmienia. Z satysfakcją obserwuję, że coraz częściej liderzy europejscy przecierają oczy, budząc się z tchórzostwa, i proszą śp. Fallaci o przebaczenie. Bo biernie akceptowali cyniczną demagogię integracji, bo wcześniej nie wiedzieli, że "Allach nie zezwala swoim wiernym na przyjaźń z niewiernymi". Boję się jednak, że jest już za późno i nie da się opanować sytuacji, która się wytworzyła.

[…] żaden z polityków nie ma odwagi, by powiedzieć to, co naprawdę myśli. Nie bacząc na destrukcję wspólnoty europejskiej, oni wolą asekurować się polityczną poprawnością. Także koniunkturalizm mediów każe zamykać oczy na realne zagrożenie ekspansji fanatycznego islamskiego radykalizmu. Moralna dwuznaczność staje się nieraz szlachetną cnotą, bo jak można inaczej myśleć kiedy niektórzy są bliscy stwierdzenia, że to "terroryści z CIA torturują bohaterów z Al Kaidy". To po prostu ideologiczne oszustwo. Tolerancja, czyli życzliwe otwarcie się, wymusza na nas rezygnację z własnych zasad, wypieranie się własnej tradycji, a niestety świat muzułmański o zamkniętej mentalności wcale nie śni o integracji. Muzułmanie zasiedlający nasz dom korzystają z dobrodziejstw państwa opiekuńczego i nie okazując poszanowania dla naszych wartości, narzucają swoje obyczaje, swojego Boga. Jak pokazują głośne incydenty – żądają usunięcia szopki bożenarodzeniowej z przedszkoli, czy krucyfiksu z klas szkolnych, bo "nagi trup straszy muzułmańskie dzieci". Nie potrafię ukryć irytacji, kiedy czytam, że spiker Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych Nancy Pelosi i sekretarz stanu Hillary Clinton nałożyły hidżab w czasie wizyty w krajach muzułmańskich, podczas gdy żony dostojników z tych regionów nie zdejmują go podczas swoich bytności na Zachodzie. Co innego Oriana Fallaci, która nie włożyła chusty nawet przed szyickim przywódcą duchownym Chomeinim. To były inne czasy, Zachód się cofnął. Ja dla przykładu od początku głośno mówiłem o tym, że trzeba rozeznać się, którzy ludzie wśród uchodźców naprawdę potrzebują pomocy, a którzy szukają w Europie zarobku. Dla mnie jest jasne, że w obliczu tak dużego problemu, jakim jest fala imigracyjna, nie należy kierować się paranoicznym political correctness, a rozumem. Trzeba też dostrzec, że na transporcie tych ludzi mafia zbija fortuny. W ręce przestępców trafia też lwia część z gigantycznych pieniędzy, które kraje Unii Europejskiej łożą na pomoc uchodźcom.  

niedziela, 06 marca 2016

Oto wiadomość z agencji prasowej z 6.03.2016:

Polacy muszą zaświadczać, że na promie będą się właściwie zachowywać

Jak stwierdziła w szwedzkim radiu SR Blekinge rzeczniczka Stena Line Polska Agnieszka Zembrzycka, – Polacy nie są narodem morskim, nie są przyzwyczajeni do pływania statkiem. [...]

W tekście podpisywanego przez
[polskich] podróżnych oświadczenia znajduje się pouczenie m.in. o zakazie odtwarzania muzyki z własnego sprzętu. W dokumencie poucza się, że "pasażerowie, którzy zakłócają spokój lub nie przestrzegają prawa albo przepisów porządkowych, mogą zostać zatrzymani w areszcie (na promie) przez resztę podróży".

Jesper Waltersson, rzecznik Stena Line Szwecja, podkreślił, że nie ma planów, aby wymóg podpisywania podobnych oświadczeń został wprowadzony dla podróżnych ze Szwecji. 


Zgred zawsze uważał, że Szwedzi, a właściwie Skandynawowie w ogóle, zupełnie nie potrafią się bawić. Stać ich najwyżej na jakieś wspólne muzykowanie, a przy konsumpcji alkoholu jakieś chóralne śpiewanie, bojaźliwi tacy, że baliby się puścić ze swojego radia dobrą, fajną muzykę, bo nie daj Boże komuś mogłaby się nie spodobać. Za cholerę fantazji nie mają. Nudziarze. Bez przerwy się czegoś boją. Wiadomo, protestanci.

13:09, tobiasz2013
Link Komentarze (3) »
wtorek, 16 lutego 2016

Napisał o Puszczy Białowieszczańskiej Maciej Jarkowiec (GW 16.01):

[…] Jan Szyszko 2,5 roku temu w Sejmie: – W puszczy leżą 2 mln m sześc. drewna, które gnije, a ludzie nie mają czym palić. Kilka miesięcy temu poseł PiS Jarosław Zieliński wyliczył: "Problem ten przynosi roczne straty z powodu zaniechań w pozyskiwaniu i sprzedaży drewna w wysokości 500-700 mln zł."
Na spotkaniach o Puszczy Szyszce często towarzyszy Tomasz Duszkiewicz, kapelan myśliwych diecezji drohiczyńskiej. Przy jednej z okazji wywodził: "Według Pisma człowiek jest najważniejszy, a wszystko, co go otacza, powinno mu służyć. Według pseudoekologów ważniejszy jest ptaszek, kornik i żubr."
Szyszko jest też blisko związany ze Stowarzyszeniem Santa z Hajnówki. Najbarwniejszą postacią jest tam Leon Chlabicz, kierownik zbiornika wodnego Siemianówka. W sali pełnej leśników w mundurach dowodził, że "dęby i jesiony zaczęły umierać, bo utraciły cel życia, gdyż Stwórca stworzył je, żeby je wycinać". Przekonywał, że za śmierć puszczy odpowiadają Żydzi, "ludzie wyobcowani, których genetyka została ukierunkowana na tworzenie sztucznego świata". A koncepcja rezerwatu, według Chlabicza, już dawno poniosła klęskę, czego dowodem mają być rezerwaty Indian w USA. Leśnicy nagradzali go oklaskami
.


Zgred w Puszczy Białowieszczańskiej co prawda nigdy nie był, więc pewnie nie powinien się wtrącać, ale coś mu mówi, że chryja wokół niej to sprawa o wymiarze kulturowym. Że w tym konflikcie tak naprawdę chodzi o dwie Polski. Jak zwykle zresztą.

Rzekła Krystyna Janda: (natemat.pl):

Płacę co miesiąc podatki, gubię czapki, gram, czytam, spotykam się z wieloma ludźmi, podejmuję decyzje, martwię się i cieszę, staram się uspokajać nerwy i być obiektywna. Ale co rano budzę się z uczuciem, że spotkało mnie jakieś nieszczęście, a potem przypominam sobie – a, to tylko Polska.

Zgred kocha ten kraj tak, jak rodzice kochają ułomne dziecko, boć to kraj specjalnej troski. Ale czasem ma już dosyć. Trochę już go męczy bycie nieustannym marginesem, i mimo, że przebywa w środowisku sobie podobnych, to przecie złudzeń nie ma: procent, który wraz z nimi stanowi, jest wielkością,  jak to mówią matematycy, „zaniedbywalnie małą”. I myśli sobie, że gdyby w Europie (najchętniej gdzieś w Śródziemnomorzu) powstała gdzieś druga Polska, malutka republika ludzi oświeconych, racjonalnych, otwartych, tolerancyjnych, nie wadzących przyrodzie i ogólnie sympatycznych, w której człowiek miałby gwarancję, że nie spotka Jana Szyszko, Tomasza Duszkiewicza, Leona Chlabicza i wszystkich pozostałych, którzy wszak stanowią „sól tej ziemi”, to by rzucił wszystko, natychmiast tam wyemigrował i chętnie klepałby tam biedę. Byle nie budzić się co rano z uczuciem, że spotkało go jakieś nieszczęście.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Tagi